– Następnym razem – powiedziała pani – nie szukaj mnie tu.
– A gdzie? – spytał łagodnie M-ski.
– Tam, gdzie poprzednim razem.
– Dobrze, ale przyjdziesz?
– Przyjdę, przyjdę – odpowiedziała pani i ruszyła w górę potoku, skąd widocznie nadeszła, M-ski zaś poprawiwszy spodnie i koszulę, bez pożegnania udał się w powrotną drogę.
– To ci heca – mówił Szymek, gdy szybko zdążaliśmy w stronę Brętowa – czy on nie mógł macać jej normalnie? Coś mi się nie zgadza, przecież on nawet nie położył się na niej!
– Położył, czy nie – oburzył się Piotr – to przecież świństwo!
– Gadanie – ciągnął Szymek – jakbyście widzieli, co siostra Janka wyprawiała ze swoim chłopakiem u nas na strychu, dopiero mielibyście pojęcie, jak robi się to naprawdę!!!
– A dlaczego nie poszli do lasu – zapytałem – tylko robili to na strychu?
– Zima była, kapuściany głąbie! – Szymek trącił mnie w bok. – A teraz lećmy, bo niedługo piąta!
Biegliśmy w górę morenowego wzgórza na skos i tylko wysokie kępy trawy sięgającej do kolan hamowały nasz pęd. Po lewej stronie, daleko w dole majaczyły zarysy wojskowej strzelnicy, po prawej, za ścianą lasu widniało jeszcze dalsze i niebieskie jak na obrazku morze. – Słychać was jak stado słoni – złościła się Elka na przywitanie – czekamy już od kwadransa! – Nikt jednak nie wyjaśnił, co było przyczyną naszego spóźnienia. – A teraz – powiedziała Elka – teraz zobaczycie coś, co powinno was nauczyć szacunku! – Dla kogo albo dla czego? Nie, tego Elka nie określiła, powiedziała tak właśnie – nauczyć szacunku! – nie wyjaśniając niczego więcej. Weiser pokręcił korbką prądnicy i wówczas leżąc na skraju dolinki zobaczyliśmy pierwszy wybuch, o którym napisałem już, że przypominał obłok w kształcie pionowo wirującego słupa w błękitnym kolorze. Tak, to była pierwsza eksplozja Weisera, jaką nam zaprezentował w dolince za strzelnicą. Gdy spieszyliśmy na spotkanie w umówionym miejscu, ani przez myśl nam nie przeszło przypuszczać coś takiego. Ostatecznie byliśmy przygotowani na egzamin strzelecki, tymczasem Weiser zaskoczył nas znowu czymś olśniewająco nieoczekiwanym. Gdy zaś założył następny ładunek i powietrze znów rozdarł huk eksplozji, a w górę zawirował obłok dwukolorowy, i gdy po kilku chwilach zniknął, rozpływając się jak poranna mgła, gotowi byliśmy złożyć przed Weiserem nie jedną, ale dziesięć przysiąg na cokolwiek by zażądał i zrobić wszystko, co by zechciał. Ale on nie spieszył się wcale i nie żądał na razie niczego, Elka zabrała nam instrukcją i zdezelowane parabellum i to było wszystko, oprócz terminu jutrzejszego spotkania, które miało się odbyć w cegielni wczesnym popołudniem. Staliśmy dosyć niepewnie, czekając, co będzie dalej.
– Możecie iść do domu – powiedział Weiser – na dzisiaj dosyć!
– A jutro będziemy strzelać, prawda? – zagadnął nieśmiało Szymek. Weiser nie odpowiedział, Elka za to wyskoczyła:
– Nie zawracajcie mu głowy – jakby Szymek zachował się niewłaściwie. – On ma ważniejsze sprawy od waszego strzelania! Macie słuchać i o nic nie pytać, jasne?
