Выбрать главу

– Kogo?

Zahara wzruszyła ramionami.

– Może żonę.

Jane poczuła się przez chwilę zbita z tropu. Zahara odnosiła się do niej ze zbyt chłodną obojętnością. Świadczyło to o jej zaniepokojeniu – nie chciała, żeby Yussuf przyprowadził do domu żonę. Wyglądało na to, że w wiejskich plotkach tkwi jednak ziarenko prawdy. Jane miała taką nadzieję. Zaharze potrzebny był mężczyzna.

– Nie sądzę, żeby poszedł po żonę – powiedziała.

– Skąd wiesz?

– Dzieje się coś ważnego. Masud rozesłał wielu posłańców. Niemożliwe, żeby wszyscy poszli po żony.

Zahara nadal starała się sprawiać wrażenie, że nic ją to nie obchodzi, ale Jane zauważyła, że humor jej się nieco poprawił. Czy fakt, że Yussuf poszedł do doliny Logar, by kogoś stamtąd przyprowadzić, ma jakieś znaczenie?, pomyślała Jane.

Kiedy wchodziły do wioski, zapadała już noc. Z meczetu dobiegało ciche zawodzenie – niesamowity w brzmieniu chór modlących się, najbardziej żądnych krwi mężczyzn na świecie. Jane przypominało to zawsze Józefa, młodego rosyjskiego żołnierza ocalałego z helikoptera, który rozbił się o górskie zbocze niedaleko Bandy. Kilka kobiet przyniosło go do chaty sklepikarza – było to w zimie, przed przeniesieniem lazaretu do jaskini – i Jean-Pierre z Jane opatrywali mu rany, a tymczasem wysłano do Masuda kuriera z pytaniem, co robić. Jane poznała odpowiedź Masuda pewnego wieczora, kiedy do frontowej izby chaty sklepikarza, gdzie cały w bandażach leżał Józef, wszedł Alishan Karim, przyłożył lufę karabinu do ucha chłopca i jednym strzałem rozwalił mu głowę. Było to mniej więcej o tej właśnie porze dnia i kiedy Jane zmywała ze ściany krew i zbierała z podłogi mózg chłopca, w powietrzu unosiło się zawodzenie pogrążonych w modlitwie mężczyzn.

Kobiety pokonały ostatni odcinek ścieżki prowadzącej od rzeki pod górę i przystanęły przed meczetem, by przed rozejściem się do domów zakończyć prowadzone po drodze rozmowy. Jane popatrzyła na meczet. Mężczyźni modlili się na klęczkach, a ceremonię prowadził mułła Abdullah. Ich broń, zbieranina starych strzelb i nowoczesnych pistoletów maszynowych, leżała na stosie w rogu. Modlący się właśnie kończyli. Gdy wstali, Jane zauważyła wśród nich wielu obcych.

– Kim oni są? – spytała Zahary.

– Sądząc po turbanach, muszą pochodzić z doliny Pich i z Dżalalabadu – odparła Zahara. – To Pusztuni; są właściwie naszymi nieprzyjaciółmi. Co oni tu robią? – Gdy to mówiła, z tłumu wystąpił bardzo wysoki mężczyzna z przepaską na oku. – To musi być Jahan Kamil, największy wróg Masuda!

– Ale Masud też tam jest i rozmawia z nimi – zauważyła Jane, po czym dorzuciła po angielsku: – A to ci dopiero!

– A to si topielo! – przedrzeźniła ją Zahara.

To był pierwszy żart Zahary od śmierci męża. Dobry znak – Zahara dochodzi do siebie.

Mężczyźni zaczęli wychodzić z meczetu i wszystkie kobiety prócz Jane rozbiegły się po domach. Wydało jej się, że zaczyna rozumieć, co się dzieje; musiała zdobyć potwierdzenie swych domysłów. Dojrzawszy Mohammeda podeszła doń i powiedziała po francusku:

– Zapomniałam cię spytać, czy udała się twoja podróż do Faizabadu.

– Udała – odparł nie zwalniając kroku: nie chciał, by jego towarzysze albo

Pusztuni widzieli, jak odpowiada na pytania kobiety.

Kierował się do domu, a Jane dreptała obok usiłując dotrzymać mu kroku.

– A więc dowódca Faizabadu tu jest?

– Tak.

Domysły Jane były słuszne – Masud zaprosił tu wszystkich przywódców rebelii.

– Co o tym wszystkim sądzisz? – spytała Mohammeda. Nadal nie znała szczegółów.

Mohammed zamyślił się i zwolnił trochę kroku, jak zawsze, kiedy wciągał go temat rozmowy.

– Wszystko zależy od tego, jak spisze się jutro Ellis – powiedział. – Jeśli wywrze na nich wrażenie człowieka honoru i zdobędzie ich szacunek, sądzę, że przystaną na jego plan.

