– I z tobą, Jane Debout – odparł uprzejmie.
Milczała przez chwilę łapiąc oddech. Obserwował ją z wyrazem rozbawionej pobłażliwości na twarzy.
– Jak tam Mousa? – spytała wreszcie.
– Czuje się dobrze, jest szczęśliwy i uczy się posługiwać lewą ręką. Pewnego dnia będzie nią zabijał Rosjan.
Był to żart: tradycja nakazywała, by lewej ręki używać do wykonywania czynności „nieczystych”, a prawej do jedzenia. Jane uśmiechnęła się, dając tym do zrozumienia, że docenia jego dowcip.
– Tak się cieszę, że zdołaliśmy ocalić mu życie – powiedziała.
Jeśli nawet pomyślał, że jest nieskromna, nie dał tego po sobie poznać.
– Jestem na zawsze twoim dłużnikiem – oznajmił uroczyście. Na to tylko czekała.
– Chciałam cię prosić, żebyś coś dla mnie zrobił – wyrzuciła z siebie.
Z jego twarzy nie można było nic wyczytać.
– Jeśli to tylko w mojej mocy…
Rozejrzała się dokoła za miejscem, gdzie można by usiąść. Stali w pobliżu domu, w który trafiła bomba. Kamienie i ziemia ze zwalonej ściany frontowej rozsypały się po ścieżce i widać było wnętrze budyneczku, gdzie z całego wyposażenia pozostał tylko pęknięty dzban i absurdalna kolorowa fotografia cadillaca, przypięta pinezkami do ściany. Jane przysiadła na rumowisku. Mohammed po chwili wahania zajął miejsce obok niej.
– To jest w twojej mocy – powiedziała. – Ale wywoła trochę zamieszania.
– O co chodzi?
– Możesz to wziąć za urojenia głupiej kobiety.
– Być może.
– Będzie cię kusiło, żeby mnie zbyć obiecując spełnienie mojej prośby, a potem „zapominając” o tej obietnicy.
– Nie zrobię tego.
– Proszę cię, żebyś szczerze mi powiedział, czy mnie posłuchasz, czy nie.
– Dobrze.
Dosyć już tego, pomyślała.
– Chciałabym cię prosić, żebyś wysłał za konwojem gońca z rozkazem zmiany trasy powrotu do domu.
Zatkało go – prawdopodobnie spodziewał się jakiejś zwyczajnej prośby dotyczącej lokalnej sprawy.
– Ale dlaczego? – spytał.
– Wierzysz w sny, Mohammedzie Khan? Wzruszył ramionami.
– Sny są snami – bąknął wymijająco.
Może nie jest to najwłaściwsze podejście, pomyślała; lepiej chyba powołać się na wizję.
– Kiedy leżałam sama w swojej jaskini w najgorętszej porze dnia, wydało mi się, że widzę białego gołębia.
Nastawił nagle ucha i zorientowała się, że dobrze trafiła: Afgańczycy wierzyli, że pod postacią białych gołębi objawiają się czasami duchy.
– Ale chyba mi się to śniło – ciągnęła – bo ten ptak próbował do mnie przemówić.
– Ach!
Wziął to za znak, że miałam wizję, nie sen, pomyślała Jane.
– Nie mogłam zrozumieć, co mówi – kontynuowała – chociaż wsłuchiwałam się tak pilnie, jak tylko potrafię. Wydaje mi się, że mówił w narzeczu pashto.
Mohammed wytrzeszczył oczy.
– Posłaniec z terytorium Pusztunów…
– Potem ujrzałam Ismaela Gula, syna Rabii, ojca Fary, jak stoi za tym gołębiem. – Położyła dłoń na ramieniu Mohammeda i spojrzała mu w oczy myśląc: mogę cię włączyć jak elektryczną lampę nieszczęsny, ciemny człowieku. – W jego sercu tkwił nóż, a on płakał krwawymi łzami. Wskazywał na rękojeść noża, jakby prosił, żebym wyciągnęła mu go z piersi. Ta rękojeść była wysadzana drogimi kamieniami. – Gdzieś w głębi ducha myślała: skąd mi przychodzą do głowy takie bzdury? – Wstałam z łóżka i podeszłam do niego. Bałam się, ale musiałam ratować jego życie. I kiedy wyciągnęłam rękę, aby pochwycić za nóż…
– Co się stało?
– Znikł. Chyba się obudziłam.
Mohammed zamknął szeroko rozdziawione usta, przybrał z powrotem poważny wyraz twarzy i zmarszczył z namaszczeniem czoło, jak gdyby zastanawiał się usilnie nad znaczeniem snu. Teraz pora, pomyślała Jane, żeby mu trochę pomóc w interpretacji.
