Выбрать главу

– Użyjemy drugiego – rozkazał. Ruszyli lasem, omijając łukiem wieś. Niebawem drogę zagrodził im płot z drutu kolczastego. Dziewczyna wyjęła z kieszeni nożyce do blachy i utorowała drogę. Nieoczekiwanie zatrzymała się jak wryta. – Co się stało? – zapytał hrabia.

– Miejscowi gadali, że gdzieś tu jest pole minowe mruknęła.Bajdy. Po tylu latach od wojny z pewnością wszystkie niewypały dawno są niegroźne – odparł i podjął marsz.

Małgorzata Piącha, licząca w swoim sklepie wieczorny utarg, usłyszała huk eksplozji, a po chwili drugi.

– Hy! – powiedziała. – Sarna musi na minę wlazła. Jutro poszukamy… Jakub obudził się pod szkolną ławką. Przez chwilę z przerażeniem zastanawiał się, czy przypadkiem nie powróciły czasy, gdy musiał uczęszczać do takich przybytków wiedzy, ale zaraz się uspokoił. Co to było wczoraj? – poskrobał się po głowie. Głowa bardzo go bolała. Wnętrzności też. Nie należało mieszać daktylowego bimbru z żubrówką… – Ty, wstawaj – powiedział do niego Semen siedzący na biurku. – Pochlaliśmy się w cztery dupy wczoraj,a przecież miałeś załatwić tego von Smródpogaciach. – Co? – Jakub na kacu wolno kojarzył.

– No Hosendufta – przypomniał kozak. – Gadałeś o mocy,potem spadł z nieba alkohol. – A, faktycznie – pamięć wróciła. Przymknął oczy. Nie wiedział, czy zielony ocean przed jego powiekami to efekt kaca, czy wszedł w trans. Nie miało to większego znaczenia. – Hrabiego tu nie ma – powiedział. – Mocy też nie…

– Jak to? – zdziwił się Semen. – Wczoraj mówiłeś, że będzie trzecia wojna światowa, a teraz wykręcasz się sianem?… – Wczoraj było wczoraj, a dzisiaj jest dzisiaj – Jakub zrezygnował z wyjaśnień – Widać się pomyliłem. Przyłożył dłonie do skroni.

– A swoją drogą nie sądziłem, że ta moc Atlantydów taka słaba – mruknął. – Szybko się zużyła… Ale fajnie, że zdaliśmy test i możemy być archeologami. Wracajmy dodomu – zaproponował. – O, i to jest głos rozsądku – ucieszył się jego przyjaciel.

Lekarz ciekawie zajrzał przez okienko w drzwiach separatki. Na pryczy siedział zgaszony, przygarbiony mężczyzna. – A więc to wasz ptaszek?

– Owszem – uśmiechnął się ordynator. – Kompletny wariat. Twierdził, proszę sobie wyobrazić, że jest Osamą bin Ladenem… Bardzo ciężki przypadek. Nie dość, żenauczył się arabskiego, to jeszcze wyhodował sobie brodę i nawet się obrzezał. – Coś podobnego – zdumiał się wizytator. – I co zrobiliście? – Do terrorysty upodobniała go przede wszystkim broda. Zgoliliśmy mu ją. I powiesiliśmy w celi lustro, żeby mógł się przyzwyczajać do swojego prawdziwego wyglądu. Zastosowaliśmy silne środki psychotropowe i elektrowstrząsy. Uzyskaliśmy znaczącą poprawę. Przestałtwierdzić, że jest Talibem, choć na razie nie przypomniałsobie jeszcze, kim jest. – Ciekawe…

– A wygadywał kompletne brednie. Twierdził, że polska komórka AlQuaidy produkowała w Chlewiskach wąglik… – Przez tę cholerną telewizję tylko ludzie wariują mruknął wizytator. – W Kobierzynie, w Tworkach, wszędzie mają świrów, którzy twierdzą, że robili wąglik… Jakie rokowania? – Terapia będzie kontynuowana. Chcemy na nim wypróbować nowe, silniejsze psychotropy najnowszej generacji… Wprawdzie kosztują nieziemsko i kasa chorych będzie sarkała, ale my naprawdę dbamy o pacjentów i staramy się im pomóc.

