Выбрать главу

– Daj jeszcze – poprosił.

– Możesz dostać więcej – powiedział Jean-Pierre. – Dużo więcej. Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Ale musisz coś dla mnie zrobić – dokończył Jean-Pierre.

Malang pokiwał ochoczo głową.

– Musisz pójść do Charikar i oddać to rosyjskiemu żołnierzowi. – Pomimo dłuższej o dzień drogi zdecydował się na Charikar w obawie, iż w Rokha, które było miastem rebelianckim znajdującym się pod czasową okupacją sowiecką, panuje chaos i przesyłka może zaginąć; natomiast Charikar leżał na terytorium trwale opanowanym przez Rosjan. Z dwóch możliwości przekazania paczuszki wybrał wręczenie jej jakiemuś żołnierzowi, rezygnując z usług poczty, gdyż malang mógłby nie poradzić sobie z formalnościami związanymi z zakupieniem znaczka i nadaniem przesyłki.

Spojrzał uważnie w niedomytą twarz mężczyzny. Zwątpił przez chwilę, że ten człowiek jest zdolny do przyswojenia sobie choćby takich prostych instrukcji, ale wyraz strachu, jaki pojawił się na jego twarzy na wspomnienie o rosyjskim żołnierzu, wskazywał, że doskonale wszystko rozumie.

No a czy istnieje jakikolwiek sposób sprawdzenia, czy malang rzeczywiście zrobił, co mu kazano? Przecież on także mógł wyrzucić paczuszkę, a po powrocie przysięgać, że wykonał polecenie, jeśli bowiem jest dostatecznie inteligentny, by zrozumieć, co ma zrobić, może być również zdolny do skłamania, że to zrobił.

Jean-Pierre’owi przyszedł do głowy pewien pomysł.

– I kup mi paczkę rosyjskich papierosów – powiedział.

– Nie ma pieniędzy. – Malang pokazał mu puste ręce.

Jean-Pierre orientował się, że szaleniec nie ma pieniędzy. Dał mu sto afganów.

To powinno stanowić gwarancję, że naprawdę pójdzie do Charikar. Czy istnieje również sposób na zmuszenie go do oddania przesyłki komu trzeba?

– Jeśli dobrze się spiszesz – powiedział Jean-Pierre – dam ci tyle pastylek, ile będziesz chciał. Ale nie próbuj mnie oszukać – jeśli to zrobisz, dowiem się i nigdy nie dam ci już ani jednej, i ból brzucha będzie się stawał coraz większy i większy, spuchniesz, a w końcu twoje kiszki wybuchną jak granat i umrzesz w męczarniach. Zrozumiałeś?

– Tak.

Jean-Pierre przyglądał mu się w zapadających ciemnościach. Widział połyskujące białka szalonych oczu. Malang był chyba nie na żarty przerażony. Jean- Pierre dał mu resztę tabletek diamorfiny.

– Jedz po jednej co rano, dopóki nie wrócisz do Bandy. Tamten pokiwał skwapliwie głową.

– Teraz idź już i nie próbuj mnie oszukać.

Mężczyzna odwrócił się i ruszył wyboistą ścieżką dziwacznym, zwierzęcym kłusem. Patrząc za nim, jak znika w gęstniejącym mroku, Jean-Pierre pomyślał: w twoich brudnych łapach leży teraz przyszłość tego kraju, nieszczęsna, szalona kanalio. Niech cię Bóg prowadzi.

* * *

Minął tydzień, a malang nie wracał.

W środę, na dzień przed zwołaną naradą, Jean-Pierre wychodził już z siebie. Co godzinę wmawiał sobie, że posłaniec pojawi się przed upływem następnej godziny. Pod koniec dnia łudził się jeszcze, że może przybędzie jutro.

Ku jeszcze większej rozterce Jean-Pierre’a nad Doliną wzmogła się aktywność lotnictwa. Przez cały tydzień nie milkło wycie odrzutowców, odbywających naloty bombowe na wioski. Banda miała szczęście – spadła na nią tylko jedna bomba, która wyrwała wielką dziurę w zagonie koniczyny Abdullaha, ale na skutek nieustannego hałasu i poczucia zagrożenia wszyscy chodzili rozdrażnieni.

