Выбрать главу

– Nie pieprz o pełnej gotowości – powiedział zrzędliwie staruszek. – Jakbyś miał pełną gotowość, to byś stąd piorunem odleciał.

– Można spróbować. Pojazd zatrząsł się lekko. W całej wsi rozhuśtały się lampy. Drobne zaburzenia grawitacyjne obaliły na ziemię paru pijaczków chlających w gospodzie. Niestety, nikt nie miał włączonego telewizora, bo akurat leciał japoński film erotyczny ściągnięty niechcący, z dość odległej kapitalistycznej przyszłości, przez anomalię czasoprzestrzenną. Woda w studniach zagotowała się. Piasek na głębokości kilku metrów pod statkiem ścięło na marmur, co teoretycznie przynajmniej, było z naukowego punktu widzenia niemożliwe. Miedziane druty od wysokiego napięcia stały się na chwilę nadprzewodnikami.Ty lepiej się uspokój, bo mi zabudowania poniszczysz takimi wstrząsami. Drżenie ustało.

– Czasami myślę, że mógłbym odlecieć – powiedział statek. – Gdybym wam wyłączył elektryczność na jakieś dwa tygodnie… Taka ilość energii wystarczy, żeby dolecieć na geostacjonarną, a tam krąży nasza cysterna z paliwem na powrót…

– Jakby przez dwa tygodnie nie było prądu to skapowaliby, że coś jest nie tak. Ciebie by wykopali i rozebrali na części, a ja bym poszedł siedzieć. A co do tej cysterny,to Rusy na pewno dawno ją znaleźli i zabrali. W powietrzu pojawiła się trójwymiarowa projekcja. Przedstawiała równinę, z której sterczały budynki, zbliżone kształtem do końskich zębów wetkniętych niewłaściwą stroną. Pomiędzy nimi baraszkowały dziwaczne stwory, wyglądające jak skrzyżowanie małpoluda z ośmiornicą i motylem. Obok NICH biegały koniopodobne koszmary.

– Dobra, dobra – powiedział Józef. – Nie wciskaj mi takich kitów. Świetnie wiem, że leciałeś stamtąd setki lat.Trawa zwiędła przez ten czas, a te małpiszony wyzdychały. Coś tam słyszałem o ewolucji.

– To wspaniała cywilizacja. Fakt, że nie odpowiadają na moje sygnały nie oznacza wcale, że ich tam nie ma. Może to ja jestem zanadto uszkodzony. – Gdyby byli, to by przylecieli.

– Chyba, że mają cię gdzieś. Jakby mi się traktor całkiem rozgracił, to bym go zostawił na polu. – Pamiętaj, że pierwszy z twojej rodziny miał te właśnie geny. Rozbiliśmy się na tej planecie. Większość zmarła od tutejszych zarazków. Reszta musiała zmienić strukturę genetyczną. Jesteś potomkiem tych konio-małpiszonów.

– Pierdoły. Ryćkałem się, zrobiłem syna. I gdzie te obce geny? – Są uśpione. Można je wywołać. Twój organizm jest mocniejszy od zwykłego ludzkiego, inaczej dawno już byś nogi wyciągnął od tego cuchnącego płynu, który z takim upodobaniem w siebie wlewasz, rujnując swój umysł.

– Już ty się o to nie bój. Piję za swoje. Człowiek wykorzystuje dziesięć procent swojego mózgu, więc resztę mogę przeznaczyć na alkoholizm. Obraz zmienił się. Między chałupami pluskały się w gnojówce świnie. Tak, wiem. Wylądowaliście tu przed trzystu laty. Twierdzisz, że przylecieliście nas oświecić, ale mi się widzi, że w rzeczywistości to chcieliście sobie nałapać niewolników, bo tam na Edonie nie chciało się wam już robić za bezdurno. Ale coś nie sklapowało. Dobra. No to naucz mnie czegoś. Jak robić bimber z trocin na przykład.

– Moje instrukcje pozwalają mi przekazywać wiedzę tylko istotom o odpowiednim ilorazie inteligencji.

– Znaczy masz mnie za głupiego?

– Można to tak w uproszczeniu określić.

– Ty sukinsynu! Statek milczał. Chyba był obrażony. O ile wiedział, co to znaczy być obrażonym. Józef wyciągnął z kieszeni krowi kolczyk. – Poszukałbyś czegoś dla mnie? – zapytał.