OSTATECZNA POLISA NA ŻYCIE

Pośrodku Wojsławic sterczała w niebo malowniczo odrapana piętrowa rudera. Rudera od strony ulicy miała ścianę z pociemniałych desek, pozostałe ściany zbudowane były z cegieł. Deski wypaczyły się, a tynk popękał. Dach leciutko się zapadł, ale wyglądał jeszcze całkiem solidnie. Drzwi i okna zabito na głucho. Wokoło ruiny ciągnęły się chaszcze lebiody, ostów i łopianu. Budynek ozdabiał miasteczko jak grzyb ścianę. A przecież miało być zupełnie inaczej… W zamierzchłej przeszłości, gdy Wojsławice były jeszcze miastem, radni miejscy wpadli na ambitny pomysł wzniesienia pośrodku osady okazałego ratusza z wieżą, który pomieściłby przy okazji cyrkuł i inne przydatne instytucje. Roboty wykończeniowe i przebudowy ciągnęły się dość długo, ale wreszcie, akurat na powstanie styczniowe, prace ukończono, dzięki czemu powstańcy mieli gdzie zanocować, a wojska rosyjskie miały co spalić, w ramach represji. Zaraz po powstaniu odbudowano ratusz, tyle, że miasto zaraz po tym straciło prawa miejskie. Radni wykazali się wyjątkową genialnością i na dobre sto trzydzieści lat przed nadejściem epoki prywatyzacji sprywatyzowali ratusz, sprzedając go miejscowemu żydowskiemu "biznesmenowi", za psie pieniądze zresztą. Budynek przechodził różne koleje losu, stając się po kolei: domem mieszkalnym, sklepem, masarnią i wędzarnią, siedzibą władz odrodzonego kraju, aż wreszcie tuż przed drugą wojną światową stał się knajpą. Tej szlachetnej funkcji nie pełnił długo, właściciel bowiem podpisał folkslistę i wywiesił sobie na frontonie budynku wielką, piękną niemiecką flagę z ogrooomną swastyką. Pech chciał, że gdzieś w czterdziestym trzecim w okolice miasteczka zapuścił się niewielki oddział ukraińskiej partyzantki, który widząc tak oznakowany budynek, wysadził go w nocy w powietrze, biorąc za koszary SS. Po wybuchu z ratusza ocalało jedno skrzydło. Budynek służył znowu jako knajpa, aż w końcu uległ całkowitej dewastacji i został ostatecznie porzucony.

