Im mniejsza wioska, tym bardziej ciekawscy są jej mieszkańcy. Gdybym tylko przejechała obok ich domostw, mało kto by mnie zapamiętał.
Przy studni zeskoczyłam z konia, pokręciłam skrzypiącym kołem i wypełniłam flaszkę wodą, dostarczając miejscowym kumom tematów na co najmniej miesiąc plotek. Chłop odłożył topór, a baba wychyliła się przez okno do pasa.
– A niczego sobie kobyłkę panna ma! Patrzaj, jaka smołka – rozległy się szepty za moimi plecami.
– Hm, a co, może być i Smołka – zgodziłam się półgłosem. – Nie masz nic przeciwko?
Świeżo nazwana kobyła nie zgłaszała zastrzeżeń.
Do studni nonszalanckim krokiem podszedł widziany już przeze mnie mężczyzna. Nieuczesany i nieogolony, ze zgrabnie udekorowanym nosidłem na ramionach wyglądał dziko, ale widać nie wpadł na lepszy pretekst do zawarcia znajomości.
– A pani to pewnie by chciała i kobyłkę napoić? To ja naleję do kłody, niechaj sobie pije.
– Będę panu bardzo wdzięczna. – Uśmiechnęłam się. Chłop entuzjastycznie zakręcił kołem. Poderwane z impetem wiadro z rozmachem stuknęło o wałek, zerwało się z łańcucha i smutno plumknęło w głębię studni.
– Zaraz przyniosę haka, wyłowimy – zrezygnowanym głosem obiecał mi chłop, podziwiając kręgi na dalekiej i ciemnej tafli wody.
– Szkoda zachodu. – Przechyliłam się przez krawędź i gestem przywołałam wiadro do siebie, po czym złapałam za usłużnie podstawioną mokrą rączkę. Chłop, zebrane już przy studni kobieciny, a nawet najbliższe krzaki zachłysnęły się ze zdziwieniem. Z niezmąconym spokojem przechyliłam wiadro nad kłodą i postawiłam na cembrowinie.
– A pani to kto będzie? – ostrożnie zapytał chłop.
– Mag praktyk.
– Że hę?
– Czaruję za pieniądze – wyjaśniłam cierpliwie.
– A! – do rozmówcy dotarło. – Znaczy się wiedźma? Wzruszyłam ramionami. Może być i wiedźma. Powoli się człowiek zaczyna przyzwyczajać.
– Nie znalazłaby się dla mnie jakaś praca? Chłop przez chwilę poważnie zastanawiał się nad propozycją.
– No, u nas tu niby bez czarów wszystko dobrze. Deszczu mamy dość, rzepa sama rośnie, kury się niosą, na tamten świat nikt się nie wybiera, a ci, co już odeszli, to nie wracają.
– Podejrzanie sielankowa okolica – zażartowałam z lekkim rozczarowaniem. – Nawet zające same się do gara pchają, nie chcą koniowi drogi ustąpić.
Tłum ze zgodnym jękiem zrobił krok do tyłu, robiąc znak krzyża. Facet z nosidłem trzy razy splunął przez lewe ramię i natchnionym tonem oświadczył:
– Oj, pani wiedźmo, toć się pani znak objawił! Przecież takie zające to się ludziom nie bez powodu ukazują, nawet w zwojach proroczych jest napisane: „A jak napotkasz zwierzę, które przechodzi drogę, bój się i pokajaj, ponieważ ono grzech wielki czuje i smutek”! Znaczy się, że pani teraz koniecznie musi tego zająca przebłagać, bo się pogniewa jeszcze bardziej i naśle co złego, jaką stratę albo chorobę.
Wytrzeszczyłam na niego oczy. „Zwoje prorocze”, podstawa religii belorskiej, znalezione zostały jakieś trzysta lat temu przy ruinach jakiejś świątyni, sądząc ze wszystkich oznak, pomyślanej jako podziemna. Nigdy nie zostały do końca rozszyfrowane, w związku z czym na wszelki wypadek oddawano im cześć, wyczytując pomiędzy wierszami wszelakie proroctwa i wskazówki tyczące się właściwego trybu życia. Konwent Magów uważał rzeczone zwoje za pierwszą próbę usystematyzowania wiedzy o magii – bo nie da się ukryć, że czterech wyznawanych bogów wyraźnie przypominało cztery żywioły, a niektóre modlitwy brzmiały podejrzanie podobnie do zaklęć. Ale prosty lud docenił znacznie bardziej zrozumiały koncept z bogami, którzy na dokładkę opiekowali się wszystkimi chętnymi i nie przejmowali magicznym darem, zatem w niedługim czasie, jeśli idzie o wpływy, świątynie dorównywały już Konwentowi. Zwykle obie dostojne instytucje współpracowały, uzupełniając się nawzajem. Mawiano też, że obecny archipatron wcale nie czaruje gorzej niż najwyższy arcymag, ale obstaje, że jest to dar boży. Całą resztę „obdarowanych” kapłani oskarżali o wszystko, co najgorsze, i przy każdej okazji próbowali sprowadzić na właściwą drogę, czyli przeciągnąć konkurencję na swoją stronę.
