Przyglądała się kredowym znakom.
Jakieś głosy z góry sprawiły, że uniosła wzrok. Miała wrażenie, że nad poręczą schodów widzi głowę, która zaraz się cofnęła. Nie dostrzegła rysów, ale twarz nie wyglądała wróżkowato.
Zauważyła kredowe koło wokół zębów. Ktoś chciał je zebrać w jednym miejscu i narysował to koło, żeby pokazać, gdzie mają trafić.
Wokół widniało kilka symboli.
Miała dobrą pamięć do szczegółów. To kolejna cecha rodzinna. Teraz drobny szczegół poruszył się w jej pamięci jak senna pszczoła.
— Och, nie — szepnęła. — Przecież nikt by nie próbował…
Ktoś krzyknął w górze, wśród bieli.
Ciało stoczyło się z bliższych jej schodów. Było kiedyś chudym człowieczkiem w średnim wieku. Formalnie było nim nadal, ale długie, spiralne schody nie obeszły się z nim delikatnie.
Przeturlało się po białym marmurze, przejechało kawałek i wyhamowało jak pozbawiony kości worek.
Po czym, kiedy biegła już w jego stronę, rozpłynęło się. Nie pozostało nic prócz plamy krwi.
Obejrzała się, słysząc głośne brzęki. Wirując i skacząc niczym łosoś, łom odbił się od ostatnich stopni i wylądował na posadzce pionowo, wibrując lekko.
Zdyszany Siata dotarł do szczytu schodów.
— Jacyś ludzie są na dole, panie Herbatka — wysapał. — Dave i reszta poszli ich złapać.
— Herr-bat-ká — poprawił Herbatka, nie odrywając wzroku od maga.
— Tak jest, proszę pana.
— I co? Zwyczajnie… pozbądźcie się ich.
— Eee… Jeden z nich jest dziewczyną, proszę pana.
Herbatka wciąż nie odwracał głowy. Machnął tylko ręką.
— No to pozbądźcie się ich… uprzejmie.
— Tak, proszę pana. Tak, jasne. — Siata odchrząknął. — Nie chce pan się dowiedzieć, po co tu przyszli?
— Wielkie nieba, nie. Po co mi to wiedzieć? A teraz idź już.
Siata stał przez chwilę nieruchomo, po czym ruszył na dół. A kiedy zbiegał po schodach, zdawało mu się, że słyszy głos — jak gdyby skrzypienie starych drewnianych drzwi.
Zbladł.
To przecież tylko drzwi, tłumaczyła rozsądna część jego umysłu. Są ich tu setki, chociaż — jeśli się zastanowić — żadne nie skrzypią.
Druga część, ta, która tkwiła w mroku niemal na szczycie jego rdzenia kręgowego, mówiła: Ale to żadne z nich i wiesz o tym dobrze, ponieważ wiesz, co to za drzwi…
Tego skrzypienia nie słyszał od trzydziestu lat.
Pisnął cicho i zaczął przeskakiwać po cztery stopnie naraz.
We wnękach i w kątach cienie pociemniały.
Susan biegła po schodach, ciągnąc za sobą o, boga.
— Wiesz, co oni robili? — powtarzała. — Wiesz, czemu zebrali w kręgu te wszystkie zęby? Ta moc… o, bogowie…
— Nie zgadzam się — oświadczył stanowczo kierownik sali.
— Przecież po Strzeżeniu Wiedźm kupię ci lepsze…
— Jeszcze dwa razy but w cieście, porcja Purée de la Terre i trzy dodatkowe Tourte à la Boue! — zawołał kelner, wbiegając do kuchni.
— Placki z błota! — jęknął jego szef. — Nie mogę uwierzyć, że podajemy placki z błota. A teraz chce pan zabrać moje buty!
— Ze śmietanką i cukrem, pamiętaj. Prawdziwy smak Ankh-Morpork. A te buty wystarczą na co najmniej cztery porcje. Bądźmy sprawiedliwi. Wszyscy już biegamy w skarpetkach…
— Stolik siódmy mówi, że steki były znakomite, ale odrobinę twarde — rzucił kelner, przebiegając obok.
