Выбрать главу

– Dobra. Daj mi dziesięć, albo dwadzieścia tubek najmocniejszego. Zamrugała oczami, ale posłusznie podała mu żądany specyfik. Zapłacił bez mrugnięcia okiem. – Jak nie zadziała, to wrócę tu i spalę ten kurnik – zapowiedział i wyszedł. O świcie był już z powrotem w Wojsławicach. Była czwarta rano. Guciuk spał jeszcze snem sprawiedliwego w swoim plugawym barłogu, gdy Jakub przeniknął cicho na jego podwórze. Koło szambiarki stał duży słój pełen żółtawego kremu ochronnego do rąk. Jakub uśmiechając się szatańsko wcisnął do słoja dwadzieścia tubek kremu przeciw zmarszczkom i wybełtał zawartość patykiem. Zemsta! Zemsta! Zemsta! Minęło kilka tygodni. Posterunkowy Birski był zły na Jakuba o rękę Hitlera, która okazała się być atrapą z lateksu. Z Guciukiem tymczasem działo się coś dziwnego Zawsze był dość majętny, ale teraz niespodziewanie zdziadział. Jego żona uciekła, pozbawiając go odrobiny szczęścia osobistego. Przy robocie też mu nie szło. Szambiarka psuła się raz po raz. Pewnego dnia, jakiś miesiąc z kawałkiem po wycieczce do Warszawy, Jakub siedział w gospodzie i słuchał opowieści Tomasza. Tomasz opowiadał właśnie zmyślone przygody z czasów, jak pływał z rybakami po Bałtyku. Doszedł właśnie do wstrząsającego kawałka o tym, jak zaatakował ich wieloryb. Kawałek był podbudowany książką Julesa Verne'a "Wąż Morski" i obejrzanym u syna na wideo filmem "Szczęki", toteż było czego posłuchać. Niespodziewanie wszedł Guciuk. Choroba wyniszczyła go tak, że wyglądał jak żywy trup. Popatrzył na Jakuba z nienawiścią. – To ty – wycharczał. – To twoja robota. A potem oczy nagle wywróciły mu się białkami do góry i wywalił się jak długi. Pochylili się nad nim. Już nie żył. Jakub ujął dłoń nieboszczyka i odwrócił ją wewnętrzną stroną do góry. Skóra była idealnie gładka. Jak laminowana powierzchnia stołu. Milicja i lekarz weszli po chwili. Odsunął się od ciała. Wiedział już wszystko. Birski i Rowicki stali w pomieszczeniu prosektorium szpitala miejskiego w Chełmie. Na stalowym stole leżało ciało Guciuka. Obok stał lekarz z plikiem kartek pod pachą. – No cóż – powiedział. – Nie znajduję tu żadnych przyczyn. – Jak to żadnych? – zdziwił się Birski. – Jaka była przyczyna zgonu? – Wedle naszej wiedzy nie było żadnej ani naturalnej, ani nienaturalnej. To wygląda, jakby życie z niego jakoś wyciekło. – Trucizny, alkohol, narkotyki? – zapytał Birski. – Nic z tych rzeczy.

– A może sugestia posthipnotyczna? – wtrącił się Rowicki. – Jeśli pan umie wykazać na drodze sekcji zwłok sugestię posthipnotyczna, to proszę bardzo. – Lekarz wykonał zachęcający gest w stronę ciała. – A co, nie dałoby się wyciąć dziury w głowie i zobaczyć, o czym myślał? – zaciekawił się posterunkowy. Lekarz wzniósł oczy ku niebu. – A ja myślałem, że te wszystkie dowcipy o milicjantach to tylko tak… – Dobra, dobra – powiedział Rowicki. – Od myślenia to my tu jesteśmy. Więc nie ma żadnych śladów? – Żadnych. – Zbrodnia doskonała! Szefie mamy przypadek zbrodnii doskonałej! Posterunkowy westchnął. – Nie ma zbrodnii doskonałej. Nie uczyli cię? – A ja myślałem, że to ten przypadek, który potwierdza każdą regułę. – Wiem, kto zabił. – Kto? – zapytali jednocześnie Rowicki i lekarz.

– Jakub Wędrowycz! Mamy motyw, bo Guciuk spuścił mu szambo do studni. Mamy ciało i zeznania świadków, bo zanim denat się przewrócił, to powiedział do Wędrowycza, że to wszystko jego wina. – Ciekawe, co wszystko? – zamyślił się podwładny. – Jakieś dodatkowe ślady? – zapytał lekarza.

