— No, to trochę podobne… — zaczął kierownik sali. Od najmłodszych lat żył z klątwą uczciwości.
— Jest jeszcze Brodequin rôti Façon Ombres…
Właściciel westchnął tylko, widząc panikę kierownika sali.
— But żołnierski w stylu Mroków — przetłumaczył.
— E… w stylu Mroków?
— W błocie. Ale jeśli ugotujemy języki osobno, zaproponujemy też Languette braisée.
— Są też damskie buty, proszę pana — poinformował kuchcik.
— Dobrze. Dopiszcie je do menu. Chwileczkę… Sole d’une Bonne Femme… i… tak… Servis dans un Coulis de Terre en l’Eau. To znaczy błoto.
— A co ze sznurówkami, proszę pana? — wtrącił inny kuchcik.
— Dobrze kombinujesz. Poszukaj tego przepisu na spaghetti carbonara.
— Proszę pana… — odezwał się kierownik sali.
— Zaczynałem jako kucharz — wyjaśnił właściciel, sięgając po nóż. — Myślisz, że z czego było mnie stać na ten lokal? Tak się to robi. Jeśli trafisz z wyglądem i sosem, jesteś już w trzech czwartych drogi do celu.
— Ale to wszystko będą tylko stare buty! — nie ustępował kelner.
— Pierwszorzędna leżakowana wołowina. Raz-dwa ją zmiękczę.
— Poza tym… poza tym… Nie mamy żadnej zupy!
— Błoto. I dużo cebuli.
— Desery…
— Błoto. Sprawdźmy, czy można je skarmelizować. Nigdy nie wiadomo.
— Nie mogę nawet znaleźć kawy… Chociaż pewnie nie dotrwają aż do kawy.
— Błoto. Café de Terre — odparł stanowczo kierownik. — Prawdziwa drobno mielona.
— Zauważą to, proszę pana.
— Jak dotąd nie zauważyli — odparł ponuro właściciel.
— To się nam nigdy nie uda, proszę pana. Nigdy.
W krainie z niebem u góry Średni Dave Lilywhite zwlókł po schodach kolejny wór pieniędzy.
— Tu są chyba tysiące — stwierdził Siata.
— Setki tysięcy — poprawił go Średni Dave.
— A co jest tutaj? — spytał Kocie Oko, otwierając szkatułkę. — E, tylko papier.
Odrzucił ją.
Średni Dave westchnął. Całym sercem popierał ideę solidarności klasowej, ale czasami Kocie Oko działał mu na nerwy.
— To są tytuły własności — wyjaśnił. — Lepsze niż pieniądze.
— Papier jest lepszy od pieniędzy? — zdziwił się Kocie Oko. — Ha! Jak możesz coś spalić, to nie możesz wydać, zawsze to powtarzam.
— Czekaj no — wtrącił Siata. — Słyszałem o takich. Wróżka Zębuszka ma nieruchomości?
— Skądś musi brać pieniądze. Wszystkie te półdolarówki pod poduszkę.
— A jak je ukradniemy, czy będą nasze?
— To ma być podchwytliwe pytanie? — Kocie Oko uśmiechnął się pogardliwie.
— Niby… Ale wiecie, dziesięć tysięcy na głowę to niedużo, kiedy człowiek widzi to wszystko tutaj.
— On nawet nie zauważy…
— Panowie…
Obejrzeli się. Herbatka stał w drzwiach.
— My tu tylko… tylko sortowaliśmy towar — wyjaśnił pospiesznie Siata.
— Tak. Wiem. Kazałem wam to robić.
— Właśnie. Zgadza się. Kazał pan — przyznał Siata z wyraźną ulgą.
— I tyle tego jest… — dodał Herbatka.
Uśmiechnął się. Kocie Oko zakaszlał.
— Grube tysiące — stwierdził Średni Dave. — A co z tymi tytułami własności i resztą? Proszę, tutaj jest akt sklepu z fajkami z Miodowej Alei! W Ankh-Morpork! Sam kupuję tam tytoń! A stary Naparstek ciągle narzeka na czynsz!
— Aha. Czyli otworzyliście sejfy — stwierdził uprzejmie Herbatka.
— No… tak.
— Świetnie, świetnie. Nie prosiłem o to, ale doskonale. A myśleliście, że skąd Wróżka Zębuszka bierze pieniądze? Małe gnomy je gdzieś wydobywają? Czy raczej magiczne złoto? Ale takie o świcie zmienia się w śmieci.