Napięta atmosfera zaowocowała łatwym do przewidzenia napływem pacjentów z objawami stresu: poronienia, wypadki przy pracy, nie wyjaśnione wymioty i bóle głowy. Na bóle głowy uskarżały się przeważnie dzieci. W Europie Jean-Pierre zaleciłby badania psychiatryczne. Tutaj wysyłał je do mułły. Ani psychiatria, ani islam nie na wiele się tu zdawały, gdyż tym dzieciom dolegała po prosi u wojna. Badał mechanicznie przybyłych rano pacjentów, zadając im w dari rutynowe pytania, przekazywał Jane po francusku swoją diagnozę, opatrywał rany, robił zastrzyki oraz wręczał plastykowe pojemniczki z tabletkami i szklane buteleczki z lekarstwami w płynie. Droga do Charikar powinna zająć malangowi dwa dni. Dodajmy do tego dzień na zdobywanie się na odwagę, by podejść do sowieckiego żołnierza, i noc na realizacje tego heroicznego czynu. Wyruszając w drogę powrotną następnego ranka miał przed sobą dwa dni marszu. Powinien wrócić przedwczoraj. Co się stało? Czyżby zgubił paczuszkę i roztrzęsiony bał się wracać? A może zażył wszystkie pastylki naraz i rozchorował się od tego? Albo wpadł do tej przeklętej rzeki i utopił się? A może Rosjanie zrobili sobie z niego tarcze strzelniczą?

Zerknął na zegarek. Była dziesiąta trzydzieści. Malang mógł teraz nadejść w każdej minucie z paczką rosyjskich papierosów na dowód, że był w Charikar. Poświecił chwilę na zastanowienie się, jak wyjaśni te papierosy Jane, bo przecież nie palił. Doszedł do wniosku, że żadne wyjaśnienia nie będą potrzebne, nikt bowiem nie będzie się zastanawiał nad pobudkami, jakimi kieruje się obłąkany.

Bandażował właśnie chłopcu z sąsiedniej doliny dłoń poparzona w palenisku, kiedy z zewnątrz dobiegł tupot stóp i pozdrowienia świadczące o czyimś przybyciu. Jean-Pierre stłumił przemożną chęć wybiegnięcia przed jaskinię i spokojnie bandażował dalej rękę chłopca. Usłyszawszy głos Jane obejrzał się i ku swemu niezmiernemu rozczarowaniu zobaczył nie malanga, lecz dwóch nieznajomych.

– Niech Bóg będzie z tobą, doktorze – powiedział pierwszy z nich.

– I z tobą – odparł Jean-Pierre. Żeby nie dopuścić do dalszej wymiany uprzejmości, spytał od razu: – O co chodzi?

– Skabun przeżyto straszne bombardowanie. Wielu ludzi zginęło i wielu jest rannych.

Jean-Pierre spojrzał na Jane. Nadal nie mógł opuszczać Bandy bez jej pozwolenia, bo obawiała się, że zdoła jakoś nawiązać znowu kontakt z Rosjanami. Ale jasne było, że nie on spreparował to wezwanie.

– Mam iść? – zapytał ją po francusku. – A może ty pójdziesz? – naprawdę nie chciało mu się iść, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa musiałby tam pozostać przez całą noc, a bardzo chciał się spotkać z malangiem.

Jane zawahała się. Jean-Pierre wiedział, że pomyślała o tym, iż musiałaby zabrać ze sobą Chantal. Poza tym zdawała sobie sprawę, że nie potrafi sobie poradzić z poważnymi ranami urazowymi.

– Decyzja należy do ciebie – powiedział.

– Idź ty – zadecydowała.

– Dobrze. – Do Skabun było dwie godziny drogi. Jeśli się uwinie i jeśli nie będzie tam wielu rannych, może zdąży wrócić jeszcze przed zmierzchem. – Postaram się być na noc z powrotem – powiedział.

Podeszła i pocałowała go w policzek.

– Dziękuję – powiedziała.

Sprawdził szybko zawartość torby: morfina na ból, penicylina na zapobieganie infekcji ran, igły i nici chirurgiczne, dużo bandaży. Założył czapkę i zarzucił koc na ramiona.

– Nie biorę Maggie – powiedział do Jane. – Do Skabun nie jest daleko, a droga bardzo zła. – Pocałował ją jeszcze raz, po czym odwrócił się do dwóch posłańców. – Idziemy – rzucił.

Zeszli do wsi, przebrnęli w bród rzekę i wspięli się na strome urwisko na drugim brzegu. Jean-Pierre rozpamiętywał pocałunek z Jane. Jak zareaguje Jane, jeśli jego plan się powiedzie i Rosjanie zabiją Masuda? Będzie wiedziała, że maczał w tym palce. Ale nie zdradzi go, tego był pewien. Czy nadal będzie go kochała? Pragnął jej. Od kiedy byli razem, coraz rzadziej miewał napady ostrej depresji, które dawniej prześladowały go z taką regularnością. Jej miłość dawała mu poczucie, że wszystko z nim w porządku. Potrzebował tego. Ale potrzebował również sukcesu w tej misji. Wydaje mi się, pomyślał, że tego sukcesu pragnę chyba bardziej niż szczęścia i dlatego dla zgładzenia Masuda jestem gotów utracić Jane. Szli w trójkę ścieżką biegnącą szczytem urwiska na południowy wschód, a w uszach rozbrzmiewał im głośny szum rwącej w dole rzeki.