I

Paweł Skorliński zatrzymał półciężarówkę i wysiadł mrużąc oczy w ostrych promieniach wrześniowego słońca. – Hy hy – powiedział sam do siebie. Wyjął z kieszeni akt własności i porównał zawarte w nim dane z tabliczką ozdabiającą fronton budynku. – Cholera – powiedział pod adresem swojego nieobecnego wspólnika. Zatrzasnął drzwi samochodu i podszedł do obiektu. Klepnął jadowicie różową ścianę. Ściana odpowiedziała głuchym odgłosem. Tynk widocznie odszedł od muru. – Jasna cholera – powtórzył wolno i z namysłem biznesmen. Wyłowił z kieszeni pęczek kluczy i wybrawszy jeden z nich, wsadził go do dziurki pod klamką. Zamek chodził gładko, ktoś musiał go ostatnio przeczyścić. Przekręcił klucz i pociągnął drzwi do siebie. Otworzyły się ze zgrzytem. Ten, kto przeczyścił, zamek najwyraźniej zapomniał o naoliwieniu zawiasów. Wewnątrz było ciemnawo. Namacał na ścianie kontakt i przekręcił go. Znajdował się w sporej sali. Tu zapewne koncentrowało się miejscowe życie w czasach, gdy ratusz był knajpą. Pod ścianą nadal królowała potężna murowana lada, dalej widać było drzwi prowadzące gdzieś w trzewia budynku. Paweł podszedł do lady i zajrzał za nią. Za ladą coś leżało. W pierwszej chwili biznesmen pomyślał, że to nieboszczyk, ale owo coś wyraźnie pochrapywało. Podniósł z podłogi pogrzebacz i walcząc z obrzydzeniem odrzucił na bok jakiś łachman będący zapewne w zamierzchłej przeszłości derką do nakrywania koni. Na starym brudnym pasiastym materacu drzemał jakiś malowniczo obdarty typ. – Halo! – zagadnął Paweł – Proszę się obudzić! Typ otworzył jedno oko i zlustrował nim otoczenie. Poderwał się niespodziewanie z ziemi i wbił lufę odrapanego rewolweru w brzuch nowego właściciela. Stali tak na przeciw siebie przez chwilę. Ręka Pawia nieznacznie wędrowała w stronę kieszeni gdzie ukryty miał własny rewolwer. Niespodziewanie staruszek czknął wonią czosnkowej kiełbasy i przetrawionego wysokooktanowego alkoholu. – Hy – powiedział – Paweł Skorliński, biznesmen. Kopę lat. Paweł zdumiał się, ale niespodziewanie przypomniał sobie tę twarz. – Jakub Wędrowycz? – domyślił się. Egzorcysta wyskoczył zza lady i usiadł na niej. Wyciągnął z kieszeni kapciuch z tytoniem, dwa kawałki gazety i z niebywałą wprawą skręcił z tego dwa papierosy grubości kubańskich cygar. Podsunął jeden z nich Skorlińskiemu. Ten wziął i wsadził do ust. Jakub wyjął z kieszeni zapalniczkę Zippo i podał mu ogień. Sobie też podał. Zaciągnęli się głęboko. Biznesmen zakrztusił się i przez chwilę rozpaczliwie walczył o odzyskanie oddechu. – Za mocne? – zaniepokoił się Wędrowycz. – To tytoń pierwszego gatunku. Na skupie nie chcieli, powiedzieli, że za dużo nikotyny. Sześć razy norma, coś takiego. Na – podał znajomemu manierkę odczepioną od paska. Paweł zgasił skręta o ladę, po czym odkręciwszy korek, pociągnął łyk. Czymkolwiek było to, co pociągnął, zwalił się na ziemię i znowu nie mógł złapać oddechu. Jakub podał mu wyłowioną zza lady butelkę piwa i pomógł usiąść z powrotem. – Wy, miastowi, jesteście słabi – powiedział, puszczając kółka smoliście czarnego dymu. – Byle napój i już z nóg zwala. Zarechotał ucieszony. Następnie łyknął nieco bimbru z manierki. Z kieszeni wyciągnął kawałek gazety. Odwinął z niego pęto kaszanki i odgryzł kawał a resztę podał biznesmenowi. Ten odmówił kręcąc głową. Wolał nie ryzykować trzeciego takiego wstrząsu. – Also gut – Jakub nieoczekiwanie odezwał się po niemiecku. – Co potrzeba? Znowu duchy wyłażą z dywanu, czy może trzeba wygnać egzorcystów? Paweł pokręcił głową. – Nie, nie tym razem – powiedział. – Mieszkasz tu? – Gestem pokazał, że chodzi mu o budynek. – Nie, tak tylko sobie przysnąłem, wracając z knajpy, żeby nie leźć smerfom na oczy. A co? – To teraz moje. Jakub zaczął się śmiać, że mało się nie zwalił na podłogę. – No co ty? Kupiłeś to? – Tak jakby. Mój wspólnik kupił.