Выбрать главу

– Nie – powiedział Ellis. – Zaczekaj. Zobaczysz. – Wciąż nie wiedział, co się dalej stanie, ale jeśli to miała być masakra, Chantal była najbezpieczniejsza tam, gdzie się znajdowała.

Gdy uznano, że wszyscy już znaleźli się w murach meczetu, żołnierze znowu przystąpili do przeszukiwania wioski, wbiegając i wybiegając z chat i strzelając od czasu do czasu w powietrze. Nie cierpią na brak amunicji, pomyślał Ellis. Helikopter, który pozostał w powietrzu, przeczesywał na małej wysokości obrzeża wioski zataczając coraz szersze kręgi, jakby czegoś szukał.

Jeden z żołnierzy wszedł na podwórko chaty Jane. Ellis poczuł, jak Jane sztywnieje.

– Wszystko będzie dobrze – szepnął jej do ucha.

Żołnierz zniknął w chacie. Ellis z Jane nie odrywali wzroku od drzwi. – Po kilku sekundach wyszedł stamtąd i szybko wbiegł na górę po schodkach.

– Boże, ocal ją – wyszeptała Jane.

Żołnierz stanął na dachu, zerknął na kupę zmiętej pościeli, rozejrzał się dookoła po dachach pobliskich chat i znowu zainteresował się dachem Jane. Najbliżej miał do materaca Fary: Chantal leżała na swoim zaraz za nim. Żołnierz szturchnął materac Fary czubkiem buta.

Nagle odwrócił się i zbiegł na dół.

Ellis wypuścił powietrze z płuc i spojrzał na Jane. Była przeraźliwie blada.

– A mówiłem, że dobrze się skończy – powiedział. Zaczęła dygotać.

Ellis spojrzał teraz na meczet. Widział tylko część dziedzińca za murem. Wyglądało na to, że wieśniacy siedzą na ziemi w rzędach, ale panował tam jakiś ruch, jakieś chodzenie tam i z powrotem. Usiłował odgadnąć, co się dzieje. Czyżby wypytywali ich o Masuda i miejsce jego pobytu? Było tam tylko trzech ludzi, którzy mogli coś wiedzieć, trzech partyzantów z Bandy, którzy nie odeszli wczoraj z Masudem w góry: Shahazi Gul, ten z blizną; Alishan Karim, brat mułły Abdullaha; i Sher Kador, pasterz kóz. Shahazi i Alishan mieli po czterdzieści kilka lat i łatwo mogli odgrywać rolę zalęknionych starców. Sher Kador był zaledwie czternastoletnim wyrostkiem. Wszyscy trzej mogli się zapierać, że nic nie wiedzą o Masudzie. Całe szczęście, że nie było tu Mohammeda – Rosjanie nie uwierzyliby tak łatwo w jego niewinność. Broń partyzantów została fachowo ukryta w miejscach, w które Rosjanie nie zajrzą: na dachu ustępu, pośród liści drzewa morwowego, w głębokiej dziurze na brzegu rzeki.

– Och, spójrz! – krzyknęła Jane. – Popatrz na tego człowieka przed meczetem!

Ellis spojrzał w tę stronę.

– Ten sowiecki oficer w spiczastym kapeluszu?

– Tak. Wiem, kto to jest. Widziałam go już. To człowiek, który był z Jean- Pierre’em w kamiennej chacie. To Anatolij.

– Jego łącznik – Ellis sapnął. Wytężył wzrok usiłując rozpoznać rysy twarzy mężczyzny; z tej odległości wyglądał jakoś orientalnie. Co to za człowiek? Zapuścił się samotnie na rebelianckie terytorium, żeby spotkać się z Jean-Pierre’em, musi więc być odważny. Dzisiaj jest na pewno wściekły, bo wprowadził Rosjan w pułapkę pod Darg. Będzie się chciał szybko zemścić, żeby odzyskać twarz… Ellis przerwał raptem swoje spekulacje, bo z meczetu wyłoniła się postać brodatego mężczyzny w rozchełstanej pod szyją białej koszuli i ciemnych zachodnich spodniach.

– Boże wszechmogący – powiedział Ellis. – Przecież to Jean-Pierre.

– Och! – wyrwało się Jane.

– Co tu jest, do cholery, grane? – mruknął Ellis.

– Myślałam, że już go nigdy nie zobaczę – powiedziała Jane. Ellis spojrzał na nią. Miała dziwny wyraz twarzy. Po chwili zdał sobie sprawę, że to żal. Ponownie skupił swoją uwagę na tym, co działo się we wsi. Jean-Pierre rozmawiał z sowieckim oficerem gestykulując przy tym i pokazując na góry.

– Dziwnie stoi – zauważyła Jane. – Chyba sobie coś zrobił.

– Czy on pokazuje w naszym kierunku? – spytał Ellis.

