– Jeśli odczuwasz tylko wstyd, to na pewno ci lepiej. Pokiwał głową.
– Jest doktor?
– Poszedł do Skabun – powiedziała. – Był tam duży nalot bombowy i przysłali po niego. Mogę coś dla ciebie zrobić?
– Chciałem mu tylko powiedzieć, że moja rekonwalescencja dobiegła końca.
– Wróci dziś wieczorem albo jutro rano. – Przyglądała się ciekawie Ellisowi; z tą grzywą blond włosów i kędzierzawą, złocistą brodą wyglądał jak lew. – Czemu nie obetniesz sobie włosów?
– Partyzanci powiedzieli mi, żebym je zapuszczał i nie golił się.
– Każdemu to mówią. Chcą w ten sposób sprawić, by ludzie z Zachodu mniej rzucali się w oczy. W twoim przypadku przynosi to odwrotny efekt.
– W tym kraju będę się rzucać w oczy bez względu na fryzurę.
– To prawda. – Jane uświadomiła sobie, że po raz pierwszy jest z Ellisem bez Jean-Pierre’a. Bardzo łatwo przeszli do swojego dawnego stylu prowadzenia rozmowy. Z trudnością przypominała sobie, jak strasznie była na niego zła.
Przyglądał się z zaciekawieniem jej krzątaninie.
– Czemu się pakujesz?
– Wracamy do domu.
– Jak się stąd wydostaniecie?
– Tak jak tu przybyliśmy, z konwojem.
– Przez ostatnie kilka dni Rosjanie zajęli spore terytorium – powiedział. – Nie wiedziałaś?
– Po co mi to mówisz? – Jane przeszedł dreszcz niepokoju.
– Rosjanie rozpoczęli letnią ofensywę. Nacierają na tereny, przez które idą zwykle konwoje.
– Chcesz przez to powiedzieć, że szlak do Pakistanu jest odcięty?
– Regularny szlak jest odcięty. Nie można się stąd przedostać do przełęczy
Khyber. Może istnieją inne trasy…
Jane zrozumiała, że rozwiewa się jej sen o powrocie do domu.
– Nikt mi nie powiedział! – wybuchnęła.
– Sądzę, że Jean-Pierre tego nie wiedział. Rozmawiałem dużo z Masudem, jestem więc na bieżąco.
– Tak – burknęła Jane nie spoglądając na niego. Może Jean-Pierre naprawdę niczego nie wiedział. A może wiedział, ale nie podzielił się z nią tymi informacjami, bo wcale nie chce wracać do Europy. Tak czy inaczej, nie zamierzała biernie godzić się z zaistniałą sytuacją. Po pierwsze upewni się, czy Ellis mówi prawdę. Potem zastanowi się nad rozwiązaniem problemu.
Podeszła do skrzyni Jean-Pierre’a i wyjęła z niej amerykańskie mapy Afganistanu. Były zwinięte w rulon i obwiązane elastyczną taśma. Rozerwała niecierpliwie taśmę i rzuciła mapy na podłogę. Wewnętrzny głos podpowiedział jej gdzieś z głębi podświadomości, że może to być jedyna gumka w promieniu stu mil. Uspokój się, nakazała sobie.
Uklękła na podłodze i zaczęła rozkładać mapy. Wszystkie były w bardzo dużej skali, musiała więc złączyć kilka, żeby odtworzyć całe terytorium leżące między Doliną a przełęczą Khyber. Ellis zaglądał jej przez ramię.
– To dobre mapy! – powiedział zdziwiony. – Skąd je masz?
– Jean-Pierre kupił je w Paryżu.
– Są lepsze od tych, które ma Masud.
– Wiem. Mohammed korzysta z nich zawsze, kiedy planuje trasy konwojów. Gotowe. Pokaż mi teraz, jak daleko posunęli się Rosjanie.
Ellis ukląkł obok niej na kobiercu i przesunął palcem po mapie. Jane poczuła przypływ nadziei.
– Dla mnie wcale z tego nie wynika, że przełęcz Khyber została odcięta – powiedziała. – Dlaczego nie możemy przejść tędy? – przeciągnęła wyimaginowaną linię nieco na północ od frontu.
– Nie wiem, czy wiedzie tam jakiś szlak – powiedział Ellis. – Może nie da się tamtędy przejść. Musiałabyś spytać partyzantów. Ale trzeba pamiętać, że informacje Masuda pochodzą sprzed co najmniej jednego albo dwóch dni, a Rosjanie wciąż nacierają. Jakaś dolina albo przełęcz może być jednego dnia otwarta, a drugiego już zamknięta.