– Może to zwyczajne brednie – powiedziała układając twarz w minę małej dziewczynki gotowej przyjąć bez zastrzeżeń jego trzeźwy, męski osąd. – Dlatego proszę cię, żebyś zrobił to dla mnie, dla osoby, która ocaliła życie twemu synowi; żebym odzyskała spokój ducha.
Natychmiast przyjął wyniosłą postawę.
– Długu honorowego nie trzeba przypominać.
– Czy to znaczy, że spełnisz moją prośbę? Odpowiedział pytaniem.
– Jakimi drogimi kamieniami była wysadzana rękojeść noża?
O Boże, pomyślała, co tu odpowiedzieć? Na usta cisnęło jej się „szmaragdy”, ale te związane były z Doliną Pięciu Lwów, mogły więc podsuwać domysł, że Ismael zostanie zamordowany przez zdrajcę w Dolinie.
– Rubiny – powiedziała. Pokiwał powoli głową.
– Czy Ismael nie przemówił do ciebie?
– Miałam wrażenie, że usiłuje mówić, ale nie może.
Znowu pokiwał głową, a Jane pomyślała: – no dalej, zdecyduj się, do cholery. W końcu odezwał się:
– Omen jest jasny. Trzeba zmienić trasę konwoju. Dzięki ci za to, Boże.
– Tak mi ulżyło – powiedziała szczerze. – Nie wiedziałam, co robić. Teraz mogę być pewna, że Ahmed ocaleje. – Zastanawiała się gorączkowo, co by tu zrobić, żeby przygwoździć Mohammeda i uniemożliwić mu zmianę decyzji. Nie mogła zażądać od niego przysięgi. Przyszło jej do głowy, żeby uścisnąć mu rękę.
W końcu zdecydowała się przypieczętować umowę jeszcze starszym gestem: nachyliła się i szybko, ale czule pocałowała go w usta, nie dając mu szansy ani na unik, ani na odwzajemnienie. – Dziękuję! – powiedziała. – Wiem, że należysz do ludzi, którzy dotrzymują raz danego słowa. – Wstała, odwróciła się i pobiegła w kierunku jaskiń, pozostawiając go tak jak siedział, chyba trochę oszołomionego. Dotarłszy do szczytu wzniesienia przystanęła i obejrzała się. Mohammed był już spory kawałek od zburzonego przez bombę domu i z wysoko uniesioną głową schodził wydłużonym krokiem ze wzgórza wymachując zamaszyście rękami. Ten pocałunek naładował go sporą dawką energii, pomyślała Jane. Powinnam się wstydzić. Zagrałam na jego zacofaniu, próżności i męskości. Jako feministka nie powinnam wykorzystywać jego przekonań – kobieta oddana, kobieta pokorna, kobieta zalotna – by nim manipulować. Ale odniosło skutek. Udało się!
Ruszyła dalej. Teraz musi rozmówić się z Jean-Pierre’em. Będzie w domu gdzieś o zmierzchu: wyruszy w drogę powrotną tak samo jak Mohammed, dopiero po południu, kiedy słońce już tak nie przygrzewa. Czuła, że z Jean-Pierre’em sprawa będzie prostsza niż z Mohammedem. Po pierwsze, z Jean-Pierre’em może rozmawiać beż owijania w bawełnę. Po drugie, Jean-Pierre jest w opałach.
Dotarła do jaskiń. W małym obozowisku panowała napięta atmosfera. Na niebie pojawił się dywizjon sowieckich odrzutowców. Kto żyw przerywał pracę i z niepokojem obserwował samoloty, chociaż leciały za wysoko i były zbyt daleko, by obawiać się z ich strony bombardowania. Gdy znikły, chłopcy rozpostarli ręce na podobieństwo skrzydeł i zaczęli biegać po polanie naśladując ryk odrzutowych silników. Kogo bombardują w swoich wyimaginowanych rajdach, pomyślała Jane.
Weszła do swojej pieczary, sprawdziła, czy Chantal ma sucho, uśmiechnęła się do Fary i wzięła dziennik. Ona i Jean-Pierre dokonywali do niego wpisów niemal codziennie. Była to przede wszystkim kronika działalności medycznej i zabierze ją ze sobą do Europy jako materiał pomocniczy dla tych, którzy przyjadą do Afganistanu na ich miejsce. Zachęcano ich do zapisywania w niej również osobistych odczuć i problemów, by następcy wiedzieli z góry, czego mogą się spodziewać, i Jane prowadziła dosyć szczegółowe notatki ze swej ciąży i porodu; zapis jej życia emocjonalnego był jednak ściśle ocenzurowany.