– A według ciebie jego plan jest dobry?

– Jasne, że dobrze by było, gdyby ruch oporu się zjednoczył i dostał broń od

Stanów Zjednoczonych.

A więc o to chodzi! Amerykańska broń dla rebeliantów pod warunkiem, że zamiast marnować czas i energię na zwalczanie się nawzajem, zjednoczą swe siły przeciwko Rosjanom.

Doszli do chaty Mohammeda i Jane zawróciła machając mu ręką na pożegnanie. Piersi miała pełne – zbliżał się czas karmienia Chantal. Prawa pierś sprawiała wrażenie nieco cięższej, gdyż przy ostatnim karmieniu zaczęła od lewej, a Chantal pierwszą opróżniała zawsze dokładniej.

Dotarła do chaty i weszła do sypialni. Chantal leżała nago na złożonym ręczniku w kołysce, której role spełniało przecięte na pół kartonowe pudło. W ciepłym letnim klimacie Afganistanu nie potrzebowała żadnych ubranek. W nocy przykryje się ją prześcieradłem i to wystarczy. Rebelianci i wojna, Ellis, Mohammed i Masud, wszystko straciło na ważności, gdy Jane spojrzała na swe dziecko. Zawsze uważała niemowlęta za okropnie brzydkie, ale Chantal wydawała jej się bardzo ładna. Gdy tak patrzyła, Chantal poruszyła się niespokojnie, otworzyła buzię i zapłakała. W odpowiedzi z prawej piersi Jane wyciekło natychmiast trochę mleka i na koszuli rozlała się ciepła, mokra plama. Rozpięła guziki i wzięła Chantal na ręce.

Jean-Pierre mówił, że przed każdym karmieniem powinna przemywać piersi chirurgicznym spirytusem, ale nigdy tego nie robiła wiedząc, że Chantal nie spodobałby się jego smak. Usiadła na kobiercu opierając się plecami o ścianę i położyła sobie Chantal w zgięciu prawego ramienia. Dziecko zatrzepotało w powietrzu małymi rączkami i pokręciło główką, szukając czegoś niecierpliwie otwartą buzią. Jane podsunęła jej sutek. Bezzębne dziąsełka zacisnęły się na nim mocno i dziecko zaczęło ssać łapczywie. Jane skrzywiła się z bólu przy pierwszym silnym pociągnięciu, potem przy drugim. Trzecie było łagodniejsze. Mała pulchna rączka sięgnęła w górę i dotknęła krągłego boku nabrzmiałej piersi Jane, pociskając ją ze ślepą, niezdarną pieszczotą. Jane rozluźniła się.

Karmienie dziecka napełniało ją uczuciem ogromnej czułości i opiekuńczości. Ku swemu zaskoczeniu, czerpała z niego również wrażenia erotyczne. Z początku krępowało ją podniecenie, jakiego doznawała podczas karmienia, ale szybko doszła do wniosku, że jeśli to naturalne, to nie ma w tym nic złego i postanowiła nie wzbraniać się przed tym doznaniem.

Wybiegła myślą w przód, do chwili, kiedy pochwali się Chantal, jeśli kiedykolwiek wrócą do Europy. Matka Jean-Pierre’a niewątpliwie od razu powie, że wszystko robi źle, a jej matka będzie nalegała na ochrzczenie małej, ale ojciec zacznie adorować Chantal poprzez mgiełkę alkoholowego odurzenia, a siostra będzie dumna i nastawiona entuzjastycznie. Kto jeszcze? Ojciec Jean-Pierre’a nie żyje…

– Jest tam kto? – dobiegł z podwórka czyjś głos. To był Ellis.

– Wejdź – zawołała Jane. Uznała, że nie musi się okrywać – Ellis nie jest

Afgańczykiem, a zresztą byli kiedyś kochankami.

Wszedł, zobaczył, że Jane karmi małą, i zmieszany nie wiedział, co ze sobą począć.

– Mam wyjść?

Potrząsnęła przecząco głową.

– Widziałeś już przecież moje piersi.

– Nie wydaje mi się – powiedział. – Musiałaś je podmienić. Roześmiała się.

– Przy ciąży piersi rosną. – Wiedziała, że Ellis był już żonaty i miał dziecko, chociaż wszystko wskazywało na to, że nie widuje już ani tego dziecka, ani jego matki. Był to jeden z tematów, które niechętnie poruszał. – Nie pamiętasz tego z czasów, kiedy twoja żona chodziła w ciąży?

– Niestety – odparł owym suchym tonem, który przybierał zawsze, kiedy chciał, aby ktoś się zamknął. – Nie było mnie przy tym.