Jean-Pierre podniósł rękę, żeby wymierzyć Jane drugi policzek. Skuliła się i osłoniła Chantal ramionami. Jean-Pierre zmienił zamiar.
– Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu – powiedział opuszczając rękę. – Mnóstwo czasu.
Jean-Pierre odwrócił się i odszedł w stronę helikoptera. Jane spuściła głowę i spojrzała na Chantal. Mała odwzajemniła jej spojrzenie. Nie spała, ale nie była głodna. Jane przytuliła ją, jakby to dziecko potrzebowało pociechy. W pewnym sensie była nawet zadowolona, że Jean-Pierre ją uderzył, chociaż twarz piekła ją jeszcze z bólu i upokorzenia. Ten cios był jak orzeczenie rozwodu: oznaczał, że jej małżeństwo jest ostatecznie, oficjalnie, definitywnie zakończone, a ona zwolniona z wszelkiej odpowiedzialności. Gdyby płakał albo prosił o wybaczenie, albo błagał, żeby nie nienawidziła go za to, co uczynił, ruszyłoby ją sumienie. Ale to uderzenie zakończyło wszystko. Nie czuła już do niego nic: ani krzty miłości, ani szacunku, nawet przywiązania. Cóż za ironia, pomyślała, że czuję się całkowicie od niego uwolniona w chwili, kiedy wreszcie mnie schwytał.
Do tej chwili dowodził kapitan, ten, który dosiadał konia, ale teraz przejął tę funkcję Anatolij. Skośnooki łącznik Jean-Pierre’a. Gdy wydawał rozkazy, Jane uświadomiła sobie, że rozumie, co on mówi. Minął już przeszło rok, jak nie słyszała mówionego rosyjskiego i z początku brzmiał dla niej jak bełkot, ale teraz, kiedy jej ucho się dostroiło, rozumiała każde słowo. Powiedział do jednego z szeregowców, żeby ten związał Ellisowi ręce. Żołnierz był na to prawdopodobnie przygotowany, bo wydobył zaraz parę kajdanek. Ellis ułatwił mu zadanie wyciągając przed siebie obie ręce i żołnierz skuł mu je.
Ellis wyglądał na wystraszonego i przygaszonego. Widząc go w kajdankach, pokonanego, Jane poczuła przypływ żalu i rozpaczy i do oczu napłynęły jej łzy.
Żołnierz spytał, czy Jane też ma skuć.
– Nie – odparł Anatolij. – Ona ma dziecko. Popędzono ich do helikoptera.
– Przepraszam – powiedział po drodze Ellis. – Za Jean-Pierre’a. Nie mogłem mu przeszkodzić…
Potrząsnęła głową na znak, że nie ma za co przepraszać, ale nie zdołała wydusić z siebie słowa. Niekwestionowana uległość Ellisa wzbudzała w niej gniew
– nie na niego, a na tych wszystkich, którzy go do tego doprowadzili: na Jean-Pierre’a, Anatolija, Halama i na rosyjskich żołnierzy. Prawie żałowała, że nie spowodowała wybuchu.
Ellis wskoczył do helikoptera i wyciągnął rękę, by pomóc jej wejść. Podtrzymała lewą ręką nosidełko z Chantal, żeby je unieruchomić, i podała mu prawą. Podciągnął ją. W chwili, gdy znalazła się bardzo blisko niego, mruknął:
– Jak tylko wystartujemy, spoliczkuj Jean-Pierre’a.
Jane była zbyt zaszokowana, by zareagować i zapewne dobrze się stało. Chyba nikt z pozostałych nie słyszał Ellisa, a gdyby nawet, to i tak żaden z nich nie znał angielskiego. Skoncentrowała się na tym, by wyglądać normalnie.
Kabina pasażerska była mała i pusta, a sufit tak niski, że mężczyźni musieli schylać głowy. Nie było w niej nic poza wąską ławeczką do siedzenia, przymocowaną do kadłuba naprzeciwko drzwi. Nie widziała kabiny pilotów. Fotel pilota wznosił się dwie do trzech stóp ponad podłogę, a za nim znajdował się schodek, po którym wchodziło się do kokpitu. Pilot wciąż tam siedział – załoga nie wysiadła z maszyny – i wciąż obracały się wirniki. Huk był niesamowity.
Ellis kucnął na podłodze obok Jane pomiędzy ławką a fotelem pilota.
Za nimi wsiadł do maszyny Anatolij z żołnierzem. Powiedział coś do żołnierza wskazując przy tym na Ellisa. Jane nie słyszała, co mówi, ale z reakcji żołnierza wynikało jasno, że kazano mu pilnować Ellisa: ściągnął karabin z ramienia i ujął go w dłonie.
