Выбрать главу

I w tym momencie ostatecznie się przekonałam, że w Dogewie zwariowali wszyscy. Nawet wilki.

* * *

Długo nie mogłam usnąć, przewracając się z boku na bok i nagradzając Lena wszystkimi epitetami, jakie tylko przychodziły mi na myśl. Psiakrew, wymyślił sobie kolejną Wielką Osobistą Tajemnicę Władcy… Jak gdyby najwyższa wiedźma Dogewy nie mogła pomóc mu raz na zawsze pozbyć się tej politycznej narzeczonej! I to z największą przyjemnością!

Choć z drugiej strony… Może Len wcale nie przysyłał żadnego zamówienia? Zażartował, oszukał, zmuszając mnie w ten sposób do nauki historii magii. A sam odwrotnie, ugadał się z mistrzem, żeby ten znalazł mi jakąś niezbyt męczącą robotę, cobym nie plątała się pod nogami. A pomiędzy nim i władczynią Arlissu kwitnie szczera, gorąca miłość… i niedługo planowany jest też malutki Lenek.

Gwałtownym ruchem przekręciłam się na brzuch i z głuchym jękiem nakryłam głowę poduszką. Najwyższa wiedźma, tak, już, zaraz! Naiwna idiotka. I po co mi była ta cała Dogewa… Przecież to oczywiste, że nikomu tu nie jestem potrzebna, nikt na mnie nie czeka, wykorzystali mnie i porzucili dla jakiejś… Stop. Ja chyba jestem zazdrosna… O siedemdziesięciosiedmioletniego wampira, bliskiego przyjaciela i niedościgłego władcę Dogewy, pewnego siebie, przystojnego blondyna, który równie swobodnie czyta cudze myśli, jak ukrywa własne. Ja?!

Tak!

Uuuuuu…

Łóżko zaskrzypiało z pretensją. Teraz na poduszce leżały moje nogi, lecz zmiana pozycji nie rozwiązała cierpień moralnych: obiegły łóżko i zaatakowały mnie z podwójną mocą.

Chwila moment, tak dalej nie można! No dobra, Len mi się podoba. Ale on się wszystkim podoba! Wampirze czary najwyższej klasy, najlepszy lubczyk im do pięt nie sięga. I tylko chłodny, trzeźwy rozum doświadczonej wiedźmy może słusznie ocenić sytuację… A kiedy on zdążył się zagrzać i upić?! Nie można być zazdrosnym o przyjaciół, to nieładnie. Nawet jeśli przyjacielem jest mężczyzna. Nawet jeśli jest to idealny, najlepszy na świecie męż… Tfu! Żeby go szlag trafił! Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?! A niech tę całą Dogewę leszy weźmie, pójdę pracować bez przydziału, będę praktykować na drogach, nigdzie się długo nie zatrzymując, wolna jak wiatr, nieuwiązana ani uczuciami, ani konwenansami – tylko uciekającą za horyzont drogą…

Ale jak on mógł! Dogonię i zamorduję…

Nie wytrzymałam, na paluszkach przekradłam się do stojącej w rogu sakwy, pogrzebałam w głucho brzęczących flakonach i wyciągnęłam jeden, spod którego korka dolatywał ostry zapach waleriany. Zacisnęłam powieki, upiłam szczodry łyk i wytrzeszczyłam oczy: piąty wyciąg, nie mniej. Jak tak dalej pójdzie, to ja alkoholiczką zostanę! Zresztą w tej chwili najważniejsze to zasnąć, a rano wszystko się jakoś ułoży.

Specyfik okazał się skuteczny. Nawet nadto.

…po tamtej stronie też są ścieżki – czarne i grząskie, które prowadzą w jedną stronę i rozpływają się za plecami. Na ich brzegach chwieją się cienie drzew bez liści, poprzez mrok ślizgają się nietoperze, wynurzające się z wiecznej mgły, w której bezgłośnie płaczą zagubione dusze.

„Zamknij krąg, dziecko”.

I idziesz do przodu, jak gdyby rozciągając sztywną sprężynę, kiedy każdy krok jest trudniejszy od poprzedniego. Najpierw biegniesz, potem ledwie przestawiasz stopy, wściekle, z uporem, a kiedy ból w kolanach staje się niemożliwy do wytrzymania, padasz i krzyczysz z bezsilnej rozpaczy, niezdolna się nawet poruszyć.

