Po uzyskaniu poszukiwanego delikatesu z pompą złożyłam go na pieńku koło polanki, z pewną drwiną w głosie przeprosiłam zająca za mój brak wiary i wróciłam do wioski. Odczekałam godzinkę dla pewności, przy okazji kupiłam sobie wypatroszoną kurę na kolację i ponownie wyjechałam poza sioło.
Gdy tylko siedlisko zniknęło za drzewami, z krzaków wychynął poranny zając – drugiego tak bezczelnego i wielgachnego nie było chyba na tym świecie. Z szacunkiem wstrzymałam kobyłę. Długouchy szantażysta powoli, jakby robiąc mi łaskę, przeciął drogę, obejrzał się za siebie i chyba z trudem powstrzymał się od niegrzecznego gestu w naszym kierunku.
– Smolka… – Mściwie odczekałam chwilę, po czym gwałtownie potrząsnęłam wodzami. – Bierz go!!!
Zając aż przysiadł, ale szybko się opamiętał i dał w długą, wysoko podrzucając zadek z krótkim ogonem. Dookoła ścielił się rzadki lasek z mnóstwem wzgórków, całkowicie niezdatny do jazdy konnej – chyba że koń wychował się na mokradłach i nie przejmuje się, iż może złamać nogę w borsuczej norze. Spod kopyt leciały kępy trawy, a w uszach gwizdał wiatr. Kobyła skakała szeroko i miękko jak kotka, bez trudu omijając drzewa. Doskonale wiedziała, czego się po niej oczekuje, więc ja musiałam tylko trzymać się jej szyi i unikać gałęzi.
Porządnie już przestraszony zając zaczął robić uniki, kicać na lewo i prawo, ale Smołce zabawa się spodobała i z łatwością powtarzała wszystkie jego sztuczki. Zwierzak migał mi to z jednej strony, to z drugiej, bezskutecznie próbując dostać się do przykrytego zwalonymi drzewami parowu. W końcu kobyle udało się trafić go kopytem i zając z impetem potoczył się po trawie, i tam pozostał w pozycji leżącej, zakrywając pyszczek łapkami. Kobyła usłużnie przysiadła, a ja pochyliłam się i podniosłam zająca za ciepłe, sprężyste uszy. Rzucił się ze zrezygnowaniem, ciężko sapiąc ruchomym trójkącikiem nosa.
– O kamień i będzie zupka z dziczyzny – powiedziałam pełnym uczuć tonem. – Przebiegamy wiedźmom drogę? Bawimy się w iluzje? Trawkę – widział rozkładamy na drodze, coby się koniom potem wilki zwidywały? Albo niedźwiedzie?
Zając zadrżał, schudł i zmienił kolor na zielonkawosiwy. Spod wyostrzonego pyszczka błysnęły drobne, iglaste ząbki.
– U was co baba, to wiedźma, a ja się mam niby znać – stwierdził leszy głębokim basem. – Puść te uszy, ja z nimi muszę dalej żyć!
Złagodziłam chwyt. „Zając” zachwiał się i usiadł, nie potrafiąc utrzymać się na nogach.
– Biednemu sierocie pożałowała jajeczek – burknął, obmacując się po dużo już krótszych uszach. – A tak w ogóle to nieświeże były. Takie trzeba liczyć po dwa za jedno!
– Sieroty nie wybrzydzają – odgryzłam się. Imieniem leszego klęli ludzie od Winessy do Wolmenii. Ten element folkloru jakoby wiedział o wszystkim na tym świecie i regularnie podejmował wysłanych do niego gości. Chętnych do odwiedzania leszego z własnej woli za dużo nie było, w związku z czym ci do niego wysłani zwykle obrażali się i sugerowali, by wysyłający poszedł zamiast nich. W rzeczywistości leszy lubili poznęcać się nad zagubionym w lesie człowiekiem, prowadząc go w kółko po dziczy, ale nie gardzili, jeśli wyżej rzeczony zaproponował im poczęstunek z własnej flaszki albo podwiezienie na wozie. Czasami też zmieniali się w przystojnych młodzieńców i uwodzili dziewczęta, czego te ostatnie zwykle nie bardzo żałowały, biegając do lasu pięć razy dziennie. Na te drobne psoty magowie patrzyli przez palce, tym bardziej że leszy lepiej bądź gorzej powstrzymywali pozostałe nieczyste stwory i dbali o las.
– Podziękuj, że moja kobyła nie jest szczególnie strachliwa, bo jakby poniosła albo mnie zrzuciła, tobym nie marnowała czasu na gadanie. Od razu byłby dla mnie kołnierz z sierotki. A swoją drogą, dlaczego sierotki? Masz tu przecież taki las dookoła, że przez tydzień nie objedziesz.
– Ale on nie mój – niechętnie przyznał leszy – i właściciela ma, który mnie nie wpuszcza dalej niż do tej polanki. Tyle dobrego, że w ogóle toleruje, bo mógłby kopem w ogon poczęstować i tyle.