Jako ostatni wdrapał się na pokład Jean-Pierre. Stanął w otwartych drzwiach wyglądając na zewnątrz z unoszącego się helikoptera. Jane ogarnęła panika. Dobrze Ellisowi mówić, żeby spoliczkowała Jean-Pierre’a, kiedy będą startowali, ale jak to zrobić? W tej chwili Jean-Pierre stoi w otwartych drzwiach odwrócony do niej plecami – gdyby próbowała go uderzyć, prawdopodobnie straciłaby równowagę i wypadła. Spojrzała na Ellisa w nadziei na jakąś wskazówkę. Na jego twarzy malowało się skupienie i napięcie, ale ich oczy nie spotkały się.
Helikopter wzniósł się na osiem, może dziesięć stóp nad ziemię, zawisł tak na chwilę, potem jakby się pochylił, nabrał szybkości i zaczął znowu piąć w górę.
Jean-Pierre odwrócił się od drzwi, postąpił krok w głąb kabiny i wtedy zauważył, że nie ma gdzie usiąść. Zawahał się. Jane wiedziała, że powinna teraz wstać i uderzyć go w twarz – chociaż nie miała pojęcia po co – ale siedziała jak przyrośnięta do swojego miejsca, sparaliżowana paniką. Nagle Jean-Pierre dal jej znak kciukiem, że ma wstać.
I wtedy zaskoczyła.
Była zmęczona, przygnębiona, obolała, głodna i nieszczęśliwa, a on chciał, żeby wstała dźwigając ich dziecko po to, by on mógł usiąść. Ten pogardliwy ruch kciuka zdawał się stanowić podsumowanie całego jego okrucieństwa, złośliwości i podłości i rozwścieczył ją. Wstała z Chantal kołyszącą się jej u szyi i przysuwając twarz do jego twarzy krzyknęła:
– Ty sukinsynu! Ty sukinsynu! – Jej słowa utonęły w ryku silników i poświście wiatru, ale wyraz jej twarzy wyraźnie go przeraził, bo cofnął się przestraszony o krok. – Nienawidzę cię! – wydarła się Jane, doskoczyła do niego z wyciągniętymi przed siebie rękami i wypchnęła go z furią przez otwarte drzwi helikoptera.
Rosjanie popełnili jeden błąd. Był niewielki, ale stanowił jedyną szansę Ellisa, którą ten był zdecydowany do końca wykorzystać. Ten błąd polegał na skuciu mu rąk na piersiach, a nie za piecami.
Miał nadzieję, że wcale nie założą mu kajdanek – właśnie dlatego nadludzkim wysiłkiem powstrzymał się od uczynienia czegokolwiek, kiedy Jean-Pierre zaczął bić Jane po twarzy. Wtedy istniała jeszcze szansa, że zostawią mu swobodę ruchów: był przecież bezbronny i stał wobec przewagi liczebnej. Ale wyglądało na to, że Anatolij to ostrożny człowiek.
Na szczęście nie Anatolij zakładał kajdanki – robił to żołnierz. Żołnierze wiedzą, że łatwiej poradzić sobie z więźniem, który ma ręce skute na piersiach – istnieje wtedy mniejsze prawdopodobieństwo, że się przewróci i może bez pomocy wsiadać na ciężarówki czy do helikoptera. Kiedy więc Ellis ulegle wyciągnął przed siebie ręce, żołnierz nawet się nie zawahał.
Bez niczyjej pomocy Ellis nie zdołałby pokonać trzech mężczyzn, zwłaszcza że co najmniej jeden z tej trójki był uzbrojony. Jego szansę w otwartej walce były zerowe. Jedyna nadzieję mógł pokładać w rozbiciu helikoptera.
Nastąpiła chwila czasu martwego, kiedy Jane stała w otwartych drzwiach z kołyszącym się jej u szyi dzieckiem i patrzyła z przerażeniem na twarzy, jak Jean-Pierre wypada w przestrzeń; i w tym momencie Ellis pomyślał: jesteśmy zaledwie dwanaście stóp nad ziemia, ten sukinsyn prawdopodobnie wyżyje, wielka szkoda; potem do Jane doskoczył Anatolij i przytrzymał ją chwytając od tyłu za ramiona. Teraz Anatolij z Jane stali między Ellisem a żołnierzem znajdującym się po drugiej stronie kabiny.
Ellis odwrócił się błyskawicznie, podskoczył w górę obok podniesionego fotela pilota, przerzucił skute kajdankami ręce przez głowę mężczyzny, ściągnął łańcuszek kajdanek na jego gardło i uwiesił się na nich całym ciężarem ciała.