– Figę, jak się mawia w tych stronach.

– No wiesz! Moja rodzina haruje na ciebie od pokoleń,a ty takie siupy? Przyjacielskiej przysługi odmawiasz?

– Dobra, dobra, o co chodzi?

– Rąbnęli krowę mojemu kumowi. Kapujesz?

– Rozumieć. Masz próbkę DNA?

– Ze dna stawu nic nie brałem. Masz tu kolczyk z jej ucha. Może na nim coś będzie. Ze ściany wystrzeliła macka. Złapała kolczyk i wciągnęła go gdzieś w bebechy pojazdu. Józef podszedł do miejsca, gdzie znikła i obmacał gładką powierzchnię.Niezłe – powiedział. – Fajna sztuczka.

– To nie sztuczka. To nauka – zaprotestował pojazd.Wyświetlił mapę okolicy, trójwymiarową projekcję z lotu ptaka. Po chwili wykonał zbliżenie na jeden z domów.

– Krowa nie żyje. Mięso znajduje się tutaj w dwu lodówkach – powiedział. – Wystarczy?

– Zrób zbliżenie na tabliczkę z numerem – polecił starzec. Czasami ludzie narobią sobie problemów. Na przykład ukradną krowę sąsiadowi i zarżną ją po cichu.

Stali we trzech na zasypanym śniegiem podwórzu Marcina Bardaka. Jakub, Józef i oczywiście Tomasz. Mieli ze sobą wszystko, co było potrzebne, to znaczy problemy wykopane w stodołach. Józef nacisnął guzik dzwonka. Odpowiedziało mu milczenie. Nacisnął jeszcze raz. Marcin obudził się w swoim plugawym barłogu.

– Kto tam, k… twoja mać? – zapytał, gramoląc się z wyra. Jakub od niechcenia dotknął drutem do bieguna baterii. Kostka trotylu wyrwała drzwi razem z framugą.

– Zupełnie jak w czterdziestym czwartym – zauważył Józef, repetując pepeszę. Wpadli do chałupy we trzech. Bardak był wyraźnie nie w nastroju do przyjmowania wizyt.

– Wypierdalać! – wrzasnął. Tomasz przeciągnął mu seryjką po kredensie i nowiutkim telewizorze. – Gdzie moja jałówka ścierwo? – zapytał.

– Nie brałem żadnej jałówki! Józef otworzył lodówkę. Wewnątrz tkwiła na sztorc ćwiartka cielaka.To, co to jest? Nigdy mi tego nie udowodnicie! Każdy sąd mnie uniewinni. – Prawie każdy – powiedział Jakub, od niechcenia rozstrzeliwując rządek garnków. – Płać pięciokrotną wartość krowy i to już, bo inaczej… – znacząco, delikatnie nacisnął spust. – Zaraz tu będzie cała wieś!To będziesz miał gości na pogrzebie.Zapłacił dopiero, gdy postrzelili video.

Gdy człowiek nie ma innych problemów, słucha bzdurnych audycji radiowych, a potem stara się poskładać uzyskane wiadomości do kupy i stresuje się tym. Od nagrzanego pieca wiało ciepłem. Dwaj starcy, Jakub i Józef siEdzieli w fotelach i słuchali przez radio audycji o UFO. Jakub nie mógł się nadziwić.

– Cholera i pomyśleć tylko, że przylatują w talerzach takie małe, zielone sukinsyny. – Pies ich trącał.Tak swoją drogą, to chciałbym takiego dorwać.

– i co byś z nim zrobił?

– A kozikiem pod żebro. Na co nam tacy na naszej planecie? Mało to mamy bez nich problemów? Można by potem sprawdzić, co taki ma w kiszkach. Zawsze to ciekawe. -…Tak więc, wobec zgromadzonego materiału wydaje się, że kosmici to istoty dość sympatyczne i szukające przyjacielskich kontaktów z ludźmi – powiedział prowadzący audycję. – Też coś. Zielone paskudztwo, pewnie międzygwiezdne wampiry – wściekł się egzorcysta…Pozostaje nam mieć nadzieję na przyjacielskie kontakty trzeciego stopnia. Oni z pewnością także do tego dążą… Józef uśmiechnął się. Popatrzył na kumpla, który właśnie machał nożem. Puścił do niego oko i dolał mu bimbru. Spojrzał w zadumie na swoje przedramię. Błękitne żyły były dobrze widoczne. Pulsowały lekko w rytm uderzeń jego serca. Jeśli faktycznie płynęła w nich krew koniopodobnych zwierzaków z planety Edon, to chyba był na dobrej drodze, jeśli chodzi o nawiązywanie przyjacielskich kontaktów z tubylcami.

