– paru wieśniaków na wozach i od czasu do czasu opancerzony samochód. Tam gdzie trakt przecinał rzekę, znajdował się nowy, wzniesiony przez sowieckich saperów most.
Ellis miał wysadzić ten most w powietrze.
Lekcje posługiwania się materiałami wybuchowymi, których udzielał dla możliwie najdłuższego maskowania prawdziwego celu swej misji, cieszyły się ogromną popularnością i był zmuszony do ograniczania liczby słuchaczy. Nie umniejszała tego jego słaba znajomość narzecza dari. Pamiętał trochę farsi z pobytu w Teheranie i liznął sporo dari wędrując tu z konwojem, potrafił więc rozmawiać o krajobrazie, jedzeniu, koniach i broni, ale wciąż nie umiał wyrazić w miejscowym języku takich fachowych pojęć, jak na przykład Efektem nacięcia wykonanego w materiale wybuchowym jest zogniskowanie siły eksplozji. Mimo to, idea wysadzania w powietrze rozmaitych rzeczy tak bardzo przemawiała do afgańskiej wyobraźni, że zawsze mógł liczyć na słuchające w skupieniu audytorium. Nie był w stanie nauczyć ich wzorów służących do wyliczania ilości TNT, niezbędnej do wykonania określonego zadania, ani nawet posługiwania się przeznaczoną dla najgłupszych taśmą przeliczeniową, opracowaną na użytek U. S. Army, bo żaden z nich nie wyznawał się na arytmetyce choćby na poziomie podstawówki, a większość nie umiała nawet czytać. Niemniej potrafił pokazać im, jak niszczyć obiekty z pewniejszym skutkiem, zużywając jednocześnie do tego mniej materiału – co było dla nich bardzo ważne, bo wciąż cierpieli na braki w zaopatrzeniu. Próbował również wpoić im podstawowe zasady bezpieczeństwa, ale tutaj poniósł porażkę
– dbałość o bezpieczeństwo uchodziła w ich oczach za oznakę tchórzostwa. Przez cały ten czas przeżywał tortury z powodu Jane.
Był zazdrosny widząc, jak dotyka Jean-Pierre’a; odczuwał zawiść widząc ich dwoje w jaskiniowym lazarecie, tak wydajnie i w takiej harmonii ze sobą współpracujących; i zżerało go pożądanie na widok nabrzmiałych piersi Jane karmiącej dziecko. Nocami, nie mogąc zasnąć, leżał w śpiworze w chacie Ismaela Gula, u którego kwaterował, i przewracał się z boku na bok to pocąc się, to znów dygocząc z zimna, nie mogąc znaleźć sobie miejsca na twardym klepisku z udeptanej ziemi, usiłując nie zwracać uwagi na przytłumione głosy Ismaela i jego żony, kochających się kilka metrów od niego, w sąsiedniej izbie; dłonie wprost swędziały go, by dotykać Jane.
Winą za to wszystko mógł obarczać tylko siebie samego. Zgodził się na podjęcie tej misji w daremnej nadziei, że może skłoni Jane do powrotu. Było to rozumowanie równie nieprofesjonalne, co niedojrzałe. Pozostawało mu tylko jak najprędzej się stąd wynieść.
Dopóki jednak nie spotka się z Masudem, nie może przedsięwziąć niczego w tym kierunku.
Wstał i zaczął się przechadzać niecierpliwie, nie dbając o trzymanie się w cieniu drzewa, który chronił oddział przed dostrzeżeniem z drogi. Kilka jardów dalej, w miejscu, gdzie kiedyś rozbił się helikopter, leżała kupa pogiętego, poskręcanego żelastwa. Wypatrzył w niej kawałek stalowej blachy wielkości mniej więcej talerza i podsunęło mu to pewien pomysł. Od jakiegoś czasu zastanawiał się nad sposobem zademonstrowania działania ładunków kumulacyjnych i teraz go znalazł.
Wyjął z torby polowej mały, płaski kawałek TNT i nóż sprężynowy. Partyzanci przysunęli się bliżej. Był wśród nich Ali Ghanim, drobny, nieszczęsny człowieczek – krzywy nos, zdeformowane zęby i lekko przygarbione plecy – o którym mówiono, że ma czternaścioro dzieci. Ellis wyrzezał w TNT perskim pismem Ali. Pokazał wszystkim swoje dzieło. Ali rozpoznał swoje imię.
– Ali – powiedział odsłaniając w uśmiechu swe okropne zęby.
Ellis położył materiał wybuchowy na kawałku stalowej blachy, stroną z wyciętym imieniem do dołu.
– Miejmy nadzieję, że się uda – powiedział z uśmiechem i oni też się uśmiechnęli, chociaż żaden nie znał angielskiego. Wydobył ze swej pojemnej torby zwój wolnopalnego lontu i odciął czterostopowy kawałek. Wyjął teraz pudełko z zapalnikami, wybrał z niego jeden detonator i wsunął koniec lontu w cylindryczny zacisk. Przymocował detonator do kawałka TNT taśmą samoprzylepną.
