Выбрать главу

Jakub wysiadł z ostatniego pekaesu do Chełma. Rozejrzał się ponuro, a potem ruszył Lwowską pod górę. W miejscu domu cadyka spostrzegł płot.Kurde – mruknął – musi co roboty budowlane…Pomajstrował przy kłódce i po chwili wślizgnął się do środka.Wot te na – warknął, spoglądając na odkopaną tegodnia część domu. – No i wszystko się zgadza. Ruszył po błękitnych płytkach. Zamknął oczy. Esesmani wbiegają do budynku. Kilku wpada do pomieszczeń na prawo i lewo korytarza. Jacyś biegną na piętro? Tak, chyba było piętro. A może dwa?… Gdzie go spotkali? W ogrodzie? Dotarł na obszar, który rano został splantowany. Warstewka węgli drzewnych układała się w prostokąt. W tym miejscu, w czasie wojny stała nieduża szopa. W niej… Któryś esesman otworzył kopnięciem drzwi. Skoczyło na nich… Dwieście, może dwieście pięćdziesiąt kilogramów masy. Siła byka, przy nieprawdopodobnej szybkości poruszania się. Palce twarde jak stal, bez trudu przebijające ludzką tkankę… Egzorcysta rozglądnął się wokoło i wypatrzył komórkę na narzędzia. Zawrócił i zajrzał do częściowo odgruzowanych piwnic.Jeszcze głęboko – mruknął – może się zniechęcą?Zresztą nawet jeśli, nic z tego chyba nie może być… Włoski na ręku podniosły mu się.To tylko bezrozumna siła – mruknął – ale jeśli poskładają to do kupy, może być niebezpieczne… Ale pewnie nie będzie im się chciało. Budowlańcy to leniwa, zapijaczona banda – pociągnął bimbru z bidonka. – Tylko dlaczego mnie to niepokoi? Wyszedł na ulicę. Nieoczekiwanie poczuł na sobie świdrujące spojrzenie. Złożył palce w znak Naąet. Mojsze stał w bramie. Spostrzegł palce Jakuba składające się charakterystycznie i zacisnął z całej siły powieki. Mimo to, rozbłysk prawie go oślepił. Zatoczył się i oparł o ścianę. Jakub podszedł do niego.Czego tu szukasz? – zapytał spokojnie.

– To moja ziemia. Obaj mieli włączoną telepatię, więc rozumieli, choć mówili różnymi językami.Tu jest coś ukryte – mruknął Mojsze, trąc oczy. – Jesteś wiedzącym… Obdarzonym? – Tak. Nazywam się Wędrowycz. Mierzyli się wzrokiem. Chasyd w długim, czarnym płaszczu, szerokim kapeluszu i drucianych okularkach oraz troi w spodniach od ortalionowego dresu, czarnej esesmańskiej kurtce, zszarganej do nieprzyzwoitości i gumofilcach na nogach. Twarz ozdobiona czarną, długą brodą i przepisowymi pejsami, i zakazana morda porośnięta pięciodniową szczeciną. Czarne świetliste oczy płonące wewnętrznym blaskiem i głęboko osadzone błękitne jak porcelanowe kulki, zaropiałe, kaprawe ślepia. A mimo to, obaj natychmiast zorientowali się, że należą do tego samego gatunku ludzi wędrujących po ziemi, obdarzonych darem… – Wiesz, co tu jest – zauważył Mojsze.

– Widziałem w działaniu… – pochwalił się egzorcysta. Co robimy? Bo pewnie masz ten sam cel. Nie dopuścić,by znowu wyrwało się na wolność… – Wolę o tym mówić w rodzaju męskim… Sądzę, że trzeba czekać. Głęboko leży? Niemcy rzucili granaty. Zerwało podłogi, zawaliło ściany. Dwa metry, może głębiej… – Granaty… Więc rozleciał się na pył…

– Też tak mi się wydawało, ale dlaczego w takim razie czujemy odbicia mocy?

