Ale jak? Nie może go wyrzucić – ktoś mógłby je znaleźć. Musi je roztrzaskać.
Czym?
Nie ma młotka.
No to kamieniem.
Przebiegła przez izbę gościnną i wypadła na podwórko. Otaczał je mur z polnych kamieni spojonych piaskową zaprawą. Podniosła ręce i spróbowała poruszyć jeden z kamieni z wierzchniej warstwy. Trzymał się raczej pewnie. Przymierzyła się do sąsiedniego i do następnego. Czwarty kamień tkwił w murze jakby luźniej. Poprawiła chwyt i pociągnęła. Drgnął.
– Chodź tu, no wyłaź! – krzyknęła. Szarpnęła z całych sił. Szorstka powierzchnia kamienia przecięła jej skórę na dłoniach. Natężyła mięśnie i kamień wysunął się z muru. Odskoczyła w tył, kiedy spadał na ziemię. Był mniej więcej wielkości puszki fasoli – w sam raz. Podniosła go oburącz i wróciła biegiem do chaty.
Wpadła do izby frontowej. Podniosła z podłogi czarny, plastykowy radionadajnik i położyła go na wykładanym kafelkami kontuarze. Potem uniosła kamień nad głowę i opuściła go z całych sił na radio.
Plastykowa obudowa pękła. Trzeba walnąć mocniej.
Ponownie uniosła kamień nad głowę i opuściła go. Tym razem obudowa rozleciała się na kawałki odsłaniając wnętrze aparatu: ujrzała płytkę drukowaną, stożek głośnika i dwie baterie z napisami w języku rosyjskim. Wyszarpnęła baterie, cisnęła je na podłogę i zaczęła miażdżyć urządzenie.
Nagle ktoś chwycił ją od tyłu.
– Co ty wyprawiasz?! – usłyszała krzyk Jean-Pierre’a.
Wyrwała mu się na chwilę i jeszcze raz rąbnęła kamieniem w radyjko. Chwycił ją za ramiona i odepchnął brutalnie na bok. Potknęła się i rozciągnęła jak długa na podłodze. Upadła tak nieszczęśliwie, że skręciła sobie nadgarstek.
Jean-Pierre wpatrywał się dzikim wzrokiem w radio.
– Szmelc! – krzyknął – Nie ma nawet co zbierać! – złapał ją za koszulę i poderwał ostro na nogi. – Nie wiesz nawet, co zrobiłaś! – wrzasnął. Z jego oczu wyzierała rozpacz i dzika wściekłość.
– Puść mnie! – krzyknęła. Nie miał prawa tak się zachowywać, bo to on ją oszukiwał. – Jak śmiesz podnosić na mnie rękę!
– Jak śmiem? – wypuścił z rąk jej koszulę, zamachnął się i wyprowadził silny cios. Pięść wylądowała na jej żołądku. Na ułamek sekundy szok po prostu ją sparaliżował; potem przyszedł ból umiejscowiony gdzieś głęboko, w miejscu wciąż obolałym po porodzie. Krzyknęła i zgięła się wpół, przyciskając ręce do brzucha.
Powieki miała zaciśnięte, nie widziała więc zbliżającej się ponownie pięści. Wylądowała na jej ustach. Krzyknęła. Nie dawała wprost wiary, że mógł jej to robić. Otworzyła oczy i spojrzała na niego bojąc się panicznie, że znowu ją uderzy.
– Jak śmiem?! – wrzasnął. – Jak śmiem?
Padła na kolana na klepisko i zaczęła szlochać z szoku, bólu i upokorzenia. Usta bolały ją tak, że ledwie mogła mówić.
– Proszę cię, nie bij mnie – wybełkotała. – Nie bij mnie już. – Zasłoniła twarz ręką w obronnym geście.
Ukląkł, oderwał jej rękę od twarzy i pochylił się tak, że ich nosy niemal zetknęły się ze sobą.
– Od kiedy wiesz? – wysyczał.
Oblizała wargi. Puchły już. Dotknęła ich rękawem; kiedy go od nich oderwała, był zakrwawiony.
– Od kiedy zobaczyłam cię w kamiennej chacie… w drodze do Cobak – wybełkotała.
– Ale przecież nic tam nie zauważyłaś!
– On mówił z rosyjskim akcentem i skarżył się na odciski. Na tej podstawie wszystko wydedukowałam.
Milczał przez chwilę zbierając myśli.
– Dlaczego właśnie teraz? – spytał. – Dlaczego nie rozbiłaś radia wcześniej?
– Bałam się.
– A teraz nie?
– Ellis tu jest.
– No to co?
Jane zebrała te resztki odwagi, jakie jej jeszcze pozostały.
– Jeśli z tym nie skończysz… z tym szpiegowaniem… powiem Ellisowi i on cię powstrzyma.
Złapał ją za gardło.
– A co będzie, jeśli cię uduszę, ty suko?
– Jeśli coś mi się stanie… Ellis będzie dociekał dlaczego. On nadal mnie kocha.
Wpatrywała się w niego. W jego oczach płonęła nienawiść.