– No to co ci nie pasowało w rodzimym lesie? Tamtejsza ludność poczuła się rozczarowana zającem? – zasugerowałam z wrednym uśmieszkiem.
Leszy prychnął ze złością.
– Gdyby nie potrzeba, to już bym ci się przejmował tuzinem jajek! W tamtym lesie każdy jeden ptak mi daninę płacił, żebym nie trząsł drzew z gniazdami i ganiał wredne koty. Wyrzucili mnie stamtąd, nazłaziło się różnych potworów, samego, strach gadać! prawie zjedli. Musiałem odejść, żeby ich wiedźma wzięła…
– Oj, dzięki ci, łaskawco – parsknęłam, chociaż nie oczekiwałam, że leszy będzie klął własnym imieniem. – Choć nie da się ukryć, jeśli idzie o drapieżne potwory, że ostatnio trudno czysty kawałek ziemi znaleźć, nawet jak człowiek chce tylko splunąć. Z której góry to niby pełznie?
– A ja tam wiem, jak ona się po waszemu nazywa? Góra to góra. Do połowy las, a dalej kamień. Słońce zza niej wschodzi, to czubki aż się palą.
Na południu Belorii było sporo gór. Elgarski grzbiet ciągnął się wzdłuż całego wybrzeża. Ale słońce wschodzi, jak wszystkim wiadomo, na wschodzie, w związku z czym najprawdopodobniej mowa była o Górach Grzebieniowych, na spotkaniu Belorii, Ursinii i Jesionowego Grodu, krainy elfów. Znowu one, ostatni posterunek biegaczy! Oj, coś się tam niedobrego dzieje…
Pogrzebałam w torbie, urwałam kawałek pergaminu i naskrobałam na nim kilka zdań.
– Zaniesiesz ten list do Czarnotrawnych Ostępów, oddasz staremu magowi albo jego uczniowi. Powiesz, że to od Wolhy Rednej. Na ich moczarach akurat zwolniło się miejsce po żywołyku. Ponieważ puste miejsca mają zwyczaj się wypełniać, niechaj lepiej jajka giną. A przy okazji przypilnujesz porządku, jakby coś się niedobrego działo, to zameldujesz zielarzowi.
– Ale ja to nie bardzo spec, jak o mokradła idzie – nieśmiało przyznał leszy, drapiąc się za uchem. – A jeśli mi się nie uda dogadać z mawkami? Przecież mnie śmiechem zabiją, leśnemu pieńkowi na stare lata przywidziała się zmiana zawodu… A poza tym reumatyzm…
– Nic, przystosujesz się. Mawki tam masz skromne, męskiej uwagi im brak, będziesz pierwszy chłop na mokradłach. Szybko cię wyleczą z reumatyzmu.
– Ech, a co ja mam niby do stracenia! – zdecydował się leszy i odważnie machnął łapą. – Dawaj swój papierek, zaniosę. I nie miej pretensji o te jajka, kiedy już się urządzę, to oddam orlimi!
– Zawsze tak mówicie – westchnęłam. – A potem się człowiek nie może nawet żabiej ikry doprosić. Ty mi raczej nazbieraj koszyk żurawin.
– Nawet całą beczkę! – uroczyście obiecał leszy i żywo wyobraziłam sobie tłum nieszczęśliwych mawek, które dostały miesięczny plan zbioru żurawin, ku przerażeniu wszystkich okolicznych bab.
Pożegnaliśmy się. Zając ruszył lasem, na przełaj, a ja pojechałam dalej i po jakimś czasie trafiłam na kolejną wioskę, większą i bogatszą. Mieli tam nawet własną wiedźmę, która potrafiła „krew magicznie powstrzymać, niegodną dziewuchę wydać za mąż czy ducha odgonić”. Nie przejawiała najmniejszej ochoty podzielić się doświadczeniem, jeśli idzie o dziewuchy, i nawet nie wpuściła mnie do domku, skrzekliwie klnąc zza drzwi. Sądząc z naiwności gróźb, miała naprawdę bardzo mgliste pojęcie o prawdziwej magii i obawiała się, że przy spotkaniu ze mną to wypłynie.
Jakaś tam robota się jednak znalazła – uleczyć krowę z mastitisu. Właścicielka nie do końca dowierzała obcej wiedźmie, więc stała w drzwiach obory, bujając dwójkę owiniętych w pieluchy niemowlaków, które darły się po kolei, nie cichnąc na moment. Nerwowe i bezskuteczne „śpij, maleństwo, śpij” raz na czas jakiś nabrzmiewało złowieszczymi tonami, które przerażały nawet mnie. Krowa bała się i kopała, nie pozwalając mi dotknąć bolącego wymiona, a w podziękowaniu tak walnęła mnie ogonem po oczach, że ryknęliśmy wszyscy czworo: ja, dzieciaki i krasula, która w trybie natychmiastowym na własnym krzyżu przekonała się o moich gorących uczuciach do niej.