– I jak niby powinnam pocieszać tego wielce zasmuconego zająca? – zapytałam ostrożnie.
– A my tu, znaczy się, mamy pieniek na polance. Jak się na nim położy odrobinę chleba, tak z pół bochenka, albo z pięć jajek, to się zając pocieszy i przebiegnie drogę z powrotem. Tak to się ratujemy.
– I często on tak biega? – spytałam.
– Ciężkie nasze grzechy… – niezbyt konkretnie westchnął chłop. Pozostali mieszkańcy wsi zaczęli jeden przez drugiego rozpisywać mi psoty paskudnego szaraka, którego ciężka łapa bezlitośnie karała grzeszników, zabierając krowom mleko i nasyłając pryszcze oraz świerzb. Nawet przyjezdny kupiec nie uniknął kary – jego konie nieoczekiwanie poniosły, rozrzucając pełny wóz dobra po kałużach wzdłuż drogi.
Sprawę świerzbu potraktowałam wyjątkowo sceptycznie, a wozu nie miałam, dokładnie tak samo jak i powodów przebłagiwania całkiem nieznajomego zająca, marnując na niego produkty spożywcze. Podziękowałam więc za informację i pożegnałam się uprzejmie, po czym z trudem wdrapałam się na kobyłę. Ale i tak nie udało mi się po prostu odjechać – na wyjeździe z sioła przyczepiła się do mnie zmurszała starowinka w czarnej chuście i ze łzami w oczach zaczęła błagać, żebym dogadała się z zającem po dobroci, „żeby mnie, takiej młodej i pięknej, nie trzeba było grzebać na koszt wsi”. Nawet próbowała wręczyć mi pięć sztuk ofiarnych jajek, prawdopodobnie zakładając, że tak wyjdzie taniej. Ale w tym miejscu moja cierpliwość się skończyła i punkt po punkcie wyjaśniłam babinie, że nie wierzę ani w bogów, ani w zające, a jeśli w kwestii tych pierwszych mogę jeszcze zmienić zdanie po jakimś robiącym szczególne wrażenie znaku, o tyle w kwestii tych drugich nie ma na to najmniejszej szansy. Nawet jeśli dostanę jajka gratis. I z wściekłością uderzyłam kobyłę piętami.
Oczywiście zając ani myślał przebiegać drogi za darmo. Jednak pół wiorsty od wsi Smołka gwałtownie się zatrzymała, podejrzliwie oglądając pustą ścieżkę. Zastrzygła uszami i machając ogonem, zastanawiała się przez dłuższą chwilę, po czym zdecydowanym ruchem skręciła w kierunku pobocza, zrobiła niewielki łuk i wyszła na drogę dwadzieścia łokci dalej.
Zaciekawiło mnie to, w związku z czym zlazłam z kobyły, owinęłam sobie wodze dookoła ręki i ruszyłam z powrotem. Smołka niechętnie przestawiała nogi, ale dokładnie na środku miejsca, które jej się z jakichś powodów nie spodobało, zarżała z rozczarowaniem i się uspokoiła. Przykucnęłam, rozgarnęłam kurz i prawie natychmiast natrafiłam na suche źdźbło trawy, które wyrwano z korzeniem i położono czubkiem dokładnie w kierunku wioski.
– Cóż, Smołko, chyba rzeczywiście nie doceniałyśmy zajączka – powiedziałam w zamyśleniu i wstałam. – Wiesz co, wrócimy jednak do sioła i naprawimy ten poważny błąd.
Smołka domyślnie podstawiła mi bok, ja standardowo nie doskoczyłam i z cichymi przekleństwami podprowadziłam kobyłę do najbliższego pieńka.
Od razu za zakrętem trafiłyśmy na wiejskiego pijanicę, ewidentnie męczonego przez ciężkiego kaca. Na mój widok z rozczarowaniem zmiął w ręku pusty worek i ruszył w stronę domostwa, nie chcąc odpowiadać na podchwytliwe pytania: co z mojego dobytku spodobało mu się najbardziej i jaka jest w tym wszystkim rola zająca. Zauważyłam, że cała wieś z zapartym tchem oczekuje na wynik pojedynku „zając kontra wiedźma”, ani myśląc wracać do swoich codziennych zajęć. Na widok mnie, całej i zdrowej, miejscowi westchnęli ze smutkiem, ale natychmiast odżyli, gdy spytałam, czy ktoś przypadkiem nie ma do sprzedania pół tuzina jajek.