– Nie wie o tym miejscu… nikt o nim nie wie. Widzi nas?

– Nie.

– My go widzimy – powiedziała z powątpiewaniem.

– Ale on stoi wyprostowany na płaskim tle. My leżymy pod śpiworem na upstrzonym górskim zboczu. Nie może nas dostrzec, bo nie wie, gdzie spojrzeć.

– A więc pokazuje chyba na jaskinie.

– Tak.

– Mówi pewnie Rosjanom, żeby do nich zajrzeli.

– Tak.

– Ależ to okropne. Jak on może… – Głos jej się załamał. Po chwili powiedziała: – Ale przecież robił to od chwili, kiedy tu przyjechaliśmy, od początku wydawał ludzi Rosjanom.

Ellis zauważył, że Anatolij mówi coś do przenośnej krótkofalówki. W chwilę później jeden z krążących w powietrzu Hindów przeleciał z rykiem nad przykrytymi głowami Ellisa i Jane i choć zniknął im z oczu, usłyszeli, jak ląduje na szczycie wzgórza.

Jean-Pierre z Anatolijem oddalali się od meczetu. Jean-Pierre utykał.

– Jest ranny – powiedział Ellis.

– Zastanawiam się właśnie, co mu się stało.

Na Ellisie sprawiało to wrażenie, że Jean-Pierre został pobity, ale nie powiedział tego głośno. Dla niego ważne było, co dzieje się w umyśle Jane. Tam jest jej mąż, który idzie z oficerem KGB – sądząc po mundurze, pułkownikiem, myślał Ellis. Ona jest tutaj, na prowizorycznym posłaniu z innym mężczyzną. Czy czuje się winna? Zawstydzona? Nielojalna? A może nie żałuje swego czynu? Czy nienawidzi Jean-Pierre’a, czy też jest nim jedynie zawiedziona? Była w nim zakochana

– czy pozostało coś z tej miłości?

– Co odczuwasz patrząc teraz na niego? – spytał.

Posłała mu długie, przenikliwe spojrzenie i przez chwilę myślał, że dostaje obłędu, ale ona tylko bardzo poważnie potraktowała jego pytanie.

– Smutek – powiedziała w końcu i odwróciła wzrok z powrotem na wioskę. Jean-Pierre z Anatolijem kierowali się do chaty Jane, gdzie na dachu leżała ukryta Chantal.

– Wydaje mi się, że szukają mnie – powiedziała Jane.

Kiedy tak patrzyła na dwóch mężczyzn w dole, twarz jej się ściągnęła i pojawił się na niej strach. Ellis nie przypuszczał, aby Rosjanie przebyli taki kawał drogi w takiej liczbie z powodu Jane, ale nie powiedział tego.

Jean-Pierre z Anatolijem przeszli przez podwórko chaty sklepikarza i weszli do środka.

– Tylko nie zapłacz, malutka – wyszeptała Jane.

To cud, że dziecko wciąż śpi, pomyślał Ellis. A może nie śpi, może obudziła się i płacze, ale jej krzyki toną w warkocie helikopterów. Może żołnierze jej nie usłyszeli, bo akurat bezpośrednio nad chatą przelatywała któraś z maszyn. Może bardziej wyczulone uszy ojca wychwycą dźwięki, które nie zwróciły dotąd uwagi człowieka obcego. Może…

Dwaj mężczyźni wyszli z domu.

Przystanęli na chwilę na podwórku dyskutując zawzięcie. Jean-Pierre pokuśtykał do drewnianych schodków prowadzących na dach. Z wyraźną trudnością wstąpił na pierwszy stopień i zrezygnował z dalszej wspinaczki. Znowu nastąpiła krótka wymiana słów i na schodki wszedł Rosjanin.

Ellis wstrzymał oddech.

Anatolij dotarł do szczytu schodków i wszedł na dach. Podobnie jak wcześniej żołnierz rzucił okiem na rozmemłane posłanie, rozejrzał się po sąsiednich dachach i ponownie zainteresował się tym, na którym stał. I podobnie jak wcześniej żołnierz szturchnął czubkiem buta materac Fary. Potem przykląkł obok Chantal.

Delikatnie uniósł prześcieradło.

Gdy ukazała się spod niego różowa buzia Chantal, Jane wydała nienaturalny okrzyk.

Jeśli chodzi im o Jane, pomyślał Ellis, zabiorą Chantal, bo wiedzą, że odda się w ich ręce, aby tylko być znowu razem z córeczką.

Anatolij patrzył przez kilka sekund na maleńkie zawiniątko.

– O Boże, nie wytrzymam tego, nie wytrzymam – jęknęła Jane.

– Zaczekaj, zaczekaj. Zobaczymy – powiedział Ellis przyciskając ją mocno do siebie.