– Teraz nigdy go nie dostanę! – wycedził przez zęby. Nie wiedziała, o kogo mu chodzi. O Ellisa? Nie. O Masuda? Czyżby docelowym zadaniem Jean-Pierre’a było zabicie Masuda? Jego dłonie wciąż obejmowały jej gardło. Czuła, jak ich chwyt się zacieśnia. Obserwowała ze strachem jego twarz.
I wtedy zapłakała Chantal.
Wyraz twarzy Jean-Pierre’a zmienił się zdecydowanie. Z jego oczu zniknęła wrogość, złagodniało nieruchome, napięte, pełne wściekłości spojrzenie; po chwili, ku zdumieniu Jane, zakrył oczy dłoń mi i rozpłakał się.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nagle zdała sobie sprawę, że jest jej go żal i pomyślała: nie bądź głupia, ten sukinsyn dopiero co cię pobił. Ale wbrew samej sobie czuła się poruszona jego łzami.
– Nie płacz – powiedziała cicho. Głos miała zadziwiająco łagodny. Dotknęła jego policzka.
– Przepraszam – wyszlochał. – Przepraszam za to, co ci zrobiłem. Praca całego mojego życia… wszystko na marne.
Uświadomiła sobie ze zdziwieniem i odrobiną odrazy, że pomimo opuchniętych warg i nie ustępującego bólu w dole brzucha, nie jest już na niego zła. Dopuściła do głosu wzruszenie, objęła go ramieniem i zaczęła poklepywać po plecach, jakby uspokajała dziecko.
– Tylko przez akcent Anatolija – wymamrotał. – Tylko przez ten akcent.
– Zapomnij o Anatoliju – powiedziała. – Wyjedziemy z Afganistanu i wrócimy do Europy. Wyruszymy z następnym konwojem.
Oderwał ręce od twarzy i spojrzał na nią.
– Kiedy wrócimy do Paryża…
– Tak?
– Kiedy znajdziemy się już w domu… nadal chcę, żebyśmy byli razem. Potrafisz mi wybaczyć? Kocham cię… naprawdę, zawsze cię kochałem. I jesteśmy małżeństwem. I mamy Chantal. Proszę cię, Jane… proszę cię, nie zostawiaj mnie. Błagam!
Ku własnemu zaskoczeniu nie wahała się ani przez chwilę. Był mężczyzną, którego kochała, był jej mężem, ojcem jej dziecka; i był teraz w kłopotach, i prosił o pomoc.
– Nigdzie nie odchodzę – odparła.
– Obiecaj – powiedział. – Obiecaj, że mnie nie zostawisz. Uśmiechnęła się do niego zakrwawionymi ustami.
– Kocham cię – powiedziała. – Obiecuję, że cię nie porzucę.
ROZDZIAŁ 9
Ellis był sfrustrowany, zniecierpliwiony i zły. Sfrustrowany, bo przebywał już siedem dni w Dolinie Pięciu Lwów i nie widział się jeszcze z Masudem. Zniecierpliwiony, bo widok Jane i Jean-Pierre’a wiodących wspólne życie, pracujących razem i dzielących radość ze swej udanej dziewczynki stanowił dla niego codzienny czyściec. I zły, bo za wrobienie w te paskudną sytuację nie mógł winić nikogo, tylko siebie samego.
Powiedziano mu, że zobaczy się z Masudem dzisiaj, ale jak dotąd ten wielki człowiek nie pojawił się. Żeby tu dotrzeć, Ellis maszerował cały wczorajszy dzień. Znajdował się teraz na południowo-zachodnim krańcu Doliny Pięciu Lwów, na terytorium zajętym przez agresora. Wyruszył z Bandy w towarzystwie trzech partyzantów – Ali Ghanima, Matullaha Khana i Yussufa Gula – ale w każdej mijanej wiosce dołączało do nich po dwóch, trzech ludzi i teraz było ich w sumie trzydziestu. Siedzieli kręgiem pod drzewem figowym niedaleko szczytu wzgórza, zajadali figi i czekali.
U stóp wzgórza, na którym siedzieli, zaczynała się płaska równina, ciągnąca się ku południowi – w istocie aż do samego Kabulu, ale było do niego pięćdziesiąt mil i nie mogli go widzieć. O wiele bliżej, zaledwie dziesięć mil w tym samym kierunku, znajdowała się baza sił powietrznych Bagram: jej zabudowania nie były wprawdzie widoczne, ale od czasu do czasu dostrzegali wzbijający się w powietrze odrzutowiec. Równina stanowiła mozaikę żyznych pól i ogrodów, poprzecinanych strumieniami, z których wszystkie wpadały do Rzeki Pięciu Lwów, rozlewającej się tu coraz szerzej i coraz głębszej, ale nadal bystro toczącej swe wody w kierunku stołecznego miasta. Podnóżem wzgórza biegł wyboisty trakt, wiodący w Dolinę aż do miasteczka Rokha, które stanowiło tutaj najdalej na północ wysunięty punkt okupowanego terytorium. Ruch na trakcie nie był wielki