– Nie mam pojęcia. Nasze legendy mówią tylko, że będzie próbował wedrzeć się do środka… Ale dotąd nie odnotowano… – To może warto poobserwować? – zamyślił się Jakub.
– Nie. Musimy go zniszczyć, zanim dojdzie do jakiegoś nieszczęścia… Tylko jak?Zniszczyć to zniszczyć – westchnął egzorcysta.Pobiegł na koniec biblioteki i uniósł z ziemi wiaderko z kwasem. Ruszył pomiędzy regałami na spotkanie przeznaczenia. Golem nadciągał. Wyglądał na mocno wkurzonego.Stój! – krzyknął do niego Jakub. – Ustąp i giń!Nawet nie zwolnił kroku. Egzorcysta chlusnął z wiadra i natychmiast odskoczył. Kolejny regał wyleciał w powietrze. Obaj wspólnicy starali się schodzić z drogi glinianej istocie. Było to trudne. Golem poruszał się bardzo szybko, a liczba wywróconych regałów rosła. Nie zadziałało – powiedział cadyk. – Może gdyby walnąć go od tyłu czymś ciężkim… Cholera, gdybyśmy mieli granat… – Mam – mruknął Jakub, ale nie rozwijał tematu. Nieoczekiwanie potwór zwolnił. Powoli odwrócił się w ich stronę. Z wysiłkiem uniósł kolano. Skóra pękała mu, odsłaniając głębsze warstwy ciała. Kolano złamało się z trzaskiem i po chwili runął jak długi. Na jego twarzy odmalował się ból, a z gardła wydarł krótki, ochrypły krzyk. Jedno ramię ciągle miał sprawne. Walił nim z wysiłkiem w podłogę. Kawałki ceramicznych płytek bryzgały naokoło. Cementowa posadzka popękała promieniście. Na drugiej ręce, niczym siny tatuaż, odznaczały się cztery, hebrajskie litery. Cadyk, ryzykując życie, dopadł jej i jednym pociągnięciem brązowego nożyka usunął pierwszą. Na podłodze leżał gliniany posąg w podartym drelichu. Martwy. – Jak tyś to zrobił? – Mojsze wbił świdrujące spojrzenie czarnych oczu w Jakuba. – Kwas fluorokrzemowy, nie? To się używa w budownictwie do osuszania ścian. Wiąże wilgoć w murze i robiz niej krzemionkę. Skoro było żywe, to miało w sobie wodę. Jak polałem, przepaliło mu skórę i zaczęło ścinać nakamień, dlatego przestał się ruszać… – Sprytne…
Praktykanci przyszli piętnaście minut przed czasem. O, a gdzie posąg? – zdziwił się blondas.Uch, jak ja nie lubiłem wścibskich studentów.To tak cenne znalezisko, że zdecydowałem się je natychmiast zabezpieczyć – wyjaśniłem – jeszcze wieczorem przyjechali od generalnego konserwatora zabytków i zabrali go do Warszawy – zełgałem. Chyba uwierzyli. Zresztą, jak mogliby nie uwierzyć swojemu kierownikowi?Piwnica odgruzowana? No to zabierajcie się za następną – huknąłem – szkoda czasu. Pobiegli po łopaty. Minęło może pół godzinki. Telefon milczał. Zaczynałem się już denerwować.
– Szefie, są żydowskie skarby – Indiana wyskoczył z wykopu z siedmioramiennym świecznikiem w ręcedrewniana beczka zgnieciona cegłami… Pełno w niejróżności pozawijanych w gazety.Blondas, neandertalczyk, pędzle w garść, odczyścić warstwę – poleciłem – a wy dziewczyny nie obijajcie się.Ty ruda po aparat, a ty cielątko polecisz do redakcji Tygodnika Chełmskiego, niech dadzą natychmiast jednego dziennikarza… Zadzwonił telefon komórkowy. Paweł. Nareszcie.
