Выбрать главу

Siedziało tam w kucki co najmniej dwudziestu zapatrzonych w przestrzeń partyzantów, czekających nie wiadomo na co z właściwą sobie cierpliwością. Masuda wśród nich nie było, ale rozglądając się dookoła Jean-Pierre dostrzegł dwóch jego najbliższych adiutantów. Ellis leżał na kocu w ocienionym kącie podwórka.

Jean-Pierre przykląkł przy nim. Kula najwyraźniej sprawiała Ellisowi ból. Leżał na brzuchu. Twarz miał stężałą i zaciskał zęby. Był blady, a czoło zraszał mu pot. Oddychał chrapliwie.

– Boli, co? – spytał po angielsku Jean-Pierre.

– Cholernie trafnie powiedziane – wycedził Ellis przez zaciśnięte zęby.

Jean-Pierre ściągnął z niego prześcieradło. Partyzanci przecięli mu spodnie i założyli na ranę prowizoryczny opatrunek. Jean-Pierre odwinął bandaże. Zorientował się od razu, że rana nie jest śmiertelna. Ellis bardzo się wykrwawił, a pocisk tkwił wciąż w mięśniu, sprawiając wyraźnie piekielny ból, ale znajdował się dosyć daleko od kości i od głównych naczyń krwionośnych – rana szybko się wygoi.

Nie, nie wygoi się, przypomniał sobie Jean-Pierre. Wcale się nie wygoi.

– Najpierw dam ci coś na uśmierzenie bólu – powiedział.

– Będę wdzięczny – stęknął skwapliwie Ellis.

Jean-Pierre podciągnął koc. Ellis miał na plecach ogromną bliznę w kształcie krzyża. Ciekawe skąd, zainteresował się Jean-Pierre.

Nigdy się już tego nie dowiem, pomyślał zaraz.

Otworzył torbę medyczną. Teraz zabiję Ellisa, powiedział sobie w duchu. Nigdy nikogo nie zabiłem, nawet nieumyślnie. Co to znaczy być mordercą? Ludzie robią to codziennie, na całym świecie: mężowie zabijają żony, matki dzieci, płatni zabójcy polityków, włamywacze lokatorów mieszkań, kaci morderców. Wyjął dużą strzykawkę i zaczął ją napełniać digitaliną: lek przychodził w małych fiolkach i żeby uzyskać śmiertelną dawkę musiał ich opróżnić cztery.

Jak będzie wyglądało konanie Ellisa? Pierwszym efektem działania leku będzie przyśpieszenie akcji serca. Wyczuje to, zaniepokoi się i przestraszy. Potem, kiedy trucizna zakłóci pracę mechanizmu odmierzającego rytm serca, pojawia się dodatkowe uderzenia: jedno słabe po każdym normalnym. Wtedy poczuje się naprawdę źle. W końcu wystąpi totalna arytmia, skurcze komór serca, dolnej i górnej, zaczną następować całkowicie niezależnie od siebie i Ellis umrze w cierpieniu i strachu. Co zrobię, pomyślał Jean-Pierre, kiedy będzie krzyczał z bólu prosząc mnie, lekarza, bym mu pomógł? Czy dam mu do zrozumienia, że pragnę jego śmierci? Czy odgadnie, że podałem mu truciznę? Czy może będę przemawiał do niego uspokajająco, tak jak to potrafię, i starał się ułatwić mu zejście? Nie denerwuj się, to normalny efekt uboczny działania środka przeciwbólowego, wszystko będzie dobrze.

Zastrzyk był gotowy.

Potrafię to zrobić, uświadomił sobie Jean-Pierre. Potrafię go zabić. Nie wiem tylko, co się ze mną stanie potem.

Odsłonił Ellisowi ramię i wiedziony zawodowym nawykiem przemył miejsce wkłucia alkoholem.

W tym momencie pojawił się Masud.

Jean-Pierre nie słyszał, jak nadchodzi, i aż podskoczył, kiedy Afgańczyk wyrósł tuż obok jak spod ziemi. Masud położył mu rękę na ramieniu.

– Przestraszyłem cię, Monsieur le docteur – powiedział. Ukląkł przy głowie Ellisa. – Rozważyłem tę propozycję amerykańskiego rządu – zwrócił się po francusku do Ellisa.

Jean-Pierre klęczał jak skamieniały ze strzykawką w prawej dłoni. Jaką propozycję? O co tu, u diabła, chodzi? Masud mówi otwarcie, jakby Jean-Pierre był jednym z jego towarzyszy – którym zresztą, w jakimś sensie był – tylko że

Ellis… Ellis może zasugerować, żeby porozmawiali o tym na osobności.

Ellis uniósł się z wysiłkiem na łokciu. Jean-Pierre wstrzymał oddech, ale Ellis powiedział tylko:

– Mów dalej.

