Выбрать главу

– I kto cię uczył, żeby się tak zatrzymywać? – burknęłam, pocierając obity bok, jednocześnie ciesząc się z faktu, że dobrze zrozumiała i wykonała moją ostatnią komendę. – Daj już spokój z tymi sztuczkami z cyrku rodem! Przecież możesz najpierw lekko zwolnić, potem zwolnić jeszcze trochę, potem przejść w stępa, a dopiero potem stanąć. Mam już dość spadania z ciebie!

Sądząc z chytrego wyrazu pyska, kobyła nie tylko nie miała tego dosyć, ale i czerpała z całej sytuacji niemałą przyjemność. No ale skoro i tak znalazłam się na ziemi, można było zrobić przerwę, tym bardziej że z pustelni dobiegał smakowity zapach skwarek, a Kuźma właśnie rozstawiał talerze dookoła plecionej podstawki pod patelnię.

Z apetytem pożerając smażoną kiełbasę, rozpytałam zielarza o okoliczne miejscowości i polne drogi. Starmin i Ostępy leżały u podstawy trójkąta, który swoim ostrym kątem sięgał w kierunku Dogewy. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać do Starminu, a na mojej mapie pokazano wyłącznie uczęszczane trakty. A raczej nie pokazano – pomiędzy Ostępami i Dogewą zieleniał „las głuhy, wszelakich stforuf pełny”. Prócz „stforuf” w dziczy tuliły się samotne wioski, które zielarz z pamięci połączył przerywaną linią.

Kobyła kręciła się po okolicy, próbując na ząb wszystkiego, co się przytrafiło: czubków pokrzywy, dębowej kory, kolorowych kwiatków z pędu dyni na grządce i ogona Tyśki – szczęśliwie na czas usuniętego z zasięgu zębów. Nawet wyraźnie niesmacznych przedmiotów nie wypluwała, tylko starannie przeżuwała i połykała. Pewnie po to, żeby następnym razem się nie pomylić.

Zielarz poszeptał nad otwartą dłonią i zaproponował kobyle bursztynowy kawałek klonowego cukru. Na iluzję się obraziła: po kociemu skrzywiła pysk, odwrócili się do ofiarodawcy ogonem i sobie poszła. Mag w zamyśleniu wrzucił cukier do swojego kubka, gdzie kawałek rozpuścił się dokładnie tak samo jak prawdziwy i na pewno nadał herbacie właściwy smak.

– Lubię słodycze – z uśmiechem wyjaśnił zielarz. – Ale gdzie ja tu w tej głuszy znajdę cukier? A poza tym on drogi, więc się ratuję iluzjami. Ale pani kobyły nie oszukałem. Wydaje mi się, że przed laską też się nie tak bez kozery cofała.

– Myśli pan, że dostrzegła jej magiczną aurę?

– Możliwe. Niektóre zwierzęta, na przykład myszy, czują magię, nie rozumiejąc jej istoty. Psy widzą przez zaklęcie prawdziwe oblicze, poznając swoich zaczarowanych państwa i szczekając na zmiennokształtnych, koty potrafią niszczyć zaklęcia samą swoją obecnością.

– A konie?

Zielarz przyznał, że jeśli idzie o konie, nigdy nie słyszał nic podobnego.

– Ale – dodał – akurat tę klaczkę trudno nazwać koniem. Jeżeli się nie mylę, jest córką czarnego rumaka władcy Dogewy?

– Tak, Wolta.

Dwa lata temu porzuciliśmy konie w sąsiedniej wiosce po przypadkowym teleporcie na parędziesiąt wiorst.

Miejscowi błyskawicznie zaprzęgli do pracy bezpańskiego siwka, ale Wolt uznał, że nie ma zamiaru ciągać za sobą pługa w celu polepszenia bytu okolicznych chłopów, i po dwóch tygodniach zjawił się w Dogewie – chudy, zdziczały i niemożebnie wręcz obrażony na swojego pana zdrajcę, jednak niedopuszczający do siebie nikogo innego. Potem Len opowiadał, że musiał przez bity miesiąc podlizywać się rumakowi, zanim ten się nieco zmiłował i przestał udawać posłuszne i tępe zwierzę.

Po Stokrotce kobyła odziedziczyła wąską białą strzałkę wzdłuż pyska i bezczelne, chytre spojrzenie. Nie robiłam sobie również wielkich nadziei, jeśli idzie o charakter.