Czy można było coś dodać? Wieczorem, z braku innego zajęcia strzelaliśmy z proc do puszek ustawionych na śmietniku i taka mniej więcej toczyła się między nami rozmowa:
– Mówię ci, on szykuje coś wielkiego.
– Niby co?
– Nie wiem, no, coś takiego, że całe miasto będzie o tym mówiło, a o nas napiszą w gazetach!
– Głupi! W gazetach nie piszą o takich jak my!
– To napiszą!
– A] e co on właściwie robi?
– Jakby nas złapali, to kryminał murowany!
– Za co?
– A broń to pies? A prądnica i wybuchy to pies? – Nie nasze przecież!
– Nasze nie nasze, byliśmy z nim!
– No to co on właściwie takiego zrobi? – Powstanie!
– Hę, powstanie! Powstanie to się robi w mieście, muszą być barykady!
– No to zrobi partyzantkę!
– Tylko z nami? Pięć osób to za mało.
– A skąd wiesz, że tylko z nami? Może on ma takich jak my na pęczki i tylko dla lepszej tajemnicy jedni nie wiedzą o drugich?
– No!
– A może on wysadzi bramę zoo i wszystkie klatki, i wypuści zwierzęta na wolność?
– Ale by było, lew idzie po Grunwaldzkiej!
– Nie idzie, tylko się rzuca na matkę z dzieckiem, a my wybiegamy – trach – nie ma lwa – trach – nie ma tygrysa – trach – nie ma czarnej pantery!
– Czarna pantera będzie dla niego!
– No dobra, załatwiamy wszystkie dzikie zwierzęta, a potem nas sfotografują w gazecie, wyobrażacie sobie? Uczniowie szkoły sześćdziesiątej szóstej uratowali przechodniów przed dzikimi zwierzętami!
– Ja myślę, że tu chodzi o statek!
– Jaki statek?
– Jak nas wyszkoli, porwiemy statek z portu! – Nie z portu, tylko z redy!
– Dobra, może być z redy i proszę bardzo – on pilnuje mostka, my kabiny i ładowni, i jazda – do Kanady!
– Do Afryki!
– Afryka nie, mówię ci, że do Kanady!
I tak pomiędzy partyzantką a porwaniem statku do Kanady upływał nam wieczór na strzelaniu do zardzewiałej puszki, coraz więcej kamieni zbierało się pod śmietnikiem, coraz mocniej naciągaliśmy rowerowe wentyle, aż zapadł zmierzch i trzeba było wracać do domu. Tylko dlaczego nie rozmawialiśmy o M-skim? Dlaczego nie mówiliśmy o jego spotkaniu z czarnowłosą kobietą nad potokiem, dlaczego nie zastanawiał nas widok nauczyciela w opuszczonych spodniach i kalesonach, bitego po twarzy, tego samego M-skiego, przed którym drżeliśmy na lekcjach przyrody i w czasie przerw, gdy przechodził zatłoczonym korytarzem? Może Weiser bliższy nam był niż sekrety M-skiego? A może nie znaliśmy jeszcze występku?
