Выбрать главу

– Czyli dam radę go dogonić? – ucieszyłam się.

Smołka parsknęła oburzona. Praca związana z doganianiem spadała na nią, w związku z czym nie rozumiała, dlaczego przypisuję sobie cudze dokonania. Kelli mój pomysł również się nie spodobał. Najwyższa zielarka Dogewy przybrała wyraz twarzy odpowiedni do jej pozycji, czyli majestatyczny aż do bólu zębów, i pańskim tonem stwierdziła:

– Wolho, władca ma w tej chwili ważniejsze sprawy niż ty. Bardzo cię proszę, zostaw go w spokoju.

Najwyższa wiedźma Dogewy z trudem powstrzymała się, by nie wyjaśnić zielarce ze szczegółami, gdzie mieszka leszy i jak bardzo zdążył się za nią stęsknić. Mało czego na tym świecie nie znoszę tak bardzo jak „panów dobrodziejów”, którzy „z najlepszymi zamiarami” pakują się w cudze relacje. Przyjaciele właśnie dlatego są przyjaciółmi, że radzą sobie bez takiej pomocy.

– To niech sam mi o tym powie.

– Już powiedział.

– Jakoś sobie nie przypominam.

– A koniecznie potrzebujesz słów? – Kella nie wytrzymała. – Władca nie chciał widzieć cię na swoim ślubie, w związku z czym ustawił go tak, żeby odbył się tuż po twoim wyjeździe! Kto mógł przypuszczać, że tak szybko wrócisz?

Zapanowała pełna napięcia cisza. Moja szczęka z hukiem walnęła o grunt. Starszy z pretensją zezował w kierunku zielarki. Kella niezręcznie zakasłała i odwróciła się do mnie tyłem, po czym wzruszyła ramionami:

– Wcześniej czy później i tak by się dowiedziała.

– To prawda? – chłodnym tonem spytałam Starszego.

Ten po chwili wahania skinął głową. Jak mi się wydało, niedostatecznie pewnie.

– Tak – powiedziałam cicho. – Ja koniecznie potrzebuję słów. Ponieważ znam Lena lepiej niż wy tu wszyscy razem wzięci, a on zna mnie i nigdy nie upadłby tak nisko, żeby bawić się w „ustawki”.

Czyli coś w tym wszystkim śmierdzi, dodałam w myślach, ledwie co skinąwszy wampirom na pożegnanie.

O dogonieniu Lena przed zmrokiem nie chciałam nawet myśleć. Smołka w dosyć widoczny sposób nie rozróżniała nocy i dnia, ale ja byłam zmęczona, a poza tym głodna. Nie sądziłam, by posłowie w towarzystwie władcy zamierzali gonić na złamanie karku, nie mówiąc już o tym, że dosiadali zupełnie normalnych koni. Czyli najpewniej też zrobią postój na noc. Miałam do siebie całą masę pretensji o to nadkładanie drogi przez Ostępy. Przecież czuło moje serce, że coś jest nie tak, nie bez powodu nie miałam ochoty jechać do Starminu. Gdyby nie ten przeklęty egzamin, to za nic bym nie pojechała, nawet gdyby Len własnoręcznie wypychał mnie przez granicę. Kretynko, trzeba było po egzaminie jechać wprost do Dogewy, nie marnotrawiąc czasu na moczarach czy przy przypadkowych okazjach do zarobku. Z drugiej strony, gdybym nie marnotrawiła, nie miałabym konia, beczki żurawin i utrupionego żywołyka na liście zasług. Więc może to i lepiej, że zamarudziłam. Len i tak by mnie ze sobą nie zabrał, a na dokładkę jeszcze pewnie kazałby sobie obiecać, że nie pojadę za nim. A tak „przypadkiem” go dogonię i dołączę do świty pana młodego. Przecież nie będzie się ze mną kłócił przy posłach! Kryna jak zwykle powitała mnie bardzo ciepło. Jej przyjaciel taktownie oddalił się, żeby załatwić jakieś nagle wynikłe sprawy, pozostawiając nas przy garncu zsiadłego mleka i świeżych drożdżówkach.

– Kryna, niech mi pani opowie o ślubie – poprosiłam wprost. Dobra wampirzyca ze zrozumieniem pokiwała głową i napełniła mój kubek.

– O ile wiem, to póki co żadnego ślubu tam nie ma – zaczęła ostrożnie. – Raczej chodzi o oględziny. Ale ponieważ nie są to pierwsze oględziny i zdaniem Lena nie bardzo jest co oglądać, to trudno traktować sprawę poważnie.

– Więc po co tam pojechał? Kryna wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia. Oczywiście Kella ma nadzieję na uczucie jak piorun z jasnego nieba, ale na ile znam Lena, w tej sytuacji nawet lubczyk nie pomoże. Jest bardzo podobny do ojca, a ten pokochał od pierwszego wejrzenia i na całe życie. A poza tym ta niedawna afera raczej nie sprzyjała ociepleniu stosunków.

