Выбрать главу

– Dwa senne wampiry i pięć śpiących! A was dwudziestu! Podejść, przywitać się, odprowadzić na bok i…

– Trzy! I on siedział z nimi! A to przeklęte bydlę kręciło się obok, a kiedy zawyło, to nie tylko śpiący, ale i martwi by się zerwali!

– No i co z tego?! Kto tam może wiedzieć, co konia w zad ugryzło? Kleszcz dziabnął, a może niedźwiedzia poczuł? Przecież się umawialiśmy: komitet na spotkanie wysokiego gościa, nie mogliśmy się powstrzymać, wyjechaliśmy naprzeciw w celach zwiększenia bezpieczeństwa. Przecież oni was wszystkich znali z widzenia, to co im jakiś rzucający się k'iard? Pogadaliby chwilę, po czym znowu zasnęli.

– Żebyś ty widział jego oczy! On nawet nie pytał kto i co, tylko od razu złapał za gword!

– Pan już drugi miesiąc tę kretynkę wodzi za nos, a ten wszystko zrozumiał po jednym spojrzeniu? Nic, on tylko był ostrożny, a tobie zabrakło szarych komórek, żeby wymyślić coś bardziej przekonującego niż sygnał do ataku! I co teraz niby mamy z nim zrobić? Jeżeli wyciągnę miecz, to nie będziemy mogli nim sterować, a bez reara z trupa pożytek niewielki.

– Rzemień mógł się zerwać podczas walki. Jeśli poszukać w trawie…

– Prościej będzie poszukać jakiejś mądrzejszej myśli w twoim pustym łbie! Nie, ten drań zdążył sobie gdzieś znaleźć opiekuna… Ciekawostka, w Arlissie uważają, że mu po głowie tylko wiatr hula.

– Możemy zakopać trupy. Im powiemy, że wszyscy dotarli na miejsce, a jej, że on jak zwykle odmówił. Nawet się nie zdziwi.

– A koń?! Wcześniej czy później wróci do Dogewy bez jeźdźca, cały we krwi i najeżony bekami z naszymi znakami!

– Myślisz, że go nie dogonią?

– Jestem pewien! Bydlę biegło szybciej niż wiatr, a bełty tylko dodały mu pędu. Słońce już wzeszło, a ich nadal nie ma.

– To może daleko odbiegł? – z nadzieją zasugerował drugi.

– Uciekł, kretynie jeden – z pretensją odgryzł się jego rozmówca. – I co my teraz mamy powiedzieć Panu? Siedmiu z naszej dwudziestki nie żyje, a żywcem wzięliśmy tylko jednego. To jesteśmy o sześciu do tyłu!

Nie, tych typków stanowczo nie miałam za co kochać. I wampirami nie byli. Kogo oni tam wzięli żywcem? Chyba nie Lena?! Na to wyglądało, skoro wśród zabitych go nie znalazłam. Z tego, co mówili, mieli zamiar podmienić ochronę, ale po co? Żeby naprawdę porwać władcę? Kryna mówiła, że historię z „okupem za pana młodego” znają w obu dolinach, to może komuś wydała się wcale nie taka głupia. Oczywiście rozbójnikom przyjdzie chwilę popracować nad tym, żeby udowodnić wszystkim, że to nie jest kolejny dowcip, ale już po pierwszym uchu Dogewa zapłaci za Lena każdą kwotę, nawet wagę całej bandy w złocie.

Pozostawanie pod nogami podsłuchiwanych było nieco niebezpieczne, fałszywe wampiry dosłownie za moment spodziewały się chwilowo nieobecnych kolegów. Z pewną desperacją zaczęłam się zastanawiać, co robić dalej. Miałam do wyboru zacisnąć zęby i okrążyć rozbójników przez pokrzywy, po czym schować się w przyległym lesie, albo wycofać rakiem – bo jednak nie miałam dość zaufania, by odwracać się do nich tyłem.

Nagle ten drugi, któremu udało się spartaczyć operację, zagapił się wprost na mnie i wydarł:

– Ty patrz, jakie bezczelne bydlę! Znowu ono! I kiedy zdążyło się podkraść?!

Moją pierwszą myślą było zerwać się na nogi i rzucić do ucieczki, drugą – też zerwać się na nogi, ale już zaatakować pierwszym zaklęciem, które przyjdzie mi do głowy. Kiedy próbowałam coś wybrać, rozciągnięta na brzuchu, z twarzą schowaną w trawie zarówno ze strachu, jak i w celach konspiracji, pierwszy gwałtownie rzucił:

– Na koń!

I ziemia zadrżała od narastającego tupotu.