– A jak pani noga?

– Która? – nie zrozumiałam. – A, drobiazg, od rana mnie nie bolała, to zapomniałam.

– A nie zaczarowała jej pani?

– Po co? Na miejscu nastawiłam. Przecież nie pierwszy raz skręcam.

Zielarz spochmurniał – prawdopodobnie chciał wypróbować na mnie jakiś szczególnie paskudny specyfik.

– No cóż – powiedział z niezrozumiałym smutkiem w głosie. – Miejmy nadzieję, że zyskała pani więcej, niż może stracić.

– Próbuje mnie pan wpasować w jakieś groźne starożytne proroctwo czy to po prostu takie ojcowskie ostrzeżenie?

– Nic, nic, to tylko gderanie staruszka – uśmiechnął się mag, wstając od stołu.

W końcu podziękowałam gospodarzom za gościnę, obiecałam ponownie skorzystać z niej w dowolnym dogodnym dla mnie czasie i po kilku próbach wspięłam się na kobyłę. Kuźma przytroczył moje sakwy i długo machał na pożegnanie, a Tyśka odprowadziła mnie do polany Ostępów, która płynnie przechodziła w polanę bezimiennego lasu. Tam zatrzymała się, miauknęła za mną i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oraz dumnie uniesionym ogonem ruszyła z powrotem.

* * *

Las wydawał się głuchy tylko kartografom. W rzeczywistości przecinała go ogromna liczba ścieżek, zarówno wąziutkich, jak i z dwiema koleinami. Raz na czas jakiś wpadała mi w oko leżąca w słońcu skoszona trawa, gdzieniegdzie ciemniały krowie placki. Parę razy, wyjeżdżając na polankę, zauważałam dymek nad czubkami świerków i słyszałam dalekie meczenie owiec i szczekanie psów. Dokładnie tak, jak opowiadał zielarz, ludzie zamieszkiwali las w niewielkich grupkach, ale gęsto – pełen był strażnic i domków myśliwskich. Zresztą jak na razie nie wpadłam na żaden z nich, omijając wszystkie szerokim łukiem.

Kobyła nie to, żeby nie słuchała uzdy – raczej nie dawała powodu, by z niej skorzystać, nie skręcała ze ścieżki i cały czas poruszała się miarowym kłusem. Obie byłyśmy całkiem zadowolone z tego faktu. Słońce już na dobre stało w zenicie, gdy ona po raz pierwszy zatrzymała się i cofnęła, zdziwiona raczej niż przestraszona. Ścieżkę właśnie przekraczał olbrzymi zając. Nawet nie przekraczał, tylko kicał po niej, wyglądając tak majestatycznie, że napotkane wilki powinny zacząć rozmowę z nim od skłonu do ziemi. Gwizdnęłam w palce, ale zając tylko postawił uszy, ani myśląc przyśpieszyć.

– Ech, ja tobym chciała kuszę – powiedziałam ze smutkiem. – Ale nie sezon. Wszędzie gołe polany.

Zając odwrócił się, uważnie ocenił moją podniszczoną kurtkę i z pogardą zmarszczył nos.

– Leszy by go wziął – rzuciłam, kiedy długouchy zniknął w krzakach. – Już nawet zające się ze mnie śmieją! Trzeba koniecznie zarobić na sensowne ubranie i siodło. No chodź, kochana, tu jakoś niedaleko powinna być wioska.

Niebawem ścieżka przeszła w udeptaną, a potem już wyraźnie pełną wybojów drogę, zniszczoną przez koła wozów. Koleiny wypełnione były deszczową wodą, która zebrała się nad warstwą brudu. Na obrzeżach rozlewała się ona nieskończoną kałużą, po której ni to chodziły, ni to pływały tłuste gęsi. Wioska nazywała się odpowiednio do wyglądu – Gnilec. Dziesiątka zniszczonych domków pod dachami ze słomy, rzadkie krzywe badyle, które miały wyobrażać sobą płoty, oraz wspólna studnia na samym środku traktu. Na najbliższym podwórku jakiś chudy mężczyzna powoli i smętnie rąbał drewno. Granatowy nos rąbiącego świadczył o jego gorącej miłości do napojów wyskokowych domowej produkcji, a częste chybianie – o jej porannych skutkach. Z okna krzywej chatki co jakiś czas wyglądała solidna babina, której kwaśny wyraz twarzy na krótką chwilę dodawał chłopu animuszu do pracy.