Выбрать главу

Koniec końców musiałam zanocować w lesie: nie znalazłam następnej na mapie wsi, a na powrót było za daleko i za późno. Rozpaliłam ognisko i przez ostatek wieczora do pierwszych gwiazd gotowałam kurę. Na oko, ptak grzebał w ziemi długo przed moimi narodzinami. Musiałam zadowolić się bulionem. Ugotowana kura zmieniła się w żółty kościsty monolit, który nie dawał się ani rozerwać, ani naciąć w stawach przy użyciu noża. Obdarowana Smółka żuła ją przez bitą godzinę jak dziecko cukierka ciągutkę.

Noc była ciepła i gwiaździsta. Pachniało mchem i igłami, a nad moją głową na tle granatowego nieba z bzyczeniem przelatywały wypasione rude bąki.

Zasypiając, pomyślałam sobie, że wolny przydział ma jednak swoje niewątpliwe zalety.

Rozdział ósmy

W ciągu trzech kolejnych dni udało mi się natrafić na jeszcze cztery wioski. Co prawda tego, co zarobiłam, nadal nie wystarczało na kurtkę, ale po kieszeniach brzęczały drobniaki, więc śmierć głodowa mnie i Smołce nie groziła.

Widziałam coraz więcej jasnych stron pracy wiedźmy. Pochlebiały mi nieudawany szacunek w oczach chłopów i zachwyt dzieci. Śmieszyły nieco strachliwe szepty za plecami, które przekonywały innych, że potrafię wszystko i jeszcze trochę. Nikt nawet nie myślał, żeby spróbować mnie obrabować, gdy spokojnie spałam sobie tuż przy drodze. Licząca z pół tuzina rozbójników leśna banda cierpliwie poczekała, aż się obudzę, po czym z wielkim szacunkiem poprosiła o uleczenie ich szefa z bardzo popularnej choroby zawodowej – strzały w tyłku. Za jej wyciągnięcie bezczelnie zażądałam pięciu kładni, obiecując zniżki przy ponownych i hurtowych wizytach.

Na szeroki trakt wyjechałam w okolicy Kamieńca i minęłam północną bramę miasta wczesnym popołudniem. W mieście, na wyłożonej kamieniem ulicy, nieco poniewczasie skojarzyłam, że moja kobyłka nie jest podkuta. Smołka natomiast wydawała się owym faktem w ogóle nie przejmować i po prostu tuptała sobie po kamieniach, głucho i pewnie. Przekonałam kobyłkę, by podniosła nogę, obejrzałam kopyto i najpierw się przestraszyłam – rogową podeszwę przecinały dwa głębokie pęknięcia. Ale w tym momencie Smołka niecierpliwie poruszyła pęciną i kopyto rozłożyło się na trzy długie, haczykowate pazury, którymi nieprzyjaźnie strzeliła mi przed nosem. Temat podków niniejszym uznany został za niebyły. Przypomniałam sobie, jak Wolt w tajemniczy sposób przenikał z boksu do boksu… Teraz wiedziałam, że nic w tym tajemniczego, przecież on bez większych trudności wspiąłby się nawet na dach, gdyby tam na niego czekała czarująca biała pięknotka.

Znalazłam najbardziej okazały budynek w okolicy i pewnym krokiem minęłam straż, w ruchu wykręcając kołnierz, pod którym błysnął znak cechowy magów praktyków – stalowa blaszka w kształcie tarczy z wybitym mieczem, skierowanym ostrzem do góry. W połowie klingi znajdował się ośmiopromienny pulsar, który płonął w słońcu, a fosforyzował w cieniu.

Nie pomyliłam się, budynek należał do miejskiej administracji. Na marmurowej podłodze leżały wytarte dywany, przy zamkniętych drzwiach przestępowali z nogi na nogę petenci o pozbawionych krzty nadziei twarzach, którzy z braku lepszego zajęcia po raz kolejny czytali swoje skargi i donosy. Szarych ludzi nikt tu nie wpuszczał, w kolejce sterczeli dziesiętnicy straży miejskiej, kupcy i szefowie gildii rzemieślniczych. Piętra pilnowano jeszcze lepiej, w związku z czym musiałam przedstawić się, podać cel wizyty i chwilę poczekać, aż zostanę przyjęta.

Miejski mag mi się nie spodobał. Kamieniec zresztą miał problem z dyplomowanymi specjalistami, bliskość Dogewy znacząco ograniczała liczbę ochotników. Zmieniali się co dwa lata, z okazji końca stażu. Poprzedni został zagryziony – co prawda nie przez wampira, a przez kolegę maga, ale bynajmniej nie przydało to stanowisku popularności.

Obecny mag nie wyglądał, jakby był świeżo po studiach, chyba że na każdym roku spędzał trzy lata. Najpewniej zdążył zmienić kilka miejsc pracy, nie odniósł żadnych znaczących sukcesów i zdecydował, że woli być wielką rybą w małym oczku, nawet gdyby miało ono być niezbyt czyste.

