Выбрать главу

Przyśpieszyła kroku.

Półka wiła się wzdłuż urwiska, by w końcu opaść ku brzegowi rzeki. Wokół nie było śladu działalności rolniczej, ale górskie zbocza po obu stronach były gęsto zalesione i kiedy się przejaśniło, Jane rozpoznała w drzewach dęby.

– A może ukryjemy się wśród drzew? – spytała Ellisa wskazując na porośnięte stoki.

– W ostateczności moglibyśmy – odparł. – Ale Rosjanie szybko zorientowaliby się, że się zatrzymaliśmy, bo przecież wypytują po drodze wieśniaków. Gdyby dowiedzieli się od nich, że nie przechodziliśmy, zawróciliby i przystąpili do dokładnego przeczesywania terenu.

Pokiwała z rezygnacją głową. Wciąż szukała pretekstu do zatrzymania się. Jeszcze przed wschodem słońca, po pokonaniu kolejnego zakrętu zatrzymali się jak wryci: ściana wąwozu osunęła się, tarasując całkowicie przejście zwałami ziemi i luźnych skał.

Jane czuła, że za chwilę wybuchnie płaczem. Pokonali ponad dwie mile brzegiem rzeki oraz wąską półką: powrót oznaczał nadłożenie dodatkowych pięciu mil, włączając w to odcinek, na którym tak się spłoszyła Maggie.

Stali tak w trójkę przez chwilę i patrzyli na osuwisko.

– Nie moglibyśmy przeleźć przez to górą? – spytała Jane.

– Koń nie da rady – odpowiedział Ellis.

Była na niego zła, że powiedział to, co i tak wiedziała.

– Jedno z nas mogłoby wrócić z koniem – powiedziała niecierpliwie. – A pozostała dwójka odetchnęłaby trochę, czekając po drugiej stronie, aż koń do nich dołączy.

– Nie sadzę, aby mądrze było się rozdzielać.

– Tylko nie myśl sobie, że będziemy robić wszystko, co tobie wydaje się mądre. – Jane zdenerwował ten ton moja-decyzja-jest-ostateczna w jego głosie. Popatrzył na nią zaskoczony.

– No dobrze. Ale wydaje mi się też, że ta hałda ziemi i kamieni może się osypać, kiedy ktoś zacznie się na nią wspinać. I od razu oznajmiam, że ja nie mam zamiaru tego próbować, bez względu na to, co wy oboje postanowicie.

– Rozumiem z tego, że dyskusja skończona. – Kipiąc ze złości Jane odwróciła się i ruszyła z powrotem, pozostawiając obu mężczyznom decyzję, czy podążą za nią, czy nie. Dlaczego tak jest, zastanawiała się, że zawsze kiedy pojawia się jakiś problem czy to natury psychologicznej, czy technicznej, mężczyźni uderzają w ten przywódczy, wszystkowiedzący ton.

Ellis też nie jest bez wad, uświadomiła sobie. Może nawet przeszedł pranie mózgu; gada wciąż, że jest ekspertem od antyterroryzmu, a pracuje w CIA, która reprezentuje największą chyba bandę terrorystów na świecie. Jest faktem niezaprzeczalnym, że lubi niebezpieczeństwo, przemoc i podstęp. Jeżeli chcesz, żeby mężczyzna liczył się z twoim zdaniem, pomyślała, nie bierz sobie romantycznego supermana.

Jean-Pierre’owi trzeba było natomiast przyznać, że nie traktował kobiet protekcjonalnie. Mógł odnosić się do nich lekceważąco, okłamywać je lub ignorować, ale nigdy nie był protekcjonalny. Może dlatego, że był młodszy.

Minęła miejsce, gdzie cofnęła się Maggie. Nie zaczekała na mężczyzn – tym razem niech sami się użerają z tym cholernym koniem.

Chantal marudziła trochę, ale Jane nie zareagowała. Maszerowała zdecydowanie, dopóki nie dotarła do miejsca, gdzie przebiegała chyba ścieżka prowadząca na szczyt urwiska. Tam usiadła i podjęła jednostronną decyzję o zarządzeniu odpoczynku.

Po minucie dobili do niej Ellis z Mohammedem. Mohammed wyjął z torby trochę morwowo-orzechowych placuszków i rozdał je im. Ellis nie odzywał się do Jane.

Odetchnąwszy trochę ruszyli pod górę. Kiedy dotarli na szczyt, oślepiło ich słońce i Jane poczuła, że złość jej przechodzi. Po chwili Ellis otoczył ją ramieniem.

– Przepraszam za to dyrygowanie – mruknął.

