Zdecydowałam się nie przeciągać. Jak mawia prosty lud: wcześniej przyjdziesz – wcześniej wyjdziesz. A jeżeli strzyga w dzień sypia, to jest to tylko i wyłącznie jej problem.
Drzwi prowadzące do podziemi były na wpół otwarte i troskliwie podparte cegłą.
Co za gościnna strzyga, pomyślałam, z pewną obawą schodząc po wilgotnych kamiennych stopniach. Dwóch ostatnich brakowało, jak gdyby ktoś je wydłubał i gdzieś wyniósł, nie zostawiając ani kawałka. Zagłuszyłam kroki zaklęciem i zeskoczyłam na zagruzowaną podłogę. Wprost na mnie patrzył pustymi oczodołami szkielet rozpięty w dybach. Na kracie komina, który zachował się w całości, leżały małe i duże szczypce, wyjątkowo paskudnie wyglądające haczyki i pogięty metalowy but. Na ścianie wisiał zakurzony gobelin – grzesznicy w piekle entuzjastycznie liżący rozżarzone patelnie. Przez chwilę podziwiałam fantazje tkacza, po czym obejrzałam izbę, ale nie znalazłam w niej nic ciekawego i na paluszkach wyszłam na korytarz. Mimo zaklęcia kamienne kruszywo chrzęściło pod nogami. Zaklęłam cicho, zatrzymałam się i z braku miotły zdjęłam z pleców miecz w pochwie, osiodłałam go, łapiąc się dłońmi za rękojeść, podskoczyłam i zawisłam w powietrzu (oczywiście można kwitować również bez użycia losowo wybranego sprzętu, ale jest to psychologicznie trudniejsze, a tak człowiek ma przynajmniej jakąś iluzję oparcia).
Z bezdźwięcznym rechotem, tak jak prawdziwa wiedźma powinna, poleciałam wzdłuż korytarza. Czarne dziury otwartych cel migały po prawej i po lewej. Badałam je na odległość, wysyłając impulsy przy pomocy zaciśniętego w garści amuletu. Strzyga się nie pojawiła, za to dojrzałam wyraźny łańcuszek śladów w kurzu, które prowadziły w jednym kierunku od wejścia. O ile mi wiadomo, potwory generalnie nie uznawały butów, ani takich na podeszwie ze wzorem, ani nawet łapci. A tak w ogóle ten wzór coś mi przypominał…
Wzniosłam się pod sufit, obejrzałam sobie ciemny korytarz w szerszej perspektywie i zauważyłam, że na jego końcu coś podąża w moją stronę. Po chwili klient szewca przeszedł pode mną, ostrożnie rozglądając się na boki i kręcąc długim, wąskim mieczem. Opadłam za jego plecami i przez kilkadziesiąt łokci bezdźwięcznie leciałam jego śladem, aż światło z wpółotwartych drzwi pomogło mi rozpoznać czarną, splątaną czuprynę z długą łysą blizną w rejonie potylicy. No dobrze, jeśli on wraca, to strzyga już porzuciła ten świat. W przeciwnym razie wracałaby strzyga. Z westchnieniem ulgi pozwoliłam złowieszczemu wiedźmiemu rechotowi zalać korytarz. Lawina przekleństw, które spadły na mnie w tym momencie, mogła zestrzelić wronę w locie, ale na dyplomowaną wiedźmę nie podziałała.
– Kretynka! – Wal schował miecz do pochwy po nieudanej próbie wpakowania go w mój brzuch. – Prawie mnie mymyrc trafił!
– Nie mów, że to ty jesteś strzygą! Zmieniłeś wizerunek czy jak?
– Czy jak – pochmurnie odburknął troll. – Znalazłaś ją?
– Nie, a ty?
– Też nie. Znalazłem leże, ostatnie drzwi wzdłuż korytarza, kupa szmat, kości i wyleniałego futra. Co za labarr, strzygi nie chodzą po ulicach za dnia!
– Może poszła w odwiedziny i tam została na noc?
– Ghyr ją tam wie. Ciebie, foczka, kto finansuje?
– Burmistrz.
