Выбрать главу

– Teraz! Teraz!

Odłożyła ostrożnie urządzenie odpalające na ziemię przy wartkim strumieniu.

Żołnierze dostrzegli teraz ich oboje. Dwaj zaczęli się wspinać na ścianę wąwozu w kierunku miejsca, gdzie stał Ellis. Pozostali otoczyli Jane mierząc do niej i do dziecka z karabinów z głupimi, zakłopotanymi minami. Nie zwracała na nich uwagi i patrzyła na Ellisa. Spuszczał się na dół po ścianie wąwozu. Żołnierze, którzy wspinali się do niego, zatrzymali się, niepewni, co zamierza.

Dotarł do dna i ruszył wolnym krokiem w kierunku Jane. Stanął przed nią.

– Dlaczego? – spytał. – Dlaczego tego nie zrobiłaś?

Bo są tacy młodzi, pomyślała; bo są młodzi i niewinni, i nie chcą mnie zabić. Bo to byłoby morderstwo. Ale głównie dlatego, bo…

– Bo oni mają matki – powiedziała cicho.

* * *

Jean-Pierre otworzył oczy. Obok polowej pryczy przykucnęła zwalista postać Anatolija. Za Anatolijem przez odrzuconą połę wejściową namiotu wpadało do środka jasne, słoneczne światło. Na moment Jean-Pierre’a ogarnęła panika, bo nie wiedział, dlaczego spał do tak późna ani co przez to stracił; potem w jednym przebłysku przypomniał sobie wypadki ostatniej nocy.

Obozowali z Anatolijem na podejściu do przełęczy Kantiwar. Obudził ich około drugiej nad ranem kapitan dowodzący grupą pościgową, który z kolei został obudzony przez żołnierza pełniącego wartę. Kapitan powiedział, że do obozu przypętał się młody Afgańczyk imieniem Halam. Posługując się mieszaniną francuskiego, angielskiego i rosyjskiego Halam oznajmił, że był przewodnikiem uciekających Amerykanów, ale znieważyli go, więc ich porzucił. Spytany, gdzie są teraz ci „Amerykanie”, zaoferował się zaprowadzić Rosjan do kamiennej chaty, gdzie zbiegowie pewnie jeszcze śpią, niczego się nie spodziewając.

Jean-Pierre chciał od razu wskakiwać do helikoptera i startować. Anatolij wykazał więcej rozwagi.

– Mamy w Mongolii takie powiedzonko: nie podniecaj się, dopóki dziwka nie rozłoży nóg – powiedział. – Halam może kłamać. Nawet jeśli mówi prawdę, to może nie być w stanie wskazać nam tej chaty, zwłaszcza w nocy i do tego z powietrza. A nawet jeśli zdołałby ją znaleźć, to ich może już w niej nie być.

– To co według ciebie mamy robić?

– Wysłać oddział rozpoznawczy – kapitan, pięciu szeregowców i koń, no i Halam, ma się rozumieć. Mogą wyruszyć natychmiast. Dopóki nie znajdą uciekinierów, my sobie odpoczniemy.

Jego ostrożność okazała się uzasadniona. Oddział rozpoznawczy zgłosił się przez radio o trzeciej trzydzieści meldując, że chata jest pusta. Jednak, dodali, ognisko jeszcze się tli, a więc Halam prawdopodobnie nie kłamał.

Anatolij i Jean-Pierre doszli do wniosku, że Ellis z Jane obudzili się w nocy, spostrzegli zniknięcie przewodnika i postanowili uciekać. Anatolij kazał oddziałowi rozpoznawczemu ruszyć za nimi zdając się na Halama, jeśli chodzi o wskazanie najbardziej prawdopodobnej trasy.

W tym miejscu Jean-Pierre wrócił do łóżka i zapadł w niespokojny sen, co właśnie było przyczyną, dla której nie obudził się o świcie. Spojrzał teraz zamglonym wzrokiem na Anatolija i spytał:

– Która godzina?

– Ósma. Mamy ich.

Serce podskoczyło Jean-Pierre’owi w piersi, ale zaraz sobie przypomniał, że już raz doznał takiego odczucia i srodze się zawiódł.

– Na pewno? – spytał.

