Winderman pokiwał w zamyśleniu głową.
– Propozycja tego rodzaju może spotkać się z pozytywnym przyjęciem ze strony przywódców plemiennych. Jak do tej pory odrzucają każdy plan, zobowiązujący ich do oddania się pod rozkazy Masuda.
– Czy istnieje jakiś konkretny, rywalizujący z Masudem przywódca, którego współpraca jest niezbędna dla zawiązania takiego sojuszu?
– Tak. Właściwie nawet dwóch: Jahan Kamil i Amal Azizi, obaj Pusztuni.
– Wysłałbym więc tam tajnego agenta z zadaniem nakłonienia tych dwóch, by zasiedli do rozmów przy jednym stole z Masudem. Gdyby agent wrócił z trzema podpisami na jednej kartce papieru, wysłalibyśmy im pierwszy transport wyrzutni rakiet. Dalsze dostawy zależałyby od rezultatów programu szkoleniowego. Winderman odłożył widelec i zapalił papierosa. Zdecydowanie ma wrzody, pomyślał Ellis.
– Właśnie tak sobie to wyobrażałem – powiedział Winderman. Ellis był pewien, że Winderman kombinuje już, jak by tu przypisać ten pomysł sobie. Najpóźniej jutro będzie mówił: „Wysmażyliśmy przy lunchu jeden taki planik”, a w jego pisemnym raporcie znajdzie się wzmianka: „Specjaliści od tajnych operacji zaopiniowali mój plan jako nadający się do realizacji”. – Czym ewentualnie ryzykujemy?
Ellis zastanowił się chwilę. – Gdyby Rosjanie przechwycili naszego agenta, mogliby rozpętać wokół całej sprawy wielką kampanię propagandową. W tej chwili borykają się w Afganistanie z czymś, co Biały Dom nazwałby „problemem image”. Sojusznicy Związku Radzieckiego z Trzeciego Świata nie są zachwyceni faktem najazdu tego wielkiego mocarstwa na mały, zacofany kraj. Skłonni do sympatyzowania z rebeliantami są zwłaszcza ich muzułmańscy przyjaciele. Obecnie polityka Rosjan polega na utrzymywaniu, że rebelianci to bandyci, finansowani i uzbrajani przez CIA. Byliby zachwyceni możliwością udowodnienia tego poprzez schwytanie na gorącym uczynku prawdziwego, żywego ducha CIA właśnie w tym kraju i postawienia go przed sądem. Sądzę, że w kategoriach polityki globalnej przyniosłoby to nam wiele szkody.
– A jakie jest ryzyko, że Rosjanie dostaną naszego człowieka?
– Znikome. Skoro nie potrafią pojmać Masuda, to jak mieliby schwytać tajnego agenta, wysłanego na spotkanie z Masudem?
– Dobrze – powiedział Winderman, rozgniatając w popielniczce niedopałek papierosa. – Chcę, żebyś to ty był tym agentem.
Ellis zaniemówił z wrażenia. Uświadomił sobie, że właściwie powinien był przewidzieć, do czego to wszystko zmierza, ale problem zbytnio go zaabsorbował.
– Ja już się tym nie zajmuję – wybąkał, ale w jego głosie brak było zdecydowania i nie potrafił opędzić się od myśli, że zobaczyłby się z Jane. Zobaczyłby się z Jane!
– Rozmawiałem telefonicznie z twoim szefem – oznajmił Winderman. – Jego zdaniem skierowanie do Afganistanu mogłoby rozbudzić w tobie na nowo zamiłowanie do pracy w terenie.
A więc było to z góry ukartowane. Biały Dom pragnie osiągnąć w Afganistanie jakiś dramatyczny cel, zwrócił się więc do CIA o wypożyczenie agenta. CIA pragnie skłonić Ellisa do powrotu do pracy w terenie, poradziła więc Białemu Domowi, żeby jemu zaproponował podjecie się tej misji, wiedząc albo podejrzewając, że nie oprze się raczej perspektywie ponownego spotkania z Jane.
Ellis nie znosił, kiedy nim manipulowano.
Ale chciał pojechać do Doliny Pięciu Lwów.
Milczenie przeciągało się. Przerwał je w końcu zniecierpliwiony Winderman:
– No jak, zgadzasz się?
– Zastanowię się – odparł Ellis.
Ojciec Ellisa czknął cicho, przeprosił i powiedział: – Dobre było.
Ellis odsunął od siebie talerz z wiśniowym plackiem i otarł krem z ust. W swoim wieku musiał już dbać o wagę.