– Tak. Na rękach miał resztki maści przeciw zmarszczkom, produkcji kapitalistycznej. – Masz swoją zbrodnię doskonałą! Ta maść jest oczywiście toksyczna? – Nie. Zupełnie nieszkodliwa. – A w bardzo dużej ilości?

– Też nie. Z całą pewnością to nie maść spowodowała zgon. W narządach wewnętrznych nie ma po niej nawet śladu. – Ale Wędrowycza, i tak przymkniemy – postanowił Birski. – Może jednak sugestia?

– Co ty. On jest na to za głupi.

Jakub wdrapał się na wzgórza. Wiatr wiał taki, jak wtedy gdy Beria dusił Stalina poduszką. Jak tamtego wieczoru dwudziestego lipca czterdziestego czwartego. Bo i dzisiaj zginął człowiek. Wszystko zapisane jest w liniach, a gdy nie ma linii, to nie ma też przeznaczenia. Gdy nie ma linii życia, to też oczywiście… Wracając do chałupy oddawał się wspomnieniom. Wtedy, czterdzieści lat temu, po wyjściu od chiromaty odczuwał strach. Dwa lata życia. Ale Wędrowycze nigdy nie poddawali się losowi. Nigdy. Kupił butelkę piwa i usiadł na ławce w parku. Należało się spieszyć. Wypił piwo i rozbił flaszkę. Kartkę z rysunkiem położył obok siebie na ławce. Przygniótł ją kawałkiem cegły, aby nie odleciała. Kawałkiem szkła przystąpił do pracy. Zaczął od linii życia. Ryjąc szklanym odpryskiem w ciele przedłużył ją sobie aż na drugą stronę dłoni. Potem wgryzł się w ciało tworząc grubą i wyraźną linię bogactwa. Wyszła mu ślicznie. Na koniec zostawił sobie linię szczęścia. Zaledwie ją skończył, zza zakrętu alejki wyszła śliczna dziewczyna. Ożenił się z nią pół roku później. A jeszcze rok później zaciął się w dłoń drutem i powstała kolejna linia. Ta odpowiedzialna za paranormalne zdolności. I został egzorcystą… A linia pecha, sprawiająca, że bez przerwy go pudłowali do mamra, powstała przez pomyłkę przy podważaniu wieka trumny pewnego domniemanego wampira. I nawet nie wiedział, że ona tam jest. Radiowóz ryknął silnikiem i wyjechał z wąwozu. Jak zwykle…

