– skoro tak bardzo chcą, żeby ich bronić przed komunizmem, to czemu sami nie walczą?” i jeszcze: „Kapitan Johnson chyba zawsze był dupą wolową, ale żeby zginąć taką śmiercią, od granatu ciśniętego przez jednego ze swoich ludzi?”, i dalej: „Kobiety noszą karabiny pod sukienkami, a dzieciaki granaty za pazuchą, więc co, do kurwy nędzy, mamy robić, poddać im się?”. Ostatnie zdanie brzmiało: „To, co mi się w tej wojnie nie podoba, to to, że jesteśmy po niewłaściwej stronie. Źli z nas faceci. Dlatego właśnie chłopaki wykręcają się jak mogą od poboru; dlatego właśnie Wietnamczycy nie będą walczyć; dlatego właśnie generałowie okłamują polityków, politycy łżą dziennikarzom, a gazety wprowadzają w błąd opinię publiczną”. Myśli, jakie zaczęły go potem nachodzić, były zbyt wywrotowe, by nadawały się do przelania na papier, poczucie winy zbyt wielkie, by wyrazić je słowami. Wydawało się mu, że resztę życia będzie musiał spędzić na naprawianiu zła, jakie wyrządził podczas tej wojny. Chociaż minęło już tyle lat, odczucie to nie opuszczało go. Kiedy policzył wszystkich morderców, jakich od tamtego czasu wpakował za kratki, wszystkich kidnaperów, porywaczy i zamachowców, jakich aresztował, liczba, którą otrzymywał, była niczym w porównaniu z tonami materiałów wybuchowych, jakie zrzucił, i tysiącami sztuk amunicji, jaką wystrzelił w Wietnamie, Laosie i Kambodży.
Wiedział, że to irracjonalne. Zdał sobie z tego sprawę po powrocie z Paryża i przez jakiś czas rozmyślał nad tym, jak praca, którą wykonywał, zrujnowała mu życie. Postanowił zaprzestać wysiłków na rzecz odkupienia grzechów Ameryki. Ale obecna propozycja… obecna propozycja była jakaś inna. Stwarzała okazję do walki we własnym imieniu, do walki przeciwko załganym generałom, handlarzom broni i zaślepionym dziennikarzom; zresztą nie tylko okazję do walki, nie tylko do dania czegoś z siebie, ale do przeważenia szali, do zmiany przebiegu tej wojny, do odmiany losu całego kraju i uczynienia czegoś naprawdę wielkiego, do zadania ciosu w imię wolności.
A poza tym była tam Jane.
Sama możliwość ponownego jej ujrzenia rozpaliła w nim na nowo starą namiętność. Nie dalej jak kilka dni temu potrafił pomyśleć o niej i o grożącym jej niebezpieczeństwie, po czym odsunąć od siebie te myśli i przewrócić stronę czasopisma. Teraz wspomnienie Jane nie odstępowało go ani na chwilę. Zastanawiał się, czy włosy ma długie czy krótkie, przytyła czy zeszczuplała, czy jest zadowolona z życia, jakie sobie wybrała, czy Afgańczycy odnoszą się do niej z sympatią i – to najczęściej – czy nadal kocha Jean-Pierre’a? „Dam ci radę”, powiedziała na pożegnanie Gill, „sprawdź, co u niej”. Mądra Gill.
Pomyślał na koniec o Petal. Próbowałem, powiedział sobie, naprawdę próbowałem i nie sądzę, żebym specjalnie źle to przeprowadził – wydaje mi się, że to był zamiar z góry skazany na niepowodzenie. Gill i Bernard dają jej wszystko, czego potrzebuje. W jej życiu nie ma miejsca dla mnie. Jest szczęśliwa beze mnie. Zamknął dziennik i włożył go z powrotem do walizki. Wyjął teraz stamtąd niewielką tanią szkatułkę. Wewnątrz spoczywała para małych złotych kolczyków z perłami w środku. Kobieta, dla której były przeznaczone, skośnooka dziewczyna o drobnych piersiach, która nauczyła go, że nie ma żadnych tabu, zginęła – zanim zdążył jej je wręczyć, zabił ją pijany żołnierz w sajgońskim barze. Nie kochał tamtej dziewczyny – po prostu lubił ją i odczuwał wobec niej wdzięczność. Te kolczyki miały być podarunkiem pożegnalnym.
Wziął czystą kartkę papieru i wyjął pióro z kieszonki koszuli. Zastanowił się chwilę, po czym napisał:
Do Petaclass="underline" Tak, możesz je przekłuć. Twój kochający tata.
