Z pewnością tak się uraduje widokiem męża, że będzie skłonna darować mu to małe sprzeniewierzenie i zrozumieć jego punkt widzenia w sprawie Masuda.
A wtedy – co było, to było, myślał Jean-Pierre. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie jest to czasem tylko jego pobożne życzenie. Nie, zdecydował – dość dobrze znał Jane i wiedział, że w zasadzie może ją sobie owinąć wokół palca.
I Jane dowie się. Tylko garstka ludzi będzie znała ten sekret i doceniała znaczenie tego, czego dokonał – cieszył się, że wśród nich będzie Jane.
Miał nadzieję, że Masuda raczej pojmano niż zabito. W takim przypadku Rosjanie mogliby wytoczyć mu proces, aby wszyscy rebelianci przekonali się na własne oczy, iż jest skończony. Jeśli zginie, też nie będzie źle, pod warunkiem, że zabezpieczą ciało. Gdyby nie przywieźli ze sobą ciała albo też przywieźli, ale zmasakrowanego nie do poznania trupa, rebelianccy propagandowcy z Peszawaru zdementowaliby doniesienia prasowe twierdząc, że Masud żyje. Oczywiście w końcu wyszłoby na jaw, że zginął, ale wstrząs zostałby nieco złagodzony. Jean- Pierre miał jednak nadzieję, że przywiozą ciało.
Usłyszał kroki na korytarzu. Czyżby to Anatolij albo Jane – a może oboje? Brzmiały jakoś po męsku. Otworzył drzwi i ujrzał dwóch potężnych sowieckich żołnierzy i trzeciego, drobniejszego mężczyznę w oficerskim mundurze. Niewątpliwie przyszli po to, by go zabrać tam, gdzie są Anatolij z Jane. Był zawiedziony. Spojrzał pytająco na oficera, który wykonał ręką jakiś gest. Żołnierze wtargnęli obcesowo w drzwi. Jean-Pierre zatoczył się do tyłu i na usta cisnął mu się już protest, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, bliższy z tej dwójki złapał go za koszulę i rąbnął ogromną pięścią w twarz.
Jean-Pierre wydał skowyt bólu i strachu. Drugi żołnierz kopnął go ciężkim buciorem w krocze – ból był rozdzierający i Jean-Pierre osunął się na kolana, uświadamiając sobie, że nadszedł najstraszniejszy moment w jego życiu.
Żołnierze podnieśli go na nogi i przytrzymali pod pachy w postawie stojącej.
Do pokoju wszedł teraz oficer. Poprzez mgiełkę łez Jean-Pierre ujrzał niskiego, krępego, młodego mężczyznę oszpeconego przez jakąś deformację, która sprawiała, że połowę twarzy miał zaognioną i spuchniętą i wyglądał z tym, jakby się wciąż szyderczo uśmiechał. W obleczonej w rękawiczkę dłoni ściskał pałkę.
Przez następne pięć minut dwaj żołnierze trzymali wijące się, rozdygotane ciało Jean-Pierre’a, a oficer walił go raz po raz drewnianą pałką to w twarz, to w ramiona, to w kolana, to w golenie, to w brzuch, to w krocze – zwłaszcza w krocze. Każdy cios był precyzyjnie odmierzony i zadawany z wyrachowanym okrucieństwem, a miedzy kolejnymi uderzeniami następowała zawsze pauza, aby cierpienie spowodowane ostatnim zdążyło wystarczająco opaść i Jean-Pierre mógł z nowym lękiem oczekiwać nadejścia następnego. Każdy cios wyrywał mu z piersi wrzask bólu, a każda pauza krzyk strachu przed spodziewanym następnym ciosem. Wreszcie nastąpiła dłuższa przerwa i Jean-Pierre, nie wiedząc nawet, czy go rozumieją, zaczął bełkotać.
– Och, proszę was, nie bijcie mnie, błagam, nie bijcie mnie już, panowie. Zrobię wszystko, co każecie, błagam, nie bijcie mnie, nie bijcie…
– Wystarczy! – rzucił po francusku czyjś głos.
Jean-Pierre otworzył oczy i poprzez krew spływającą mu strumyczkami po twarzy usiłował spojrzeć na swego wybawcę, który powiedział: Wystarczy. Był nim Anatolij.
Dwaj żołnierze powoli opuścili Jean-Pierre’a na podłogę. Ciało paliło go, jakby trawił je ogień. Każdy ruch był straszliwą torturą. Każda kość zdawała się być złamana, genitalia zgruchotane, a twarz potwornie spuchnięta. Otworzył usta i bluznęła z nich krew. Przełknął z wysiłkiem i wymamrotał rozbitymi wargami:
– Za co… za co mi to zrobili?