– Słuchaj Tomasz, ugadałem już tego artystę. Rzeźba będzie gotowa na poniedziałek. Kimberlitu nie zdobyliśmy, ale mamy białą glinę, zabarwimy kobaltem. – Kurde, dzięki stary, ratujesz mi życie…
– Od tego ma się kumpli. Aha jeszcze jedno. Przyślij meilem znaczki, co ma mieć wypisane na ręce… Zamyśliłem się na chwilę.Wiesz co, zróbcie bez znaczków. Jak będzie potrzeba, później sam je sobie domaluję… Wyłączyłem telefon i schowałem do kieszeni.
Jakub i Mojsze stanęli nad gardzielą potężnej kruszarki mielącej margiel w Cementowni Chełm. – Hy, rozetrze na proszek – ucieszył się Wędrowycz. Po kolei rzucali na walce maszyny błękitne bryły. Starzy, chełmscy budowlańcy wspominają, że nigdy w życiu nie trafili na tak dobry materiał, jak ten lekko niebieskawy, portlandzki cement z partii W/821c.
W kamiennym kręgu
Wrześniowe niebo było ciemne i zaciągnięte chmurami. W licznych wyrwach szpecących drogę do byłego pegeeru stały kałuże. Odbijały się w nich rachityczne choinki rosnące po obu stronach szosy oraz ołowianej barwy nieboskłon. Z jednej szczególnie głębokiej wyrwy, zajmującej ponad połowę szerokości, wystawał zardzewiały wrak wojskowej ciężarówki. Najwidoczniej wpadła kiedyś, do dziury i nie zdołano już jej wyciągnąć. Szosą jechał piętnastoletni maluch na warszawskich numerach. Rdza odsadziła lakier w miejscu, gdzie karoseria łączy się z podwoziem, silnik rzęził upiornie, ale pojazd niestrudzenie pruł do przodu. Mężczyzna, siedzący za kierownicą, spokojnym spojrzeniem lustrował okolicę. Umierający las, dziurawa droga, to wszystko nie robiło na nim najmniejszego wrażenia. Wreszcie pojazd, wyjąc silnikiem, wjechał na wzgórze. Roztaczał się stąd wspaniały widok. Na dnie rozległej doliny leżał były PGR – kilkadziesiąt baraków wymurowanych z pustaków, krytych eternitem. Większość budynków była opuszczona. Straszyły wyrwanymi oknami. Na kolejnym wzgórzu stał spory budynek otoczony wysokim murem. On także wyglądał na opuszczony.
Pola wokoło wsi zarastał łan perzu, gdzieś pod lasem stał kompletnie zardzewiały kombajn. Większość części rozkradziono, przechylił się na bok. Ile lat temu porzucono go, by sczezł pod gołym niebem? Na skraju wsi i na polu widać było kilkanaście dziwnych, okrągłych jeziorek otoczonych niskim wałem piachu. Kierowca zatrzymał pojazd i wyciągnąwszy ze schowka sztabówkę, przez chwilę porównywał ją z okolicą. Zabudowania na wzgórzu były prawdopodobnie opuszczonym pałacykiem myśliwskim hrabiego Zygfryda von Hosendufta. Tajemnicze jeziorka zaznaczono na mapie. Czerwona linia, biegnąca jej krawędzią, wyznaczała granice dawnego, radzieckiego poligonu. Mężczyzna złożył mapę i zwolniwszy hamulec, powoli zjechał do wsi.