Zaśmiał się. Siata też się zaśmiał. Nawet Średni Dave się zaśmiał. I nagle Herbatka znalazł się przy nim i pchnął, aż Średni Dave oparł się plecami o ścianę.
Coś zamigotało, a kiedy spróbował mrugnąć, lewa powieka zmieniła się w kwiat bólu.
Zdrowe oko Herbatki spoglądało na niego z bardzo bliska — jeśli można nazwać je zdrowym. Źrenica była czarną kropką. Średni Dave ledwie mógł dostrzec jego dłoń, tuż przy własnej twarzy.
Ta dłoń trzymała nóż. Czubek ostrza znalazł się o ułamek cala od prawego oka Średniego Dave’a.
— Ludzie mówią, jak słyszałem, że mógłbym ich zabić, gdy tylko na nich spojrzę — szepnął Herbatka. — A tak naprawdę wolałbym raczej pana zabić, niż na pana patrzeć, panie Lilywhite. Stoi pan w zamku ze złota, a usiłuje ukraść jakieś miedziaki. Niewiarygodne. I co ja mam z panem zrobić?
Trochę rozluźnił ucisk, ale wciąż trzymał nóż przy niemrugającym oku Średniego Dave’a.
— Myśli pan pewnie, że Banjo panu pomoże — mówił Herbatka. — Tak przecież zawsze było, prawda? Ale Banjo mnie lubi. Naprawdę. Banjo jest teraz moim przyjacielem. Moim…
Średni Dave zdołał jakoś skupić wzrok poza uchem Herbatki. Jego brat stał nieruchomo z obojętną twarzą — taką zwykle miał, kiedy czekał na kolejne polecenie albo na pojawienie się kolejnej myśli.
— Gdybym uznał, że źle pan o mnie myśli, byłbym załamany — powiedział Herbatka. — Niewielu przyjaciół mi pozostało, panie Lilywhite.
Odstąpił i uśmiechnął się promiennie.
— Jesteśmy znów przyjaciółmi? — zapytał. Średni Dave osunął się na podłogę. — Pomóż mu, Banjo.
Na ten sygnał Banjo ruszył ciężko.
— Banjo ma serce małego dziecka — stwierdził Herbatka. Nóż zniknął gdzieś w fałdach jego ubrania. — Wydaje mi się, że ja także.
Inni stali jak skamieniali. Nawet nie drgnęli od chwili ataku. Średni Dave był mocno zbudowanym mężczyzną, a Herbatka przypominał ludzika z patyczków, jednak uniósł Dave’a niczym piórko.
— Jeżeli chodzi o pieniądze, nie są mi potrzebne — oświadczył Herbatka, siadając na worku srebra. — To drobniaki. Możecie podzielić je między siebie, przy czym bez wątpienia zaczniecie się kłócić i oszukiwać w niezwykle nużącym stylu. Och, jakie to straszne, gdy pękają więzy przyjaźni.
Kopnął worek, który się rozpruł. Srebro i miedź popłynęły kosztowną strugą.
— Będziecie się tym przechwalać i przepuścicie wszystko na pijaństwo i kobiety — stwierdził, gdy oni patrzyli, jak monety toczą się we wszystkie strony. — Myśl o inwestycjach nawet nie przemknie przez te wasze skażone, małe umysły…
Od strony Banjo zahuczało. Nawet Herbatka czekał cierpliwie, aż wielkolud ułoży zdanie. Rezultat brzmiał:
— Ja mam świnkę. Skarbonkę.
— A co byś zrobił z milionem dolarów, Banjo?
Znowu grzmot. Banjo wykrzywił się z wysiłku.
— Bym… kupił… większą świnkę.
— Brawo. — Skrytobójca wstał. — Chodźmy sprawdzić, jak sobie radzi nasz mag.
Wyszedł, nie oglądając się za siebie. Po krótkiej chwili ruszył za nim Banjo.
Pozostali usiłowali nie patrzeć na siebie nawzajem.
— Czy on powiedział, że możemy zabrać pieniądze i iść stąd? — upewnił się Siata.
— Nie bądź durniem, nie przejdziesz nawet pięciu sążni. — Średni Dave wciąż przyciskał dłoń do twarzy. — Rany, to boli! Chyba mi przeciął powiekę…
— No to zostawmy wszystko i znikajmy! Nie pisałem się do jazdy na tygrysie.
— A co zrobisz, kiedy on pójdzie za tobą?
— Czemu miałby się przejmować kimś takim jak my?