– Może to, co się zachowało, wystarczy…

– Może – westchnął Jakub. – Budowlańcy wywiozą to na hałdę albo gruz pójdzie na budowę dróg… Nie zaszkodzi nam. – To nie budowlańcy tu kopią – Mojsze wskazał tabliczkę. – To archeolodzy. – Aha. Tacy, co grzebią w ziemi i garnki stare znajdują… Bo od dinozaurów to są ci, palantolodzy? – Jakub popisał się fachowym słownictwem. – Właśnie. Jeśli znajdą kawałki, to może zechcą poskładać go do kupy? Musimy być czujni… – Żyd skłonił poważnie głowę. Ulicą przejechała spóźniona ciężarówka. Niebawem – powiedziały numery na ukraińskiej tablicy rejestracyjnej.Myślę, że możemy pracować razem – na twarzy Wędrowycza wykwitł szeroki, szczery, słowiański uśmiech. Przybysz poważnie skinął głową.

Ten kawałek muru był naprawdę spory. Musieliśmy podważyć go drągami, aby można go było złapać, oplatać pasami i wyciągnąć z eksplorowanej piwnicy. Jak się okazało, po stronie przylegającej do ziemi, zachowały się resztki tynku pokrytego błękitną farbą. Od góry zdobił go złoty szlaczek odbijany wałkiem. Poniżej namalowano tuszem kilka znaków. Sfotografowałem je. Niezły zestaw kolorków – blondas trzymał w ręce inny kawałek, dla odmiany intensywnie czerwony. – Żydzi lubili mocne zestawienia barw – wyjaśniłem.

– Na hałdę – zakomenderowałem.

– To przecież cenny zabytek – zaprotestował ktoś.

– To nie są freski Brunona Schulza, on mieszkał w Drohobyczu – zażartowałem. – A co? – zaciekawił się ktoś.Dwudziestowieczny tynk z resztką napisu – odpowiedziałem. – To zbyt świeże, by było dla nas cenne. Ale jeśli ktoś z was chce to przechować dalsze 500 lat, to? niewidzę przeszkód, można sobie zabrać. Wywlekli bryłę muru i wywieźli taczkami. Ogłosiłem przerwę śniadaniową. Studenci rozsiedli się na murach i powyciągali kanapki, a niektórzy puszki z ukraińską chałwą. Uśmiechnąłem się lekko. Biedacy nie wiedzieli jeszcze, że jest to podróba zrobiona z nasion słonecznika… Indiana stanął koło leżącego na hałdzie kawałka ściany i kontemplował znaki. – To mi nie wygląda na hebrajski – powiedział, wyjmując z torby książkę. – Daniken… – Dwa punkty karne za wymówienie na wykopaliskach nazwiska największego wroga archeologii. I jeszcze trzy zaprzemycenie na teren bazy naukowej dzieł tego popaprańca. Student zrobił się blady jak ściana.Dobra, tym razem ci daruję – mruknąłem. – To alfabet samarytański. Używa go ciągle kilka tysięcy mieszkańców Izraela…

– I co tu jest napisane? Przyjrzałem się literom. "I będziesz się strzegł istoty bez duszy" – odczytałem.

Jakub i Mojsze siedzieli na strychu budynku położonego opodal terenu wykopalisk. Jakub trzymał przy oczach solidną lornetkę, którą w czasie wojny zabrał hitlerowskiemu zwiadowcy. Zwiadowca nie zaprotestował, widły wbite w wątrobę utrudniały mu mówienie…

– Znaleźli? – zapytał cadyk.Egzorcysta pokręcił głową.

– Jak do tej pory nic – powiedział.