ROZDZIAŁ 6
Rzeka Pięciu Lwów nigdy nie była ciepła, ale teraz, w balsamicznym wieczornym powietrzu pod koniec zakurzonego dnia, kiedy kobiety zeszły na przeznaczony wyłącznie dla nich odcinek jej brzegu, by się wykąpać, wydawała się trochę mniej lodowata. Jane zacisnęła zęby, żeby nie szczękały jej z zimna, weszła z innymi w wartki nurt i brodząc coraz głębiej, cal po calu podkasywała sukienkę, aż woda sięgnęła jej do pasa; wtedy zaczęła się myć – długa praktyka pozwoliła jej opanować szczególną afgańską umiejętność mycia całego ciała bez rozbierania się.
Skończyła, wyszła na brzeg i stanęła dygocząc z zimna obok Zahary, która z energicznym chlupotaniem i pryskaniem myła sobie włosy w sadzawce, prowadząc przy tym ożywioną konwersację. Zahara jeszcze raz zanurzyła głowę w wodzie i sięgnęła po ręcznik. Pomacała w zagłębieniu w piaszczystej ziemi, ale nie znalazła go.
– Gdzie mój ręcznik? – wrzasnęła. – Włożyłam go do tej dziury. Kto go ukradł?
Jane podniosła ręcznik leżący za plecami Zahary.
– Tu jest – powiedziała. – Włożyłaś go nie do tej dziury.
– Powiedział mułła do żony! – krzyknęła Zahara i reszta kobiet wybuchnęła piskliwym śmiechem.
Wieśniaczki traktowały już Jane jak swoją. Ostatnie ślady rezerwy i nieufności zniknęły wraz z przyjściem na świat Chantal, co w ich oczach zdawało się potwierdzać, że Jane jest taką samą kobietą jak każda z nich. Rozmowa nad rzeką była zadziwiająco frywolna – może dlatego, że dzieci pozostały we wsi pod opieką starszych sióstr i babek, ale chyba raczej przez Zaharę. Dominował tu jej donośny głos, jej roziskrzone oczy i jej bogaty, gardłowy śmiech. Bez wątpienia tutaj odreagowywała stałe tłumienie swojej osobowości. Miała wulgarne poczucie humoru, którego Jane nie spotkała u żadnej innej Afganki czy Afgańczyka, a jej sprośne uwagi i dwuznaczne żarty często torowały drogę poważnej dyskusji. Dzięki temu Jane udawało się czasem przekształcić seanse wieczornej kąpieli w zaimprowizowane pogadanki na temat oświaty zdrowotnej. Najczęściej poruszanym na nich tematem była kontrola urodzeń, chociaż kobiety z Bandy bardziej interesowały się sposobami zachodzenia w ciążę niż jej unikania. Idea, że kobieta jest zdolna lepiej wykarmić i zaopiekować się dziećmi, jeśli te rodzą się nie w odstępie dwunastu czy piętnastu miesięcy, tylko dwóch lat, którą starała się propagować Jane, spotykała się jednak z ciepłym przyjęciem. Wczoraj rozmawiały o cyklu menstruacyjnym i okazało się, że Afganki sądziły, iż czas płodności przypada na tuż przed i tuż po okresie. Jane wyjaśniła im, że zawiera się on między dwunastym a szesnastym dniem cyklu i zdawały się przyjmować jej słowa do wiadomości. Podejrzewała jednak, iż są przekonane, że się myli, i tylko przez grzeczność jej tego nie mówią.
Tego wieczora nad rzeką panowała atmosfera podniecenia. Spodziewano się dzisiaj powrotu konwoju, który wyruszył ostatnio do Pakistanu. Mężczyźni oprócz tego, co najważniejsze do prowadzenia wojny, czyli karabinów, amunicji i materiałów wybuchowych, przywiozą też garść luksusowych towarów – może jakiś szal, trochę pomarańczy, plastykowe ozdoby.
Mąż Zahary, Ahmed Gul, jeden z synów akuszerki Rabii, prowadził ten konwój i Zahara była wyraźnie podekscytowana perspektywą ponownego z nim spotkania. Gdy byli razem, nie różnili się od innych afgańskich par – ona cicha i usłużna, on nonszalancko władczy. Ale ze sposobu, w jaki na siebie patrzyli, Jane wnioskowała, że się kochają; a poza tym z tego, co wygadywała Zahara, wynikało jasno, że w ich miłości wielką rolę spełnia pociąg fizyczny. Dzisiaj niemal wychodziła z siebie z pożądania, wycierając włosy do sucha z ognistą, zawziętą energią. Jane rozumiała ją – sama miewała czasem takie nastroje. Zostały z Zaharą przyjaciółkami bez wątpienia dlatego, że wyczuwały w sobie bratnie dusze.
W ciepłym, suchym powietrzu skóra Jane obeschła niemal natychmiast. Była pełnia lata z długimi, suchymi i upalnymi dniami. Ładna pogoda potrwa jeszcze z miesiąc, dwa, a potem do końca roku będzie już przejmujące zimno. Zaharze wciąż nie dawał spokoju temat wczorajszej rozmowy.