Z koleżanką po fachu rozmawiał wyjątkowo uprzejmie, choć bez najmniejszego ciepła w głosie. Co ty, dziewczynko, możesz takiego wiedzieć, o czym ja sam bym nie wiedział? – czytałam w jego oczach. Ja też nie uznałam go za godnego sympatii – jasnooki, niewyraźny, w niedającym się określić wieku, z pozbawionymi połysku rzadkimi włosami koloru zakurzonej myszy. Bezcenne znalezisko dla królewskich tajnych służb, dla których najpewniej i tak pracował.

Krótko poinformowałam go o podejrzanym zwiększeniu pogłowia stworów w okolicach Gór Grzebieniowych i zaproponowałam, by skontaktował się z Konwentem Magów, ale zostałam wysłuchana ze znudzonym wyrazem twarzy.

– Spóźniła się pani, Konwent jest dawno poinformowany. Dwa miesiące temu w jednej z górskich jaskiń znaleziono i bezmyślnie aktywowano wiedźmi krąg. Niestety, młody, niedoświadczony mag – ledwo powstrzymał się, żeby nie dodać: „Taki jak pani” – zapłacił śmiercią za swoją ciekawość, a kilka potworów wyrwało się na wolność. Nie będę udawał, stwarzają pewne zagrożenie dla miejscowej ludności i składam pani szczere podziękowania za likwidację biegacza, ale mimo to nie widzę powodu do niepokoju. Krąg został rozebrany, a jeden czy dwa tuziny potworów nie wpłyną znacząco na lokalną ekologię.

Mag wstał i oficjalnie uścisnął moją dłoń, jednak nie usiadł z powrotem, dając mi do zrozumienia, że czas się pożegnać.

– Miło mi było pana poznać – mruknęłam z wysiłkiem.

Ciekawe, czy nazwałby wpływ biegacza „nieznaczącym”, gdyby ten pojawił się nagle za jego krzesłem? No dobra, informacją się podzieliłam, zatem mam sprawę z głowy.

* * *

Na korytarzu złapał mnie naczelnik miasta, gruby, jowialny, z nastrojem już poprawionym przy pomocy buteleczki wina albo i dwóch. Poskarżył się na zabieganie miejskiego maga, po czym podrzucił mi niewielką chałturkę – średnio wypasioną strzygę, która zagnieździła się na gruzach starego więzienia. Dogadałam się z naczelnikiem w sprawie honorarium, skierowałam kobyłę w stronę gospody, po czym wypytałam miejscowych i udałam się odwiedzić moją przyszłą ofiarę.

Więzienie było zniszczone dużo bardziej, niż mi to opisano. Na dokładkę osiadło – prawdopodobnie z racji tego, że jego lokatorzy mieli w zwyczaju tworzenie podkopów. Jeszcze trzy lata temu trzymano w tym budynku rozbójników i morderców, których skazano na dożywocie, więc czasu mieli pod dostatkiem. Przez jakiś czas strzyga żywiła się skazanymi, ale potem wpadła na to, że strażnicy mają mięso znacznie delikatniejsze, więc skończyło się przeniesieniem instytucji. Strzyga odpowiedziała na te działania akcją protestacyjną, w czasie której poważnie ucierpiał sędzia niezależny, który po nocy wracał z wesela swojej siostrzenicy. Następny w kolejności był burmistrz, poprzednik mojego zleceniodawcy. Mimo nieskończonej wdzięczności, którą ten ostatni żywił w stosunku do potwora, obiecana mi suma była nieco wyższa niż standardowe honorarium maga praktyka.

Przysiadłam na powalonej statui bogini sprawiedliwości, której to szary biust intrygująco wyglądał z gąszczu łopianów i łobody, po czym rozwinęłam zwój z planem. Tak więc strzyga zamieszkiwała piwnicę więzienia, która składała się z korytarza i kilku izb tortur. Prowadziły tam trzy wejścia: z jednego korzystali kaci i strażnicy, z drugiego więźniowie, a trzecim wynoszono ciała – było wyrąbane w ścianie z widokiem na smętny cmentarz porośnięty łubinami. Od pewnego czasu to właśnie trzecie wejście stało się dla strzygi bramą paradną – dwa pierwsze zawalone były cegłami i belkami: jakieś trzy lata temu pewien alchemik samouk spróbował zlikwidować strzygę poprzez zniszczenie więzienia. Wybuch spowodował taki, że mury rozwinęły się jak pąk kwiatu. Strzyga przeczekała całe doświadczenie w piwnicy, a okoliczni chłopi jeszcze przez miesiąc zbierali fragmenty cegieł z pól uprawnych i łatali słomiane dachy, przy tej okazji mamrocząc, co myślą o alchemiku. Teraz do gruzów z żadnej strony nie dawało się podejść. W jednym miejscu musiałam nawet otworzyć niewielki teleport, żeby przedostać się przez zwałowisko ze sterczącymi metalowymi prętami, w które zmieniły się kraty okienne.