– Może ktoś to wykopał? – zastanawiał się jego towarzysz. To skąd by się brały te fluktuacje mocy? – parsknął egzorcysta. – Nawet jeśli ktoś zabrał część, to i tak zostało wystarczająco dużo. Milczeli przez chwilę. Wreszcie egzorcysta sięgnął do torby i wydobył wałówkę.Na, żryj i niech ci dupą wylizie – podsunął schabowego towarzyszowi.Nie mogę. To wieprzowina… Religia mi zabrania.Egzorcysta spojrzał mu prosto w oczy. Jednak próba hipnozy nie powiodła się.Zabrania to zabrania – mruknął zniechęcony. – Toty z głodu nogi wyciągniesz… Może łyczek śliwowicy?wyciągnął flaszkę mętnego bimbru.Nie koszerne – skrzywił się przybysz. – Ale spróbuj mojej – podał mu piersiówkę. Pejsachówka, 60% mocy, spłynęła w głąb gardła egzorcysty i przyjemnie rozgrzała jego stare kości. – A koszerne jak się robi? – Jakub z miejsca nabrał ogromnego uznania dla żydowskich wyrobów spirytusowych. – Trzeba naczynia i produkty umyć siedem razy, niewolno przygotowywać zacieru ani pędzić podczas szabasu, przy produkcji nie mogą brać udziału kobiety. Wreszcie proces technologiczny musi nadzorować przeszkolony odpowiednio rabin – wyjaśnił cadyk. – Sporo roboty – mruknął Jakub. – Ale chyba wartopociągnął jeszcze jeden łyk i uniósł lornetkę do oczu.

– Coś dziwnego szefie – blondas położył na stoliku bryłkę błękitnego koloru. Ująłem ją w dłoń.Faktycznie – mruknąłem. – To chyba glinka kimberlitowa, wypalona na cegłę… Z jednej strony kawałek był zagładzony.

– Nie mam pojęcia, co to jest, poza jednym, to glina zawierająca naturalną domieszkę kobaltu… Tylko mamy problem, bo takie gliny występują może w dwu miejscachw Polsce… A i na świecie jest ich niewiele… Glinki kimberlitowe to pozostałości starych, zerodowanych stożków wulkanicznych – wyjaśniłem. – W takich glinach w Kimberley w RPA szuka się diamentów… – dodał Indiana, pojawiając się obok. – Mam jeszcze kawałek… Trzymał na dłoni palec utoczony z tego samego surowca i starannie wypalony. Palec był naturalnej wielkości…Jakaś rzeźba – zawyrokowałem – ciekawe. Zwróćcie na to uwagę przy odgruzowywaniu, może znajdzie się więcej fragmentów. Jak ktoś znajdzie ponad dziesięć, anuluję mu jeden punkt karny. Za szybko zaproponowałem. Do wieczora wszyscy mieli czyste konta. Odłamki błękitnej gliny wypełniły całe pudło po telewizorze. W warstwie, nieco ponad poziomem piwnicy, znaleźliśmy jeszcze trzy szkielety. Resztki pasów, skórzane buty, pistolety w zaciśniętych dłoniach, blaszane pudełko po papierosach, wszystko to zdradzało ich narodowość. – Dziwne – mruknąłem, odmiatając je starannie miotełką.

– Znowu ktoś im połamał kości? – zainteresował się blondas. – Gorzej – wycedziłem, patrząc na żebra rozszczepione na długie ostre drzazgi – ci goście zostali jak gdyby wgnieceni w ziemię…

– Sufit spadający z góry? – zaciekawił się blondas.

– Trudno powiedzieć, sądząc po złamaniach kości obręczy barkowej raczej coś ich gwałtownie ścisnęło, a potem uderzyło w ziemię z taką siłą, że popękały kości udowe, a warto wam wiedzieć, że każda z nich wytrzymuje nacisk pół tony. – Może jakiś wyjątkowo krzepiasty Żyd rozprawiał się z tymi esesmanami po kolei – mruknął Indiana.Musiałby mieć siłę kilku chłopa – mruknąłem.Zrobiłem fotografie szkieletów in situ.Najdziwniejsze jest co innego – powiedziałem – dlaczego ich kamraci nie wydobyli zwłok. Ich odkopanie niepowinno być problemem… Tymczasem zostawili ich tu pod gruzami, jak gdyby czegoś się bali… Opodal szkieletów znaleźliśmy jeszcze stopę z niebieskiej gliny.