Spojrzał w dół, na drogę. Nie zobaczył na niej nikogo. Odszedł na pięćdziesiąt kroków stokiem wzgórza i tam położył swoją małą bombę na ziemi. Zapalił lont zapałką i wrócił pod drzewo.
Lont był wolnopalny. Czekając, aż dopali się do końca, Ellis zastanawiał się, czy Masud nie kazał go czasem obserwować i rozpracować innym partyzantom. Może przywódca chciał się najpierw upewnić, czy Ellis jest osobą poważną, zasługującą na szacunek partyzantów? Protokół w armii, nawet rewolucyjnej, był zawsze rzeczą ważną. Ale Ellis nie mógł dłużej dreptać w miejscu. Jeśli Masud nie pojawi się dzisiaj, będzie zmuszony zarzucić tę zabawę z materiałami wybuchowymi, wyjawić, że jest wysłannikiem Białego Domu i zażądać natychmiastowego skontaktowania go z przywódcą rebeliantów.
Rozległ się niezbyt imponujący huk, któremu towarzyszył mały obłoczek kurzu. Partyzanci z rozczarowaniem przyjęli tę mizerną eksplozję. Ellis poszedł po kawałek blachy i podniósł go przez swój szal na wypadek, gdyby metal był jeszcze gorący. Widniało na nim imię Ali przepalone na wylot postrzępionymi na krawędziach literami perskiego pisma. Pokazał blachę partyzantom, którzy rozjazgotali się podnieconym gwarem. Ellis nie krył zadowolenia – to była praktyczna demonstracja tezy, że materiał wybuchowy, wbrew temu, co dyktuje zdrowy rozsądek, jest silniejszy w miejscu, w którym się go natnie.
Nagle partyzanci zamilkli. Ellis rozejrzał się i zobaczył nadchodzącą wzgórzem grupkę siedmiu czy ośmiu ludzi. Po strzelbach i okrągłych czapkach chitrali można było w nich rozpoznać partyzantów. Gdy podeszli bliżej, Ali zesztywniał niemal w postawie na baczność.
– Kto to? – spytał go Ellis.
– Masud – odparł Ali.
– Który to?
– Ten w środku.
Ellis utkwił wzrok w postaci kroczącej pośrodku grupy. Na pierwszy rzut oka
Masud nie wyróżniał się niczym spośród pozostałych: szczupły mężczyzna średniego wzrostu w ubraniu koloru khaki i zdobycznych butach. Ellis przyjrzał się badawczo jego twarzy. Mężczyzna był jasnoskóry i nosił rzadki wąsik oraz rachityczną bródkę nastolatka. Miał długi, haczykowato zakończony nos. Czujne, ciemne oczy otoczone były głębokimi zmarszczkami, co nadawało mu wygląd starszego o co najmniej pięć lat od dwudziestu ośmiu, jakie podobno sobie liczył. Nie była to twarz przystojna, ale bijące z niej żywa inteligencja i chłodny autorytet wyróżniały go spośród otaczających go ludzi.
Podszedł z wyciągniętą ręką prosto do Ellisa.
– Jestem Masud.
– Ellis Thaler. – Ellis potrząsnął jego ręką.
– Zamierzamy wysadzić ten most – powiedział Masud po francusku.
– Teraz?
– Tak.
Ellis zabrał się do pakowania sprzętu do torby, a Masud obszedł tymczasem grupę partyzantów wymieniając z jednymi uściski dłoni, innych pozdrawiając skinieniem głowy, biorąc paru w objęcia, do każdego odzywając się kilkoma słowami.
Gdy byli już gotowi, ruszyli w dół zbocza luźną gromadą.
Jak domyślał się Ellis, miało to zwiększyć prawdopodobieństwo, że w przypadku dostrzeżenia zostaną wzięci nie za oddział rebelianckiej armii, lecz za grupę wieśniaków. Gdy znaleźli się u stóp wzgórza, przestali być widoczni z drogi, chociaż nadal groziło im dostrzeżenie z przelatującego helikoptera – Ellis zakładał, że ukryją się, kiedy usłyszą warkot silnika. Podążali ścieżką biegnącą wśród uprawnych pól, kierując się ku rzece. Minęli kilka małych chat i zostali dostrzeżeni przez pracujących w polu ludzi, z których jedni ostentacyjnie ich ignorowali, a inni machali rękami i wykrzykiwali pozdrowienia. Dotarłszy do rzeki ruszyli jej brzegiem, wykorzystując do maksimum osłonę, jaką mogły zapewnić głazy i niezbyt wybujała roślinność nad sama wodą. Gdy od mostu dzieliło ich około trzystu jardów, wtoczyła się nań mała kolumna wojskowych ciężarówek. Partyzanci ukryli się czekając, aż turkot pojazdów ścichnie na trakcie do Rokhy. Ellis przypadł do ziemi pod wierzbą obok Masuda.