Выбрать главу

– Właśnie – mruknął Olszakowski. – Cholernie ciekawa rzecz. Nie sądziłem, że w naszym kraju można natknąć się na tak ładne zabytki megalityczne… – Mamy przecież kamienne kręgi – zdziwił się Kowalski – W Węsiorach, Odrach i Grzybowcu… – A – machnął lekceważąco dłonią – Śmiechu warte.Tamte postawili Goci na początku naszej ery. Na dziesiątki się tego w Skandynawii liczy. A to jest konkret. Leżą tu,co najmniej pięć tysięcy lat… – Wie pan, że jest jeszcze jeden?

– Tak, na ruskim poligonie – archeolog wyciągnął z torby fotografię lotniczą. Położył ją na płaskim szczycie jednego z głazów trylitu. – Trzeci miał być podobno za pałacem. – A owszem, dzieciaki wspominały – przypominał sobie Kowalski.

– Jeśli połączymy je liniami – przyłożył linijkę i pociągnął długopisem kreski – to, jak pan widzi, powstanie trójkąt równoboczny. I to wykreślony z dokładnością do kilkunastu metrów. – Faktycznie – zdumiał się nauczyciel.Niestety, ci z pałacu nikogo nie chcą puścić za bramę – warknął archeolog. – Ale napisałem donos do wojewódzkiego konserwatora zabytków, w którym domagam się wykonania inspekcji. Nie chcieli po dobroci wpuścić,będzie trzeba wejść siłą…Wie pan coś na temat tego ruskiego obozu? – zaciekawił się. Aha. Tyle, co nic, na dobrą sprawę. Wieś wysiedlono jeszcze w 38 roku. Przejął ją instytut Ahenersbe.Co to było? – zdziwił się Kowalski, jednocześnie wyjmując z kieszeni znalezioną blaszkę. – Leżała w tymwiększym kręgu – wyjaśnił. Archeolog obejrzał ją z zainteresowaniem i oddał właścicielowi.Ahenerbe to był instytut Himlera. Zajmowali się ezoteryką, wywoływaniem duchów, szukali śladów kosmitów,gromadzili relacje z procesów o czary i w ogóle robili nieziemskie szopki. A kręcił tym facet z tego pałacu, graf Zygfryd von Hosenduft, osobisty astrolog i jasnowidz Hitlera.O choroba – gwizdnął przez zęby nauczyciel.Dupa wołowa, a nie jasnowidz – uśmiechnął się doktor Olszakowski – W każdym razie doradzał wodzowii widać, jakie efekty to doradzanie przyniosło… Ruscy mieli tam jednostkę rakietową i chyba kompanię karną, sądząc po tych zasiekach między domkami. A może trzymali jakichś swoich naukowców pod drutami, żeby im niezwiali. Cholera wie. Tak czy siak asfaltówka, którą dociągnęli do kamiennego kręgu, jest ich… Może urządzali tam pikniki ruskiej generalicji? Taki megalityczny zabytek można wykorzystywać na wiele sposobów… Uśmiechnęli się obaj.

– Będę tu na dniach robił wykop sondażowy – powiedział archeolog. – Tak się chcę trochę wgryźć w głąb ziemi. Proszę zachodzić, zawsze miło pogadać z kimś inteligentnym…

Samochód pędził wąską szosą. Reflektory łowiły dziurawy asfalt i rosnące na poboczach drzewa.Dokąd jedziemy? – zaciekawił się Jakub,