W tym momencie poczułam w końcu smak drożdżówki, trzeciej z kolei. Wcale niezgorszej. Trzeba będzie wyjechać z pierwszymi promieniami słońca. Miałam rację, działo się coś niedobrego i bez wątpienia poważnego, skoro Len nawet nie wspomniał. Gdyby go nagle trafiło i miał zamiar się żenić, to ja dowiedziałabym się jako pierwsza – tak ogromne szydło wcześniej czy później z worka wyjdzie. A władca dosyć stanowczo próbował rozwiązać problem pod moją nieobecność, nie dając mi znać przed wyjazdem.

– A co za afera? Kryna zachichotała:

– Bardzo ciekawa historia. Akurat z gatunku tych, które opowiada się szeptem podczas wieczornych spotkań przy drożdżówkach. Może i nadszarpnęła Lenowi autorytet, lecz komu innemu również nadpsuła reputację. Trzy lata temu władca pojechał do Arlissu, jakoby pozalecać się do przyszłej narzeczonej, ale po drodze ktoś go porwał.

– Porwał? Lena?! A on to niby komu potrzebny? – wyrwało mi się.

– Ano porwał i zażądał okupu – kontynuowała nieporuszona Kryna. – Od Arlissu. Worek złota, na wagę władcy.

– Jakieś bzdury – mruknęłam. – Zapłacili?

– I tu jest cały wic. Zaczęli długie rozmowy z porywaczami, prosili o zjechanie z ceny, podając jako powód brak pieniędzy w skarbcu i nieurodzaj rzepy. Jakiś troll najemnik robił za pośrednika w rozmowach, roznosząc liściki i skutecznie umykając przed próbami śledzenia. Złodzieje rzucali wielkimi słowami, grozili, że zwrócą narzeczonego w kawałkach, przesyłali kawałki płaszcza jako dowody, jednak powoli spuszczali z tonu i oto po dwóch tygodniach od porwania przy krzywej sośnie na wzgórzu odbyło się uroczyste przekazanie czterech złotych monet.

– A Lena puścili?

– A coś ty. Sam przyszedł po okup. I przy wszystkich świadkach ogłosił, że tak tani narzeczony nie uważa się za godnego drogocennej władczyni Arlissu, bo sam pośrednik kosztował go czterdzieści kładni, nie licząc pociętego płaszcza i strat moralnych związanych z tym, jak przeceniono jego życie. Wyszła z tego straszna afera, panna młoda nie mogła sobie miejsca znaleźć z wściekłości, Kella nie odzywała się do Lena przez trzy miesiące, on sam chował się przed Starszymi po krzakach, a obie doliny turlały się ze śmiechu.

– No to dlaczego nie zerwali narzeczeństwa, skoro się tak serdecznie nie cierpią? – Z żalem spojrzałam na wpół pusty półmisek. Całe drożdżówki już się we mnie nie mieściły, a wydłubywanie z nich dobrze podpieczonego nadzienia z białego sera nie byłoby zbyt eleganckie.

– Oj, dziecko, jasnowłosych zostało tak mało, że nikt ich nawet nie pyta, czy się sobie nawzajem podobają, czy nie. Zamiast miłości jest polityka. Kiedyś Len się z tym pogodzi.

– Jeśli o mnie chodzi, wolę umrzeć jako stara panna.

– Tobie to nie grozi – roześmiała się Kryna. – Z roku na rok stajesz się, dziecko, coraz piękniejsza. Strach pomyśleć, jakie szczęście będzie miał twój wybranek za te dwa – trzy lata.

– Nie mam zamiaru nikogo wybierać – burknęłam. – Ostatnia rzecz, której mi trzeba, to codzienne gotowanie i rodzenie dzieciaków rok po roku! Nie po to zmarnowałam dziesięć lat na nauce, żeby spędzić całą resztę inaczej, niż tego chcę.

– Wydaje ci się, że będziesz miała jakiś wybór? Ani ty, ani twój mężczyzna. To los się tym zajmie – poważnym i smutnym tonem powiedziała wampirzyca i z jakiegoś powodu straciłam ochotę do żartów. Zamiast tego zadałam pytanie, które od bardzo dawna mnie nurtowało i do zadania którego jakoś nigdy nie było okazji:

– Kryno, a co się stało z pani wilkiem?

– Poszedł sobie – odparła z tym samym smutkiem. – Przekonał się, że przekazał mnie w dobre łapy, i odszedł. Wcześniej czy później to powinno było nastąpić. Życie trwa dalej i nawet takie staruchy jak ja czasami mają ochotę, by mieć z niego jakąś przyjemność… I nawet rozumiem to, głową, ale i tak czuję się, jakbym zdradziła. I została zdradzona. Pamiętaj, dziecko, jak piękne by nie były wspomnienia, nie wolno żyć tylko nimi. Po prostu to zapamiętaj. A życie ci kiedyś wyjaśni, o co chodzi.