Bimbrociąg

pRzejście graniczne koło Hrubieszowa nie wyglądało specjalnie imponująco. Po stronie ukraińskiej terminal urządzono wykorzystując stary dom przewoźników. Po stronie polskiej walnięto spory hangar i także murowany budynek dla pograniczniaków. Granica przebiegała przez środek Bugu. Oba brzegi polski i ukraiński łączył lekki, metalowy most opierający się na drewnianych palach. Z polskiej strony brzeg rzeki zabezpieczała pordzewiała, metalowa siatka rozpięta na poprzekrzywianych ze starości drewnianych palach. Po drugiej stronie z wody sterczały betonowe kloce i wietrzejące skorupy bunkrów. Na słupach zrobionych z szyn kolejowych rdzewiały całe tony drutów kolczastych. Od czasu upadku Związku Radzieckiego nikt nie konserwował umocnień. Na przejście od radzieckiej strony wyjechała czarna, pordzewiała nieco wołga. Jakub Wędrowycz, Paweł Skorliński i Josif Kleszczak leżący w krzakach na pagórku sto metrów od terminalu jak na komendę włożyli w uszy słuchawki podczepione do mikrofonu kierunkowego i przyłożyli do oczu solidne wojskowe lornetki. Na dachu Wołgi znajdowała się ładna, drewniana trumna. Z budki wyszedł celnik.Dokumenty – polecił. Dwaj Ukraińcy siedzący w wozie podali mu przez okienko paszporty.A to, to co? – zainteresował się, klepiąc burtę trumny.

– Nasz przyjaciel zmarł w Polsce – wyjaśnił jeden z podróżnych – wieziemy trumnę, by sprowadzić jego zwłoki do ojczyzny. Tu zrobił odpowiednio zbolałą minę.

– Sprytnie to wykombinowali – powiedział Kleszczak do Jakuba. – Znasz ich? – zaciekawił się Skorliński.

– Ta… Mychajło i jego brat… równe chłopaki…Tymczasem celnik nakazał podróżnym wysiąść z auta. Po kilku minutach trumna stała na asfalcie. Wachman podniósł wieko. Wewnątrz spoczywała setka butelek ukraińskiej wódki.Znakomity pomysł – pochwalił celnik, a potem zabrał się za wypisywanie papierów do rekwizycji. – Tyletylko, że wiecie chłopaki, to już przed wami wymyślono. Podał im z powrotem papiery. Wołga wjechała do Polski. Celnicy wnieśli trumnę wraz z zawartością do budynku. Po chwili trzej wspólnicy mogli obserwować dalsze losy ładunku. Urzędnicy opróżniali kolejne butelki, lejąc ich zawartość do paszczy potężnego silosu o pojemności, co najmniej 10 tysięcy litrów, zaś trumna spoczęła pod wiatą na sporym stosie innych trumien. Puste butelki trafiły do kontenera jakiejś firmy zajmującej się recyklingiem odpadów szklanych. – Kurde – mruknął Jakub. – A więc mówiłeś, że jaki planujesz interes? – Mam po tamtej stronie cysternę gorzelnianego spirytusu – wyjaśnił Kleszczak. – Przetoczyłem ją w nocy do starej cegielni, zaledwie trzysta metrów od rzeki. Spirytus mogę spuścić po dolarze za litr…Wchodzę w to – powiedział Skorliński. – Tylko jak cholera sforsować tą przeklętą rzekę… Jakub spokojnie badał lornetką łagodnie wijący się nurt.Most pontonowy – podsunął. – Wojska inżynieryjne położą go w godzinę… Kleszczak pokręcił głową.Aż takich dojść to ja nie mam… Zresztą, nie da się dojechać cysterną od naszej strony. Zapory przeciwczołgowe to raz, poza tym mogą być miny… A i wasz brzeg wysoki. Cysterna nie podjedzie. Zresztą, nie opłaci się, taki most to kupę forsy kosztuje. Zamyślili się.