Jest zbyt wyczerpany, pomyślał Jean-Pierre, i za bardzo cierpi, by zawracać sobie głowę podejmowaniem wyrafinowanych środków bezpieczeństwa; poza tym powodów do podejrzewania mnie ma nie więcej niż Masud.

– Podoba mi się – podjął Masud. – Zadaję sobie jednak pytanie, jak się wywiążę z mojej części umowy.

Oczywiście! – pomyślał Jean-Pierre. – Amerykanie nie wysyłaliby najlepszego agenta CIA po to, żeby uczył partyzantów wysadzania mostów i tuneli. Ellis przybył tutaj, by dobić jakiegoś targu!

– Trzeba przekonać resztę przywódców do tego planu szkolenia kadr z innych stref – ciągnął Masud. – Nie będzie to łatwe. Zaczną węszyć jakiś podstęp – zwłaszcza jeśli to ja wysunę tę propozycję. Sądzę, że to ty musisz im ją przedstawić i powiedzieć, co w zamian oferuje twój rząd.

Jean-Pierre nastawił ucha. Plan szkolenia kadr z innych stref! Co to, u diabła, za pomysł?

– Z przyjemnością to zrobię – powiedział z pewną trudnością Ellis. – Ty będziesz musiał tylko zebrać ich wszystkich w jednym miejscu.

– Dobrze. – Masud uśmiechnął się. – Zwołam naradę wszystkich przywódców ruchu oporu i odbędzie się ona tutaj, w Dolinie Pięciu Lwów, w wiosce Darg za osiem dni. Jeszcze dzisiaj roześlę gońców z wiadomością, że jest tu przedstawiciel rządu Stanów Zjednoczonych, który pragnie omówić kwestię dostaw broni. Narada! Dostawy broni! W głowie Jean-Pierre’a zaczynał się klarować kształt tej umowy. Tylko co robić?

– Przyjdą? – spytał Ellis.

– Wielu, tak – odparł Masud. – Nasi towarzysze z zachodnich pustyń – nie; to za daleko i nie znają nas.

– A tych dwóch, o których szczególnie nam chodzi – Kamil i Azizi? Masud wzruszył ramionami.

– Wszystko w rękach Boga.

Jean-Pierre drżał z podniecenia. To byłoby najważniejsze wydarzenie w dziejach afgańskiego ruchu oporu.

Ellis szperał w swojej torbie polowej leżącej na ziemi koło jego głowy.

– Może potrafię ci pomóc w przekonaniu Kamila i Aziziego – mówił. Wydobył z torby dwie małe paczuszki i otworzył je. Zawierały płaskie, prostokątne sztabki żółtego metalu. – Złoto – powiedział. – Każda z tych sztabek jest warta około pięciu tysięcy dolarów.

To była fortuna – pięć tysięcy dolarów to więcej niż dwuletni dochód przeciętnego Afgańczyka.

Masud wziął sztabkę złota i zważył ją w dłoni.

– A to co? – spytał wskazując na znak wybity pośrodku prostokąta.

– Pieczęć prezydenta Stanów Zjednoczonych – odparł Ellis.

Sprytne, pomyślał Jean-Pierre. Taka rzecz zrobi wrażenie na przywódcach plemiennych, a jednocześnie wzbudzi w nich nieprzepartą chęć spotkania się z Ellisem.

– Czy to pomoże przekonać Kamila i Aziziego? – spytał Ellis. Masud skinął głową.

– Sądzę, że przyjdą.

Mógłbyś zaręczyć własnym życiem, że przyjdą, pomyślał Jean-Pierre.

I nagle wiedział już dokładnie, co ma zrobić. Masud, Kamil i Azizi, trzej wielcy przywódcy ruchu oporu, znajdą się jednocześnie w wiosce Darg za osiem dni. Musi powiadomić o tym Anatolija.

Wtedy Anatolij będzie mógł zgładzić całą trójkę za jednym zamachem.

To jest to, pomyślał Jean-Pierre; to ta chwila, na którą czekałem od dnia przybycia do Doliny. Mam Masuda tam, gdzie chciałem go mieć – a razem z nim jeszcze dwóch rebelianckich przywódców.

Ale jak skontaktuję się z Anatolijem? Musi istnieć jakiś sposób.

– Spotkanie na szczycie – mówił Masud. Uśmiechał się przy tym z dumą.

– To będzie dobry początek nowej jedności ruchu oporu, czyż nie?

Albo dobry początek, pomyślał Jean-Pierre, albo początek końca. Opuścił rękę, skierował igłę ku ziemi i nacisnął tłoczek opróżniając strzykawkę. Patrzył, jak trucizna wsiąka w piasek. Dobry początek albo początek końca.