– Nie ma za co – odparła wyniośle.

– Nie sądzisz, że trochę przesadziłaś ze swoją reakcją?

– Bez wątpienia. Przepraszam.

– No właśnie. Daj, wezmę Chantal.

Oddała mu małą. Gdy uwolniła się od ciężaru, poczuła, jak bardzo bolą ją plecy. Chantal nigdy nie wydawała jej się ciężka, ale ciężar rośnie wraz z odległością.

To było jak dźwiganie przez dziesięć mil ciężkiej torby z zakupami.

W miarę jak słońce pięło się po porannym niebie, robiło się coraz cieplej. Jane rozpięła płaszcz, a Ellis zdjął swój. Mohammed natomiast, z charakterystyczną dla Afgańczyków niewrażliwością na wszelkie, prócz tych najbardziej zdecydowanych, zmiany pogody, pozostał w swoim rosyjskim mundurowym szynelu.

Koło południa wynurzyli się z wąskiego wąwozu Linar i znaleźli w rozległej dolinie Nurystan. Tutaj droga znowu była dosyć wyraźnie oznakowana, a ścieżka niemal tak dobra, jak szlak dla wozów biegnący przez Dolinę Pięciu Lwów.

Skręcili na północ i ruszyli pod górę.

Jane czuła się okropnie zmęczona i zniechęcona. Od momentu gdy wstała, czyli od drugiej nad ranem, szła już dziesięć godzin, a przebyli zaledwie niecałe pięć mil. Ellis chciał zrobić dziś jeszcze dziesięć. Dla Jane był to trzeci z rzędu dzień marszu i wiedziała, że nie da rady iść aż do zmroku. Nawet Ellis miał ponurą minę, a wiedziała, że było to u niego oznaką zmęczenia. Tylko Mohammed wydawał się niezmordowany.

W dolinie Linar poza granicami wiosek nie widzieli żywego ducha, ale tutaj spotkali kilku podróżnych, większość w białych szatach i w turbanach. Nurystańczycy z ciekawością popatrywali na dwoje skrajnie wyczerpanych białych, Mohammeda zaś pozdrawiali z ostrożnym respektem, prawdopodobnie przez wzgląd na przewieszonego przez jego ramię kałasznikowa.

Kiedy wspinali się z mozołem pod górę brzegiem rzeki Nurystan, dogonił ich czarnobrody, jasnooki młody mężczyzna, niosący dziesięć świeżych ryb nadzianych na oścień. Zagadał do Mohammeda posługując się mieszaniną kilku języków – Jane wyłapała kilka słów w dari i od czasu do czasu jakieś francuskie – i porozumieli się ze sobą na tyle dobrze, że Mohammed kupił od niego trzy ryby. Ellis odliczył pieniądze.

– Pięćset afganów za rybę – ile to jest? – spytał Jane.

– Pięćset afganów to pięćdziesiąt francuskich franków, czyli pięć funtów.

– Dziesięć dolców – przeliczył Ellis. – Droga ta ryba.

Jane irytowała jego gadanina. Ona ledwie powłóczy nogami, a on tu rozprawia o cenie ryby.

Młody mężczyzna imieniem Halam twierdził, że złapał ryby w jeziorze Mundol, kawałek stąd w dolinie, ale prawdopodobnie je kupił, gdyż nie wyglądał na rybaka. Zwolnił kroku, aby dostosować się do tempa ich marszu, i mówił bez przerwy, najwyraźniej nie przejmując się tym, czy go rozumieją, czy nie.

Podobnie jak Dolina Pięciu Lwów, Nurystan był skalistym kanionem rozszerzającym się co kilka mil w małe równiny z tarasowymi poletkami uprawnymi. Najbardziej zauważalną różnicę stanowiły dębowe lasy porastające górskie zbocza jak wełna owczy grzbiet, które Jane upatrzyła sobie na kryjówkę, gdyby miało się coś stać.

Szli teraz szybciej. Nie było tu doprowadzających do furii zakosów pod górę, za co Jane była głęboko wdzięczna losowi. W pewnym momencie drogę zablokowało im osuwisko, ale tym razem Ellis z Jane zdołali pokonać przeszkodę górą, a Mohammed przeprawił się z koniem na drugi brzeg rzeki i kilkanaście jardów dalej z powrotem. Trochę później, w miejscu, gdzie skarpa wrzynała się w wodę i droga biegła wzdłuż skalnej ściany po chwiejnym drewnianym pomoście, na który kobyła znowu nie chciała wejść, Mohammed rozwiązał problem w identyczny sposób – przeprowadził konia na drugi brzeg i z powrotem.