– A mnie kupiec Bobyrkin. Wczoraj jegojną córkę strzyga zeżarła. Słuchaj, ty weź nic nie mów temu swojemu, dobrze?
– Jeszcze czego. Łapa dla ciebie i łapa dla mnie, kasa po fakcie okazania.
– Yhym. A we dwójkę spokojnie przerobimy strzygę na mielone.
– Jest sama?
– Na oko tak. Ale gdzie? Może ty, ghyrowa wiedźmo, ją przestraszyłaś?
– Na początku korytarza nie było.
– Na końcu też. Chodź, będziemy opowiadać kawały, może się bydlę jedno roześmieje.
– Jeśli tu jest.
– Jest. Czuj mi podpowiada.
– Ale mnie nie wyczułeś.
– Tylko że ty się podkradłaś z powietrza!
Jedna i ta sama myśl uderzyła nas równocześnie, zadarliśmy głowy i w tejże chwili strzyga skoczyła. Wal wyćwiczonym ruchem zrobił fikołka w bok, ja pisnęłam i zleciałam z miecza. Strzyga wykręciła się jak kot, lądując na wszystkich czterech łapach tuż przede mną, padający miecz wyjątkowo celnie trafił ją w ciemię. Póki otępiały potwór potrząsał łbem, troll wyciągnął swoją klingę i skoczył mu na plecy, ściskając boki kolanami. Strzyga ryknęła z wściekłością i przesunęła rozdziawioną paszczę w kierunku Wala, po czym zastygła w tej pozycji, skuta moim zaklęciem. Tylko pięć oddechów, ale w naszym zawodzie czasami wystarcza nawet jeden.
Wal przeczekał, aż ustaną konwulsje, i wyciągnął wepchnięty po samą rękojeść miecz, po czym podniósł się i z pogardą splunął na podłogę koło leżącego ścierwa.
– Rychło w czas żeśmy ją zauważyli. O, tam parszywka jedna siedziała. – Troll pchnął mieczem w kierunku sufitu, pod którym w jednej ze ścian widniała solidna nisza. – Weź podleć i zobacz, a nuż tam zostały jakieś młode po niej?
– Nie zostały. – Powoli przekręciłam się na brzuch, namacałam miecz i podniosłam się na kolana. – Ja biorę przednią prawą. Ile ci obiecano?
– Czterdzieści.
– Za taką kasę możesz paskudę wypatroszyć i zwrócić kupcowi resztki córeczki. A przy okazji, skoro już o pieniądzach mowa…
Wal uśmiechnął się krzywo i z poczuciem winy, po czym rozłożył ręce.
– Wybacz, foczko, ale żeśmy się minęli. Zaniósłbym ci te parszywe sto monet tego samego dnia, ale musiałem pilnie wyjechać z miasta.
– Wcale nie takie parszywe! – rzuciłam oburzona. – Dobry koń albo krowa z cielakiem! Oczywiście, jeśli to dla ciebie taki drobiazg, to obstawiam, że nie uznasz za szczególnie duży problem zwrócenie mi starego długu?
– Oczywiście, że parszywe – bezczelnie potwierdził najemnik. – Jakby były przyzwoite, toby mi z nich przynajmniej cokolwiek zostało, a tak mogę ci zaproponować tylko mojego starego wałacha.
– Znaczy się tego, który dożywa swoich ostatnich dni w pierwszym boksie po lewej od drzwi w stajni gospody? A po licha mi on? Warty może z dziesięć kładni, pod warunkiem, że rzeźnik będzie niesamowicie hojny.
– No to mogę ci go nie oddawać – chętnie zgodził się Wal.
– A ja cię samego zaraz zamienię w wałacha, a potem sprzedam do rzeźnika jednego i drugiego! – zagroziłam.
– Zapraszam. – Troll tylko wzruszył ramionami.
Oczywiście nie miałam zamiaru robić niczego podobnego i Wal doskonale o tym wiedział. Pożegnałam się ze swoją połową naszego wspólnego zarobku już półtora roku temu, tym bardziej że Len z nadmiarem zrekompensował mi jej utratę. Zemsta na trollu była wyjątkowo głupim pomysłem, a próba odebrania mu pieniędzy siłą – jeszcze głupszym.