– Bez komentarza – powiedział kierowca. – Niedługo będziemy na miejscu, tam wam wszystko wyjaśnią. Faktycznie, niebawem pojazd wjechał pomiędzy baraki niedużej popegeerowskiej wsi. Wysiedli z pojazdu. I rozejrzeli się ciekawie. Po prawdzie, w ciemnościach nie było wiele widać. Gdzieś daleko słychać było porykiwanie krów.Witamy w Chlewiskach – powiedział głos w ciemności. – Panie Jakubie, jesteśmy zaszczyceni, że udało nam się pana porwać… Zapraszamy na małą imprezę z okazji pańskiego przybycia… Oczywiście pański towarzysz – postać skłoniła się przed Semenem – także jest mile widziany. Po skrzypiących, drewnianych schodkach weszli do jednego z baraków. Spora sala zastawiona była stołami. Pomieszczenie oświetlało kilkanaście lamp naftowych. Na stołach piętrzyły się stosy pieczonej wołowiny, pomiędzy nimi stały flaszki z białym denaturatem. Egzorcysta nie lubił tego akurat trunku, no ale głupio było odmawiać… Zasiedli na honorowych miejscach u szczytu stołu i zaczęła się uczta.

Mark odłożył kilof i przez dłuższą chwilę wybierał pokruszone cegły z otworu. Odkładał je na bok.

– I jak to wygląda? Kapłanka stanęła na pryzmie ziemi. – Chyba faktycznie to to miejsce – powiedział w zadumie. Spory ten pagórek, teraz trafiłem na resztki sklepienia… – Na pewno ten – wyjęła z kieszeni złożony kilka razy plan posiadłości. – Mały budyneczek to kaplica grobowa von Hosenduftów. Otarł pot z czoła i ponownie zaczął kuć. Cegły ustąpiły, jego oczom ukazał się niewielki, czarny otwór. Kapłanka podała mu latarkę. Zaświecił do środka. – Krypta wypełniona częściowo gruzem – zameldował.

– Świetnie. Poszerz dziurę, zeskoczysz na dół i będziesz mi podawał cegły – zadysponowała. – Zniszczy sobie pani ręce – zaprotestował.

– Wezmę rękawice – ruszyła w stronę pałacu. Po niebie sunęły ciężkie, jesienne chmury. Nieliczne drzewa, pozostałe z wyciętego dawno pałacowego parku, gubiły liście. Wymarzony dzień na nielegalne poszukiwania archeologiczne… Mark ujął łopatę i odrzucił dalej pryzmę wydobytej z dziury ziemi. Odsłonił równą płaszczyznę muru. Ściana zawalona wybuchem, może płaski strop. Kując kilofem, wyłamywał kolejne cegły. Z otworu wiało wilgocią. Dziewczyna wróciła. – Mokro tam – powiedział. – Nie wiem, czy mumia mogła się zachować… – O to się nie bój. To nie jest zwykła mumia – uśmiechnęła się do swoich myśli.

Jakub Wędrowycz obudził się na kacu gigancie… Łeb bolał go, jakby ktoś wbił w niego gwóźdź. Obok na pryczy spał Semen. On także wyglądał na nieco wykończonego nocną imprezą…Gdzie my, kurde, jesteśmy? – zastanowił się egzorcysta. A potem podszedł do okna. Kilka baraków, obory, wokoło pola obsiane lucerną i ściana lasu. Stary kozak też się obudził. Zniósł balangę lepiej niż egzorcysta.Cholera – powiedział. – Nie trza było tyle pić. W tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich, wysoki na co najmniej dwa metry, brodaty mężczyzna. Miał może sześćdziesiąt lat. Jego twarz wydawała się im znajoma. Jakby z telewizji albo z gazet…Osama bin Laden – przedstawił się. Jakub zamknął oczy i policzył powolutku do dziesięciu. Gdy je otworzył, Arab nadal stał w tym samym miejscu, więc chyba nie było to delirium.Ten bin Laden? – zainteresował się.Ostatecznie niejednemu psu burek.Oczywiście – gość dobrze mówił po polsku. – Miłomi powitać panów w Chlewiskach. Jakub dźwignął się z łóżka. Kac powoli mijał.

– To pan nas wyciągnął z pudła? – zaciekawił się…

– Nie da się ukryć – gospodarz uśmiechnął się lekko. Jest mi pan potrzebny, panie Jakubie. – A do czego tak konkretnie?

– Wprawdzie alkohol to wynalazek szatana, ale potrzebujemy go do naszych prac i na wynagrodzenie dla robotników. Chciałbym, aby uruchomił pan tu gorzelnię. Na razie potrzebujemy około stu litrów dziennie. Do odkażania – dodał tytułem wyjaśnienia. – Śniadanie zaraz zostanie podane. Wyszedł.