– Dobrze wiesz, za co – odparł Anatolij.
Jean-Pierre wolno pokręcił głową na boki, usiłując ratować się przed popadnięciem w szaleństwo.
– Ryzykowałem dla was życiem… dałem z siebie wszystko… za co?
– Zastawiłeś pułapkę – powiedział Anatolij. – Przez ciebie zginęło dzisiaj osiemdziesięciu jeden ludzi.
Desant musiał się nie udać, dotarło do Jean-Pierre’a, i nie wiadomo dlaczego jego za to winią.
– Nie – jęknął – to nie ja…
– Spodziewałeś się, że zanim pułapka spełni swoje zadanie, będziesz daleko stąd – ciągnął Anatolij. – Ale nie przewidziałeś, że wsadzę cię do helikoptera i zabiorę ze sobą. No i jesteś tutaj, żeby ponieść karę – a będzie ona pełna bólu i bardzo przedłużona w czasie. – Odwrócił się do Jean-Pierre’a plecami.
– Nie – krzyknął Jean-Pierre. – Zaczekaj! Anatolij odwrócił się.
Pomimo przejmującego bólu ze wszystkich sił starał się zebrać myśli.
– Przyjechałem tutaj… ryzykowałem życiem… przekazywałem ci informacje o konwojach… atakowaliście te konwoje… wyrządziliście o wiele więcej szkód, niż kosztuje was strata tych osiemdziesięciu jeden ludzi… to nielogiczne, zupełnie nielogiczne. – Zmobilizował całą siłę woli, by sformułować jedno składne zdanie. – Gdybym wiedział o pułapce, ostrzegłbym was wczoraj i błagał o litość.
– To skąd wiedzieli, że zaatakujemy dzisiaj wioskę?
– Musieli się domyślić…
– Na jakiej podstawie?
Jean-Pierre wysilił skołowany mózg.
– Czy Skabun zostało zbombardowane?
– Chyba nie.
No właśnie, uświadomił sobie Jean-Pierre; ktoś odkrył, że nie było żadnego bombardowania.
– Trzeba je było zbombardować – wymamrotał. Anatolij zamyślił się.
– Ktoś tam jest bardzo dobry w kojarzeniu faktów – wycedził przez zęby. To Jane, pomyślał Jean-Pierre i przez sekundę zapalał do niej nienawiścią.
– Czy Ellis Thaler ma jakieś znaki szczególne? – zapytał Anatolij.
Jean-Pierre bardzo pragnął zemdleć, ale bał się, że wtedy znowu oberwie.
– Tak – wyjęczał zbolałym głosem. – Wielką bliznę w kształcie krzyża na plecach.
– A wiec to on – stwierdził niemal szeptem Analolij.
– Kto?
– John Michael Raleigh, wiek trzydzieści cztery lata, urodzony w New Jersey, najstarszy syn przedsiębiorcy budowlanego. Został wyrzucony z uniwersytetu kalifornijskiego w Berkeley i dosłużył się stopnia kapitana amerykańskiej piechoty morskiej. Od roku 1972 pracuje w CIA. Stan cywilny: raz rozwiedziony, jedno dziecko, miejsce pobytu rodziny objęte ścisłą tajemnicą. – Anatolij machnął ręką, jakby opędzał się od takich nieistotnych szczegółów. – Nie ma wątpliwości, że to on podłożył mi dzisiaj nogę w Darg. Jest inteligentny i bardzo niebezpieczny. Gdybym ze wszystkich agentów imperialistycznego Zachodu miał wybierać tego, którego chciałbym dostać w swoje ręce, wybrałbym jego. Przez ostatnie dziesięć lat wyrządził nam niepowetowane szkody przy co najmniej trzech okazjach. W zeszłym roku zniszczył w Paryżu sieć, której montowanie kosztowało nas ponad siedem lat żmudnej pracy. To on zdemaskował rok wcześniej agenta, którego zainstalowaliśmy w amerykańskich Tajnych Służbach w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym – człowieka, który pewnego dnia mógłby dokonać zamach u na prezydenta. A teraz – teraz mamy go tutaj.
Klęcząc na podłodze i obejmując ramionami swe zmaltretowane ciało, Jean- Pierre opuścił głowę na piersi i zrozpaczony zamknął oczy – przez cały czas nie miał pojęcia, w czym bierze udział, i stając beztrosko w szranki przeciwko wielkim mistrzom tej bezlitosnej gry był jak nagie dziecko w jaskini lwów.