Tej nocy miałem wszakże sen, który pamiętam do dzisiaj, kolorowy jak film Disneya i bardzo niepokojący. Stałem nad brzegiem morza, prawdopodobnie o świcie, a z wody wychodziły jedno za drugim zwierzęta. Bestii takich na próżno by szukać w zoologicznym ogrodzie lub jakiejkolwiek książce o faunie zamorskich krajów. Najpierw, ociekając wodą, ukazał się skrzydlaty lew, zaraz za nim na piasek wyszedł ryczący niedźwiedź, trzymając w zębach kości, a dalej z zielonej toni wyłoniła się czarna pantera o czterech głowach, z ptasimi skrzydłami na grzbiecie. Korowód zamykało na j dziwaczniejsze monstrum – skrzyżowanie nosorożca z tygrysem, o wielkich stalowych zębiskach, mające niczym wynaturzony jeleń kilkanaście rogów. Ile ich wyrastało ze strasznego łba – nie pamiętam, może dziesięć, a może dwanaście, nie to zresztą było najważniejsze – zwierzęta rzuciły się na pobliskie domy rybaków, wyłamywały uderzeniami łap drzwi i okiennice, rozszarpywały obudzonych ze snu mężczyzn, pazurami zrywały włosy kobiet; a dzieci, które nie zdołały umknąć, roztrzaskiwane były o bielone ściany. Trwało to długo, a strach, jaki czułem, nie pozwalał nawet na przebudzenie i wyrwanie się z koszmaru. Nagle, od wschodniej strony zobaczyłem w promieniach słonecznych małego chłopca ubranego na biało. Nie mogło być wątpliwości – to nadchodził Weiser i wyciągniętą dłonią pokazywał coś albo kogoś, czego nie mogłem dojrzeć w plątaninie drgających ciał i poskręcanych trupów. Weiser podszedł najpierw do lwa i wyrwał mu orle skrzydła. Zwierzę padło bez tchu na ziemię, bezładnie bijąc ogonem. Następnie przyparł dłonią niedźwiedzia – i to zwierzę przewróciło się na piasek bez mocy. Jako trzecie było monstrum z rogami – Weiser powyrywał je niczym badyle i potwór zwalił się na kolana, a następnie na brzuch – stalowe zębiska wypadały mu z paszczy i przemieniały się w okrągłe dziesięciozłotówki. Na koniec Weiser zmierzył się z czarną, czterogłową panterą o ptasich skrzydłach na grzbiecie i to było najdziwniejsze i najstraszniejsze zarazem – wszystkie cztery pary oczu i cztery nosy, i ośmioro uszu – wszystko to należało do M-skiego, bo cztery głowy bestii to były cztery twarze M-skiego. Nigdy nie zapomnę, jak okropnie wyglądające. Tak samo jak w zoo Weiser przeszył panterę wzrokiem i w sobie tylko wiadomy sposób uczynił z niej przestraszonego kotka, który łasił się i lizał rękę poskramiacza. Nie słyszałem, co Weiser powiedział do pozostałych przy życiu rybaków i ich rodzin, huk fal zagłuszył wszystko, także nadjeżdżający tramwaj linii numer cztery, zakręcający zazwyczaj z potwornym piskiem i zgrzytem na jelitkowskiej pętli, do którego wskoczył teraz zwinnie Weiser i odjechał, jakby był turystą powracającym z plaży do miasta. Blask słoneczny odbity w szybie drugiego wozu oślepił mnie i nagle poczułem wilgotną od potu pościel i zrozumiałem, że jestem w łóżku, a wszystko tamto, to był najzwyczajniejszy w świecie sen. Najzwyczajniejszy? Promień słońca wpadał przez szczelinę w zasłonie i łaskotał mnie, przez zamknięte drzwi do kuchni usłyszałem ojca wychodzącego do pracy, obok mnie chrapała jeszcze matka zmęczona wczorajszym, całodziennym praniem. Nad łóżkiem wisiał oprawiony w biedermeierowskie ramy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a z ulicy przez otwarte okno dobiegał turkot furmanki zdążającej na targowisko w Oliwie. Nie było morza, wychodzących zeń zwierząt, Weisera w białym ubraniu ani rozszarpywanych rybaków. Zamiast tego usłyszałem kroki na korytarzu i człapanie sąsiada do łazienki. W poniemieckim mieszkaniu podzielonym na małe klitki cienkimi ściankami słyszało się bardzo wiele – także to, że sąsiad goli się teraz równymi pociągnięciami brzytwy i po wczorajszym piciu ma rozwolnienie. Więc jak było z tym snem? Niczego nie przeoczyłem ani też niczego nie dodałem. Może przyszedł na mnie zamiast naszej rozmowy o M-skim, której nigdy nie było?