– Możemy lecieć i sprawdzić, jak tylko wciągniesz spodnie.

Nie poszło tak szybko. Gdy wsiadali już na pokład, przyleciał helikopter cysterna i Anatolij uznał, że rozsądnie będzie poświęcić jeszcze kilka minut na uzupełnienie paliwa w zbiornikach ich maszyny, tak więc Jean-Pierre musiał trochę dłużej hamować zżerającą go niecierpliwość.

Wystartowali po kilku minutach. Jean-Pierre obserwował krajobraz przez otwarte drzwi. Gdy nabierali wysokości wzlatując w góry, Jean-Pierre doszedł do wniosku, że to najbardziej ponura, najnieprzystępniejsza kraina, jaką widział dotąd w Afganistanie. Czy Jane naprawdę pokonała to nagie, okrutne, skute lodem księżycowe odludzie z dzieckiem na ręku? Rzeczywiście musi mnie nienawidzić, pomyślał, jeśli zdecydowała się przejść tyle, byle tylko przede mną uciec. Teraz się dowie, że to wszystko na darmo. Jest moja na zawsze.

Ale czy to naprawdę ją schwytano? Bał się panicznie kolejnego zawodu. Czy po wylądowaniu nie stwierdzi czasem, że oddział rozpoznawczy pojmał następną parę hipisów albo dwoje fanatycznych alpinistów, albo nawet dwójkę koczowników ledwie przypominających wyglądem Europejczyków?

Anatolij wskazał na przełęcz Kantiwar, nad którą właśnie przelatywali.

– Wygląda na to, że stracili swojego konia – wrzasnął Jean-Pierre’owi do ucha przekrzykując huk silników i wycie wichru. Chyba tak. W śniegach poniżej przełęczy Jean-Pierre dostrzegł zarys martwego konia. Nasunęło mu się pytanie, czy to Maggie. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby to było to uparte bydlę.

Zaczęli opadać w dolinę Kantiwar, wypatrując na ziemi oddziału rozpoznawczego. W końcu dostrzegli dym: ktoś rozpalił ognisko, żeby wskazać im drogę. Opuścili się na kawałek płaskiego terenu u wylotu wąwozu. Gdy zniżali lot, Jean-Pierre rozglądał się po okolicy: zobaczył trzech czy czterech mężczyzn w sowieckich mundurach, ale Jane wśród nich nie było.

Helikopter dotknął ziemi. Serce podchodziło Jean-Pierre’owi do gardła. Wyskoczył z maszyny czując, że zaraz zwymiotuje z napięcia. Anatolij znalazł się po chwili obok niego. Ruszyli za kapitanem schodząc do wąwozu i oddalając się od helikoptera. Byli tam.

Jean-Pierre poczuł się jak ktoś, kogo torturowano, a teraz dostał w swe ręce kata. Jane siedziała na ziemi nad małym strumieniem z Chantal na kolanach. Ellis stał za nią. Oboje wyglądali na wyczerpanych, przybitych klęską i załamanych.

Jean-Pierre zatrzymał się.

– Chodź tutaj – warknął na Jane.

Wstała i powlokła się w jego kierunku. Zauważył, że niesie Chantal w czymś w rodzaju hamaka przewieszonego przez szyję, dzięki czemu ręce ma wolne. Ellis ruszył za nią.

– Ty nie – rzucił do niego Jean-Pierre. Ellis znieruchomiał.

Jane zatrzymała się przed Jean-Pierre’em i podniosła na niego wzrok. Uniósł prawą rękę i chlasnął ją z całej siły w policzek. To było najbardziej satysfakcjonujące uderzenie, jakie kiedykolwiek zadał. Zatoczyła się w tył, potknęła i myślał już, że upadnie; odzyskała jednak równowagę i stanęła prosto, patrząc na niego wyzywająco, a po twarzy spływały jej łzy bólu. Jean-Pierre dostrzegł nad jej ramieniem, jak Ellis robi nagle krok w przód, ale zaraz rezygnuje. Jean-Pierre poczuł umiarkowane rozczarowanie: gdyby Ellis usiłował jakoś zareagować, żołnierze rzuciliby się na niego i pobili. Nieważne – wkrótce dostanie swoją porcję cięgów.