Ponieważ to nie jest twoja ścieżka. A ta jedna jedyna, która bez przeszkód chadza po niej w obie strony, już dąży na spotkanie, a za jej plecami rozlewa się mrok…

Na mój przeraźliwy krzyk przybiegli wszyscy domownicy i ku mojej wielkiej satysfakcji w końcu zdołali mnie obudzić. Jak się okazało, siedziałam na podłodze przy łóżku, przygarbiona, przyciskając ręce do piersi, chociaż tak naprawdę bolała mnie głowa – po prostu rozpadała się na kawałki, pokój pływał przed oczyma. W ustach pozostał smak waleriany wymieszanej z krwią. Czułam mdłości. Oroen domyślnie zaczerpnął wody z wiadra i podał mi kubek. Wypiłam zachłannie, dzwoniąc zębami o brzeg. Ale wreszcie udało mi się złapać oddech i poczułam się nieco lepiej.

– O bogowie! – cicho westchnęła Kryna, opuszczając lampkę. Żółte drżące światło przepełzło na moją pierś, a amulet Lena, który wychynął spod koszuli nocnej, odezwał się stłumionym lśnieniem. – Gvi'harr, Orroen, ve jett Arr'akktur r'earr. Hellet genna…

– Nie jestem biedną dziewczynką – odgryzłam się odruchowo, oddając kubek. – Jestem dorosłą, groźną wiedźmą… Co pani powiedziała?

– Że dorosła, groźna wiedźma obudziła swoim wrzaskiem wszystkie wilki w Dogewie – nieporuszonym tonem skomentował Oroen i zabrał Krynie lampę, którą powiesił na wbitym w sufit haku.

– Jakieś świństwo mi się przyśniło. – Z wysiłkiem pomasowałam skronie. Prawdopodobnie czułam to, co czuje wilkołak po przemianie w człowieka: nic nie pamięta, biegał sobie gdzieś, kogoś zagryzł, zakąsił pachnącym korzeniem, a teraz spróbuj zgadnąć, który z sąsiadów był taki niesmaczny. Wspomnienia wracały powoli: droga, prosta i pokryta kamieniami… Coś czarnego i wyraźnie nieprzyjaznego, co wyskoczyło mi na spotkanie jak pilnujący domu pies… I on, obcy i daleki, bez oglądania się do tyłu przechodzi obok, owiewając mnie chłodem mogiły…

„Zamknij krąg, dziecko” – te słowa usłyszałam od młodziutkiej pytii dwa lata temu.

Lecz w uszach brzmiał głos Lena.

Zerwałam się z podłogi i gwałtownymi ruchami zaczęłam wciągać na siebie ubranie, nie zwracając najmniejszej uwagi na Oroena. Zresztą on sam odwrócił się i wyszedł na zewnątrz, szczękając zasuwką. Kryna w milczeniu zakrzątnęła się koło zapasów, wrzucając do sakwy drożdżówki, które zostały z kolacji.

Jesteś spóźniona, beznadziejnie i nienadrabialnie spóźniona, jesteś tam potrzebna teraz, już, natychmiast, w tym momencie… – poganiał mnie wewnętrzny głos. Gdzie, po co, komu? Leszy go tam wie. Jak spotkam, to zapytam.

Na zewnątrz okazało się wcale nie tak ciemno, noc powoli się kończyła. Na szarym niebie topniał bezbarwny księżyc, a gwiazdy, z wyjątkiem dwóch czy trzech, zdążyły już zgasnąć. Ostrożny szelest liści na drzewach jak gdyby rodził się i trwał sam z siebie gdzieś wysoko, i tylko podkreślał poranną ciszę.

Oroen podprowadził mi osiodłaną Smolkę i delikatnie pogłaskał ją po szyi. Senna kobyła wzdrygnęła się ze wstrętem, jednak zdecydowała się nie gryźć. Wskoczyłam w siodło, zabrałam od Kryny sakwę, zamiast słów podziękowania skinęłam krótko i bez litości kopnęłam kobyłę obcasami.

Trzeba było widzieć jej spojrzenie! Bazyliszek na taką demonstrację mógłby tylko iść i utopić się ze wstydu. Wierzgnęła i z miejsca zerwała się w galop, sama wybierając sobie drogę. Ponieważ zupełnym przypadkiem droga ta odpowiadała kierunkowi, w którym chciałam się udać, nie miałam najmniejszego zamiaru jej powstrzymywać. Sosny na poboczu zlały się w jedno, raz po raz w prześwitach migały szare wstęgi dróg. A potem po bokach rozwinęły się zielone płachty łąk przyprószonych mgłą.

Szybciej, szybciej… Gdyby nawet droga sama pędziła mi na spotkanie z prędkością k'iarda, i tak biegłabym po niej ile sil w nogach. W z góry skazanej na niepowodzenie próbie uprzedzenia bezlitośnie zbliżającej się chwili, po której już nie ma dokąd się śpieszyć.