– Kurde – powiedział stary kozak – A tośmy się wkopali. W życiu bym nie przypuścił, że się facet u nas ukrywa – mruknął Jakub.

– No cóż – westchnął Semen – skoro nie złapali go w Afganistanie, to gdzieś musi być. Więc dlaczego nie tutaj? Za oknem widać było Arabów w burnusach i gablijach. Snuli się po terenie, niektórzy mieli kałasze. Pomiędzy barakami dreptali także byli kołchoźnicy w drelichach i kufajkach. Na dachu jednego z magazynów umieszczono półksiężyc. – Tam pewnie mają meczet – wydedukował Jakub.

– Kurczę, Lepper mówił, że w Polsce jest robiony wąglik w jakiejś wiosze… Zdaje się powiedział Klewiska… – A my jesteśmy w Chlewiskach – przypominał Wędrowycz – To znaczy, że dobrze mówił, tylko pomylił nazwę, albo ktoś wcześniej się pomylił i przez to nie znaleźli… Gorzej, że zbliża się pełnia księżyca, a my utknęliśmy na dobre… Bo nie sądzę, żeby nas łatwo wypuścili…

Krypta była stosunkowo niska, a za to bardzo długa. Gruz wypełniał ją do połowy wysokości. Kapłanka, posuwając się na czworaka, dotarła pod ścianę. Reflektor w jej ręce dobrze oświetlał wnętrze lochu. – Gdzieś tutaj – mruknęła.

– Robota na lata – pokręcił głową Mark. – Tu jest zetrzydzieści metrów sześciennych gruzu. Przypuszczam, że sarkofagi stoją rzędem wzdłuż tej ściany – wskazał – Ale aby odnaleźć ten właściwy… Prychnęła z pogardą.Nie zapominaj, kim jestem – powiedziała z wyższością.W jej dłoni zabłysło mosiężne wahadełko, ruszyła na kolanach, trzymając je w wyciągniętej ręce. Sługa świecił reflektorkiem.Tutaj – wskazała miejsce. Złocisty stożek wirował na sznurku jak zaczarowany.

– A zatem do dzieła – westchnął, ujmując w dłoń saperkę.Godzinę później odczyścił solidne, granitowe wieko kamiennego sarkofagu.

– Waży kilkaset kilo – ocenił fachowym spojrzeniem – jak podniesiemy? – Lewarkiem, kretynie – prychnęła kapłanka.

Sala była nabita po brzegi. Kilkunastu byłych pegeerowców z kobietami i dziećmi. Kilku talibów w gablijach… Jakub stanął za stołem. Ktoś postawił mu karafkę i szklankę. Odchrząknął. Rozpoczynam niniejszym pierwszy kurs pędzenia bimbru w Chlewiskach. Uczestnicy otrzymają certyfikaty honorowane przez międzynarodowy cech bimbrowników na terenie krajów UE i NAFTA. Zebrani nieśmiało zaklaskali. Na początek trochę historii. Alkohol, dla jednych "woda życia", dla innych "zbiorowe samobójstwo narodów", towarzyszy ludzkości od milionów lat. Prawdopodobnie już australopiteki obserwowały jak słonie raczą się sfermentowanymi dyniami, a potem podochocone ruszają demolować puszczę. Po sfermentowane owoce sięgają także małpy… Ludziska popatrzyli po sobie zdumieni. Tyle lat pili alkohol, a nie wiedzieli, że to tradycja sięgająca milionów lat wstecz… Alkohol w niedużych dawkach działa odprężająco, poprawia krążenie, uspokaja i rozwesela. W dużych dawkach wywołuje niechęć do pracy, spadek sił fizycznych, upośledza pracę mózgu, wreszcie prowadzi do degradacji osobowości i śmierci. Jego stosowanie, jak każda rozrywka, wymaga odrobiny zdrowego rozsądku – powiedział surowo Jakub.