Pogotowie

Jakub Wędrowycz dreptał w zadumie ulicami obcego miasta. Coś mu nie pasowało. To chyba nie była Warszawa. W stolicy był już kilka razy. Nie umiał powiedzieć, co jest nie tak. Domy były niby podobne, ludzie też chodzili normalnie poubierani, nawet mówili tym samym językiem…Kurde – skwitował. – Idę na dworzec, kupię bilet doChełma i spróbuję jeszcze raz od tamtej strony… Przysiadł na skwerku i wyciągnąwszy z kieszeni piersiówkę pociągnął solidny łyk. Nieoczekiwanie przed ławką na której siedział zatrzymała się karetka. – Skoraja pomoszcz – odcyfrował bezbłędnie czerwony napis cyrylicą zdobiący bok pojazdu. Drzwi uchyliły się gościnnie. – Zdrastwujte gospodin, wy by chotieli pojebać? – rozległo się nad jego uchem. Pielęgniarka miała na oko dwadzieścia lat. Nosiła biały fartuch, coniebądź rozpięty tu i ówdzie. Pod fartuchem też była ubrana – w pas do pończoch. I nic poza tym.Wot te na! – krzyknął radośnie egzorcysta i wskoczył do środka. Wewnątrz karetki jedna dziewczyna właśnie robiła reanimację metodą usta – usta jakiemuś gogusiowi w garniturze, ale trzy pozostałe obdarzyły staruszka szerokimi uśmiechami.Minutoczku – egzorcysta wyciągnął z kieszeni paczkę podrabianej ukraińskiej viagry i od razu połknął połowę tabletek.Muuu!!! – zawył jak szalona krowa i rzucił się do dzieła.Karetka, chybocząc się na wszystkie strony, pędziła przez miasto. Pierwszy wyskoczył nagi biznesmen w krawacie. Potem pojazd opuściły, skacząc w biegu, wszystkie dziewczyny.Cholera – mruknął Jakub patrząc na pobojowisko. Wszędzie poniewierały się podarte pończochy, fartuchy i inne części garderoby. Pojazd ciągle jechał, więc zajrzał do szoferki.Co je tak wymiotło? – zapytał szofera. Ten nic nie odpowiedział. Wpatrywał się zdumiony w przyrodzenie egzorcysty sterczące z rozporka… Wiele w życiu widział, ale…A, pal diabli – mruknął klient – dziewczyny uciekły to chodź ty. Jebat' choczetsja – dodał po rosyjsku. Kierowca porzucił swoje miejsce pracy i oddalił się kłusem. Egzorcysta w ostatniej chwili zapanował nad pojazdem i wbił go w opuszczone ogródki działkowe. Rozejrzał się wokoło. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać niczego żywego. Psy i koty też się pochowały.Nie to nie – wzruszył ramionami. Schował ptaka do nogawki, a wystający kawałek umieścił w cholewie gumofilca. Kurtkę od ortalionowego dresu, jak się okazało, podarł w całym tym zamieszaniu, ale na podłodze poniewierała się marynarka biznesmena. Ubrał się w nią z obrzydzeniem i wysiadł z pojazdu.Dobra, a teraz na dworzec – warknął. Coś poruszyło się w jego lewej cholewie, ale przyładował kopa i ruchy ustały. Viagra powoli parowała i egzorcysta mógł już normalnie myśleć. Ruszył spiesznym krokiem przez miasto. Niebawem dotarł do dużego węzła drogowego. Nie namyślając się wiele wszedł na asfalt. Przecież go nie rozjadą… Nie przewidział, że te bardzo duże ciężarówki z przyczepami mogą mieć problemy z hamowaniem…

W karetce pogotowia zagdakał interkom.

– Mengele? – rozległ się głos dyspozytora. – Jest coś dlaciebie. Facet z wypadku, wpadł pod tira, jeszcze żyje, ale…

– Się rozumie – uśmiechnął się lekarz. – Dwadzieścia procent dla ciebie. – Trupiarz dałby dwadzieścia pięć…

– Ale on jest frajer, co byś zrobił, gdyby jego klient przeżył? Gówno byś dostał. A u mnie nie ma strachu… – Też racja. Ale podnieś mi stawkę…

– Będzie trzeba to podniosę… Ja też muszę chłopakom dolę odpalić – wyłączył mikrofon ucinając dyskusję. – Długo nie pociągnie. Duchołap, gaz do dechy – polecił kierowcy, – a ty, Skórołapka, przygotuj sprzęt… Denat w garniturze i gumofilcach leżał na poboczu. Kierowca tira robił mu masarz serca. – Żyje? – zafrasował się Mengele.

– Na to wygląda – powiedział kierowca. – Nie wiem jakim cudem, miałem z 80 na liczniku, jak wylazł mi podkoła. Miotnęło nim ze dwadzieścia metrów… Zderzak dowymiany…Spoko, teraz my się nim zajmiemy…Załadowali egzorcystę na nosze i ruszyli z piskiem opon. Kierowca uruchomił radio i rozpoczął negocjacje.Dom Pogrzebowy "Wesoła Wdówka"? Ile dacie za skórę? 1800? Mało… "Ostatnia posługa"? Mamy dla was sztywniaka. 1700? wypchajcie się. "Uśmiech losu"? Mamy truposza… Dwa tysiące? Ok. dorzućcie jeszcze dwie setki i jest wasz… Załatwione – zwrócił się do szefa.Jak tam nasz ptaszek? – ten zwrócił się do Duchołapa.Jeszcze dycha… Sukinsyn. Może mu pavulonu strzyknąć?Szkoda dobrego środka. Zatkaj mu czymś gębę i pokłopocie. Pielęgniarz spróbował ręką. Nieoczekiwanie zawył.Odgryzł mi palec, pierdolony… W łeb go czymś ciężkim, zanim się obudzi! Z wypadku jedzie, nikt się nie przyczepi do obrażeń… Podwładny wyciągnął z szafki specjalnie naszykowaną cegłę i przyładował leżącemu w głowę. – Bez skutku, ciągle oddycha.