– Naprawdę wyśmienite, mamo, ale już nie mogę – westchnął przepraszająco.
– Nikt już nie je jak dawniej – powiedziała. Wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. – Wszystko przez to, że wszędzie jeździ się samochodami.
Ojciec odsunął się z krzesłem od stołu. – Mam trochę papierkowej roboty – powiedział.
– Nadal nie zatrudniasz księgowego? – spytał Ellis.
– Nikt się tak nie zatroszczy o twoje pieniądze, jak ty sam – oświadczył ojciec. – Przekonasz się o tym, jeśli kiedykolwiek się ich dorobisz. – Wyszedł z pokoju, by zaszyć się w swojej kryjówce.
Ellis pomógł matce w wynoszeniu talerzy. Rodzina wprowadziła się do tego czterosypialniowego domu w Teaneck w stanie New Jersey, kiedy Ellis miał trzynaście lat, ale pamiętał tę przeprowadzkę, jakby to było wczoraj. Szykowali się do niej dosłownie latami. Ojciec stawiał ten dom z początku sam, potem zatrudnił przy budowie pracowników swego rozkręcającego się przedsiębiorstwa budowlanego, ale tylko w okresach zastoju w interesach. Kiedy interes zaczynał iść dobrze, zawieszał prace na budowie. Wprowadzali się do domu w surowym właściwie stanie: nie działało ogrzewanie, w kuchni nie było szafek i pozostawały jeszcze do wykonania prace malarskie. Co prawda następnego dnia z kranów pociekła ciepła woda, ale stało się tak tylko dlatego, że mama zagroziła rozwodem. Dom został jednak wreszcie wykończony i Ellis oraz jego bracia i siostry mogli dorastać każde we własnym pokoju. Jak na potrzeby rodziców dom był teraz za duży. Ellis miał jednak nadzieję, że się go nie pozbędą. Dobrze się tu czuł.
– Mamo, pamiętasz tę walizkę, którą zostawiłem tutaj po powrocie z Azji?
– spytał, kiedy zapełnili maszynę do zmywania naczyń.
– Naturalnie. Jest w szafie w małej sypialni.
– Dzięki. Chciałbym przejrzeć zawartość.
– No to idź. Ja już tu sama skończę.
Ellis wspiął się po schodach do małej sypialni na poddaszu. Rzadko z niej korzystano i wokół pojedynczego tapczanika stały dwa połamane krzesła, stara kanapa i cztery czy pięć kartonowych pudeł, pełnych dziecięcych książek i zabawek. Ellis otworzył szafę i wyjął z niej małą czarną plastykową walizeczkę. Położył ją na tapczanie, ustawił odpowiednią kombinacje cyfr szyfrowego zatrzasku i uniósł wieko. Z wnętrza buchnął odór stęchlizny – walizki nie otwierano od dobrych dziesięciu lat. Było w niej wszystko: medale, oba pociski wyjęte z jego ciała, wojskowy poradnik FM 5-31 zatytułowany „Pułapki minowe”, fotografia Ellisa na tle helikoptera – jego pierwszego Hueya – uśmiechniętego, młodo wyglądającego i (kurczę blade!) szczupłego, karteczka od Frankie Amafiego z dedykacją
„Sukinsynowi, który podprowadził mi nogę” – heroiczny żart, bo Ellis rozwiązał wtedy ostrożnie sznurowadło Frankie’emu, pociągnął za but i w ręku zostało mu pół nogi, obciętej w kolanie przez wygiętą dziko łopatkę wirnika, zegarek Jimmy’ego Jonesa, który stanął na piątej trzydzieści. „Zatrzymaj go, synu”, powiedział do Ellisa ojciec Jimmy’ego poprzez mgłę alkoholowego zamroczenia – „byłeś przecież jego przyjacielem, a to więcej, niż kiedykolwiek stanowiłem dla niego ja”, i dziennik.
Kartkował stronice. Wystarczyło, by przeczytał na chybił trafił kilka słów, a od razu przypominał sobie cały dzień, tydzień, bitwę. Zapiski zaczynały się beztrosko, wyzierała z nich żądza przygód i wielka pewność siebie; stopniowo jednak wkradało się do nich rozczarowanie, przychodziło otrzeźwienie, zniechęcenie, rozpacz, a w końcu myśli o samobójstwie. Pełne przygnębienia zdania wywoływały z pamięci żywe sceny: „Te cholerne żółtki nie chciały wysiąść z helikoptera