– Cholera! – Nie zamierzała się tak łatwo poddać. Pochyliła się nad mapą i przyjrzała z bliska strefie granicznej. – Spójrz, przełęcz Khyber nie jest jedyną drogą przez granicę.
– Wzdłuż całej granicy ciągnie się dolina, której dnem płynie rzeka. Góry znajdują się po stronie afgańskiej. Być może do tych innych przejść dotrzeć można tylko od południa, to znaczy z terytorium okupowanego przez Rosjan.
– Takie spekulacje nie mają sensu – podsumowała Jane. Złożyła mapy i zwinęła je z powrotem w rulon. – Ktoś musi to wiedzieć.
– Chyba tak. Wstała.
– Z tego cholernego kraju musi prowadzić więcej niż jedna droga – powiedziała. Wepchnęła sobie mapy pod pachę i wyszła, pozostawiając Ellisa klęczącego na kobiercu.
Kobiety wróciły już z dziećmi z jaskiń i wioska budziła się do życia. Nad murami podwórek dryfowały dymy z palenisk. Przed meczetem siedziała w kółku piątka dzieci bawiąc się w grę zwaną nie wiadomo dlaczego melonem. Polegała na opowiadaniu historyjek, przy czym opowiadający przerywał przed końcem i narrację musiało podjąć następne w kolejności dziecko. Jane dostrzegła w kółku Mousę, syna Mohammeda. Zza paska sterczał mu jakoś złowieszczo wyglądający nóż, który dostał od ojca po wypadku z miną. Mousa akurat ciągnął opowieść.
– … i niedźwiedź próbował odgryźć chłopcu rękę – usłyszała Jane – ale chłopiec wyciągnął nóż…
Kierowała się do chaty Mohammeda. Samego Mohammeda może nie ma w domu – dawno go już nie widziała – ale mieszkał z braćmi w normalnej u Afgańczyków licznej rodzinie, a oni również byli partyzantami – byli nimi wszyscy młodzi mężczyźni zdolni do noszenia broni – jeśli więc ich zastanie, będą może w stanie udzielić jej niezbędnych informacji.
Przystanęła niezdecydowanie przed chatą. Zwyczaj nakazywał, by zatrzymała się na podwórku i porozmawiała z kobietami, które przygotowują tam wieczorny posiłek; a potem, po wymianie uprzejmości, najstarsza z kobiet wejdzie może do domu i zapyta, czy mężczyźni raczą porozmawiać z Jane. Usłyszała głos swej matki: „Nie rób z siebie widowiska!”
– Idź do diabła, mamo – powiedziała głośno, wkroczyła zdecydowanym krokiem na podwórko i ignorując znajdujące się tam kobiety pomaszerowała prosto ku frontowym drzwiom chaty – salonu mężczyzn.
W środku zastała ich trzech: osiemnastoletniego brata Mohammeda, Kahmira Khana o przystojnej twarzy i rzadkiej brodzie; jego szwagra Matullaha i samego Mohammeda. Nie było rzeczą zwyczajną, by tak wielu partyzantów naraz przebywało w domu. Spojrzeli na nią zaskoczeni.
– Niech Bóg będzie z tobą, Mohammedzie Khan – powiedziała Jane. Nie czekając na odpowiedź ciągnęła: – Kiedy wróciłeś?
– Dzisiaj – odparł automatycznie.
Przykucnęła podobnie jak oni. Zdumienie odebrało im mowę. Rozpostarła na podłodze przyniesione mapy. Trzej mężczyźni pochylili się nad nimi odruchowo
– zapomnieli już o naruszeniu przez Jane zasad etykiety.
– Spójrzcie – powiedziała. – Rosjanie przesunęli się dotąd, prawda? – nakreśliła palcem linię frontu, którą pokazywał jej Ellis.
Mohammed pokiwał potakująco głową.
– Tak więc regularny szlak konwojów został odcięty. Mohammed znowu pokiwał głową.
– Jaka jest teraz najlepsza droga przez granicę?
Spojrzeli na nią niepewnie i potrząsnęli głowami. Było to normalne – rozmawiając o trudnościach, lubili robić z tego wielką ceremonię. Jane domyślała się, że wynika to z faktu, iż ich znajomość okolic stanowiła jedyną przewagę, jaką posiadali nad takimi jak ona cudzoziemcami. Zwykle podchodziła do tego tolerancyjnie, ale dzisiaj nie miała cierpliwości.
– Dlaczego nie tędy? – spytała stanowczo, wykreślając linię równoległą do frontu.
– Za blisko Rosjan – powiedział Mohammed.
– No to tędy. – Przeciągnęła palcem po mapie, wyznaczając bardziej bezpieczną trasę, biegnącą wzdłuż konturów ukształtowania terenu.