Idzie majster ciemną nocą Ma w koszyczku pół litra W buteleczkach tak chlupoce Aż wyjrzały ptaszki z gniazd Jak wyjrzały zobaczyły, To nie chciały więcej spać. Kaprysiły grymasiły, Żeby im pół litra dać! Wesoła pieśń masowo wywrzaskiwana przez czterdzieści gardeł wprawiała w drżenie szyby w knajpie. Semen wybijał rytm, waląc pięścią w stół. Jakub w kącie sączył drugie dopiero piwo. Nieoczekiwanie drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i wewnątrz knajpy pojawił się obcy. Tłum zamarł i wrogo spojrzał na wysokiego jasnowłosego mężczyznę w garniturze. Ten przetoczył po wnętrzu spokojnym wzrokiem. Któryś krewki tubylec trzasnął flaszką o kant stołu, ale obcy tylko spojrzał na niego chłodno. Tubylec poczuł ból i spojrzawszy na dół, ze zdumieniem spostrzegł, że wbija sobie tulipana we własną nogę. Egzorcysta odstawił kufel. Odsunął krzesło gestem zapraszającym przybysza do zajęcia miejsca. Ludzie milczeli ponuro, ale Wędrowycz cieszył się opinią człowieka, któremu lepiej nie podskakiwać. Skoro zapraszał tego przybłędę, tak widać musiało być. Gość usiadł naprzeciwko Jakuba. Spojrzeli sobie w oczy. Myśli Wędrowycza splątały się lekko, ale zaraz mu przeszło. – Tancerz Umysłu – mruknął.Gość poważnie skinął głową.
– A ty jesteś wiedzącym – powiedział z szacunkiem.Mówił po angielsku, ale ponieważ obaj przełączyli się na telepatię, rozumieli się bez trudu.Czego tu szukasz? To moja ziemia – warknął Jakub.
– Jadę do Lwowa. A potem dalej na Wschód – wyjaśnił przybysz – wpadłem, aby cię ostrzec. – Coś się dzieje? – mruknął Jakub ponuro – czuję to odkilku dni. Coś dziwnego. Nowe, a jednocześnie stare… – Słyszałeś o instalacji?
– Żartujesz? – zdenerwował się.
– Znowu ją uruchamiają. Wytłucze wszystkich obdarzonych w promieniu dwu, może trzech tysięcy kilometrów. – Kurde!
– To nie wszystko. Prawdopodobnie będą usiłowali przywrócić Zygfryda von Hosendufta. – Kurde – powtórzył Jakub. – Trzeba temu zapobiec!
– Ciekawe jak – parsknął gość. – Wszyscy, których zawiadomiłem, uciekają teraz jak zające. – Jeśli sprowadzą go na ziemię, to wcześniej czy później, dorwie was wszystkich. Trzeba działać teraz.
– Jesteśmy za słabi. To najpotężniejszy mag zakonu Thule. Ale spokojnie, jeśli nawet go przywrócą, to nie pociągnie długo. Pole śmierci nie utrzyma go przy życiu dłużej niż dwadzieścia lat… Pamiętasz, co było ostatnim razem. – No to spierdalaj frajerze – warknął egzorcysta – Jeśli jedyne, co umiesz zrobić, to zaszyć się daleko, to wynoś się… – A ty, co ty możesz zrobić – parsknął rozeźlony gość.
– A ja będę walczył… Barman, temu frajerowi flaszkę nadrogę, a wy, chłopaki, wsadźcie go do pekaesu – dokończył. Chłopaki wyciągnęli noże, tasaki, łańcuchy do krów…Dzięki – odwarknął Anglik jestem samochodem. Tłum powoli rozstąpił się, robiąc wąskie przejście. Jakub splunął w ślad za odchodzącym. A potem wlał do kufla jeszcze jedną butelkę piwa. Gdy zacisnął na nim dłoń, spostrzegł, że drżą mu palce. Od czasu, gdy w czasie wojny upitolił esesmanowi głowę sierpem, nie bał się niczego. Aż do teraz. Lęk złapał go stalowymi kleszczami za gardło. Zygfryd… Jeśli to prawda… Po raz pierwszy w życiu przyszło mu na myśl, że ucieczka nie jest chyba takim głupim rozwiązaniem.Jakub, co z Tobą? – Semen klepnął go po ramieniu.Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył. A właściwie znacznie gorzej – dodał poważniejąc. – Mamy kłopoty – powiedział w zadumie egzorcysta.- I to poważne. – Co się stało? – zaniepokoił się kozak. Nie chce mi się o tym gadać – westchnął Jakub.Jest impreza, więc nie martwmy się, tylko bawmy. A problemom czoła stawimy jutro.