— Rozumiem. Następnym razem weźcie większy młotek i gotujcie dłużej. — Właściciel wrócił do nieszczęśliwego kierownika sali. — Posłuchaj mnie, Bill — rzekł, obejmując go ramieniem. — Przecież to nie jest jedzenie. Nikt się tu nie spodziewa jedzenia. Gdyby ludzie chcieli tylko jeść, to zostaliby w domu, prawda? Przychodzą tu dla nastroju. Żeby przeżyć coś specjalnego. Tu nie chodzi o gotowanie, Bill. To jest cuisine. Rozumiesz? A potem wracają i chcą jeszcze.
— No tak… Ale stare buty…
— Krasnoludy jedzą szczury — tłumaczył właściciel. — A trolle jedzą kamienie. Jest taki lud z Howondalandu, który zjada owady, a ludzie na Kontynencie Przeciwwagi jedzą zupę zrobioną z ptasiej śliny. Buty przynajmniej były kiedyś na krowie.
— A błoto? — spytał ponuro kierownik sali.
— Czy stare przysłowie nie mówi, że zanim człowiek umrze, powinien zjeść beczkę mułu?
— Może. Ale nie naraz.
— Bill — powiedział łagodnym tonem kierownik, ujmując w dłoń chochlę.
— Tak, szefie?
— Zdejmuj te swoje buty, ale już, dobrze?
Kiedy Siata dotarł na sam dół, drżał cały. Nie tylko z wysiłku. Biegł prosto do drzwi wyjściowych, dopóki nie pochwycił go Średni Dave.
— Puszczaj! Goni mnie!
— Popatrz na jego twarz — wtrącił Kocie Oko. — Wygląda, jakby zobaczył ducha.
— Nie, to nie był duch — wybełkotał Siata. — To gorsze od ducha.
Średni Dave trzasnął go w policzek.
— Weź się w garść, chłopie! Nic cię nie ściga! Zresztą przecież potrafimy walczyć, nie?
Groza miała dość czasu, by nieco opaść. Siata obejrzał się na schody — niczego tam nie było.
— Dobrze. — Średni Dave bacznie obserwował jego twarz. — A teraz… Co się stało?
Siata spuścił głowę.
— Myślałem, że to szafa — wymruczał. — No dalej, śmiejcie się…
Nikt się nie roześmiał.
— Jaka szafa? — zapytał Kocie Oko.
— Wiesz, kiedy byłem mały… — Siata zamachał rękami. — Mieliśmy taką wielką starą szafę. Dębową. I miała takie… takie… Na drzwiach była… jak gdyby… twarz. — Spojrzał na ich twarze o równie drewnianych wyrazach. — Wiecie, nie taka prawdziwa twarz, raczej… cała ta… dekoracja wokół dziurki od klucza, niby takie kwiaty, liście i reszta. Ale kiedy się spojrzało… odpowiednio… to była twarz. Wstawili ją do mojego pokoju, bo taka była wielka, a nocą… nocą… nocą…
Byli dorosłymi ludźmi, a przynajmniej żyli już na świecie od kilku dziesięcioleci, co w niektórych społeczeństwach uznawane jest za to samo. Ale kiedy patrzyli na człowieka tak porażonego strachem…
— Tak? — zachęcił go chrapliwie Kocie Oko.
— …szeptała do mnie — dokończył Siata cichutkim, słabym głosem, jak nornica w lochu.
— Co szeptała? — zapytał Średni Dave.
— Nie wiem! Chowałem głowę pod poduszką! Zresztą to przecież takie wspomnienie z czasów, kiedy byłem mały, prawda? Nasz tato w końcu się jej pozbył. Spalił ją. A ja na to patrzyłem.
Otrząsnęli się psychicznie, jak ludzie, których umysły powracają nagle do światła.
— Tak samo jest ze mną i z ciemnością — oświadczył Kocie Oko.
— Och, nie zaczynaj — rzucił Średni Dave. — Zresztą przecież nie boisz się ciemności. Jesteś z tego znany. Pracowałem z tobą w różnych piwnicach i w ogóle. W ten sposób dostałeś swoje imię. Kocie Oko, bo widzisz jak kot.
— Człowiek stara się jakoś to pokonać, nie? Bo kiedy już dorośniesz, to wiesz, że to tylko cienie i takie tam… Poza tym to nie jest taka ciemność, jaką mieliśmy u nas w piwnicy.
— Aha, więc jak byłeś mały, mieli specjalną odmianę ciemności, co? Dzisiaj już takiej nie robią?
Ironia nie odniosła skutku.
— Nie — odparł spokojnie Kocie Oko. — W naszej piwnicy była inna.