– Z lewej podejdź! Strzelaj! Ucieka, zaraza!

Tak?! – pomyślałam ze zdziwieniem i w tym momencie minęli mnie z dwóch stron, w odległości jakichś dziesięciu łokci. Z niedowierzaniem uniósłszy głowę, rozejrzałam się dookoła… Fałszywe wampiry z całej siły chłostały konie, a przed nimi na łeb na szyję gnała Smołka, która powoli, ale pewnie zyskiwała coraz większą przewagę. Na razie jeszcze znajdowała się w zasięgu bełtów, jednak przeładowanie kuszy na pędzącym koniu sprawiało pewien kłopot, a wycelowanie było jeszcze trudniejsze, tym bardziej że Smołka przypomniała sobie taktykę stosowaną przez zająca i zaczęła biec zygzakami i podskakiwać. Ogrodzona lasami łąka wąskim gardłem otwierała się na bezkresną, pokrytą wzgórzami równinę, jak zalew otwiera się na ocean. Dowolny inny koń instynktownie wybrałby właśnie tę drogę ucieczki, ale kobyłka z mokradeł nie dowierzała otwartym stepom, ojczyźnie przodków, i nieoczekiwanie, jakoś tak bokiem, rzuciła się do lasu, w jednej chwili gubiąc się wśród drzew.

Bandyci wstrzymali konie, zdając sobie sprawę z bezsensu dalszej pogoni. Na pewno zaklęli z emfazą, chociaż znajdowali się za daleko, bym mogła ich słyszeć, i niespiesznym truchtem ruszyli z powrotem.

Popełzłam do przodu, mając szczery zamiar skryć się w lesie. Posiedzę sobie w krzakach, a przy okazji posłucham, dokąd i po co zabierają więźnia, a tam pewnie wróci moja kobyłka i razem rzucimy się w pogoń. Bo na powrót do Dogewy stanowczo brak czasu, najpierw trzeba znaleźć gniazdo rozbójników, a potem patrzeć, co dalej. Może łatwiej będzie urządzić ucieczkę…

W tym momencie trafiłam ręką na coś twardego oraz zimnego i z oszałamiającą jasnością zrozumiałam, że spóźniłam się z moją durną nocną obietnicą zabicia Lena.

On już nie żył.

Rozdział dziesiąty

Było to tak bardzo przerażające i nieoczekiwane, że całkowicie zagłuszyło wszystkie właściwe dla sytuacji odczucia. Nie mogłam ani krzyknąć, ani wybuchnąć płaczem, ani stracić przytomności. Po prostu klęczałam i głupio dotykałam rozerwanego kołnierza jego szarej płóciennej koszuli, próbując ściągnąć razem brzegi rozdarcia, jak gdybym bała się, że w przeciwnym razie on zmarznie i się przeziębi.

Niestety, pomyłka była wykluczona. Woskowa bladość zastygłej i poważnej twarzy nie pozostawiała nawet cienia wątpliwości, rozrzucone włosy wydawały się nierealnie jasne, jakby wyblakły w słońcu albo posiwiały. Skostniałe palce trzymały rękojeść miecza, który przygważdżał ciało do ziemi. Dobry cios, w samo serce.

Dobry?!

Niezbyt rozumiejąc, co robię i w jakim celu, ostrożnie oderwałam martwe ręce, po czym sama złapałam za rękojeść. Pociągnęłam, ale zabrakło mi sil – miecz nawet nie drgnął. W tym momencie zrozumiałam, że będę musiała wstać i jakby tego było mało – postawić nogę na piersi trupa.

Zaczął mnie dusić histeryczny śmiech. Mój najlepszy przyjaciel nie żyje, a ja stoję nad jego ciałem i zastanawiam się, czy wyciągnięcie tkwiącego w nim miecza jest etyczne!

Stanęłam prosto, zamknęłam oczy i jedną nogą zaparłam się o ciało. Musiałam delikatnie poruszać mieczem, ale w końcu poddał się i powoli ruszył do góry, z każdym nowym pociągnięciem łatwiej i szybciej. Chyba wyciągnęłam. Nie miałam ochoty otwierać oczu, ponieważ po pierwsze, doskonale wiedziałam, co zobaczę, a po drugie, w ten sposób pozostawała jeszcze jakaś szansa, że nadal śpię i to wszystko jest kolejnym nocnym koszmarem.

I w tym momencie poczułam pod stopą jakiś ruch.

Do głowy nawet mi nie przyszło, że Len może w cudowny sposób powrócić do życia. Nie miałam też najmniejszego zamiaru się z tego cieszyć, wręcz przeciwnie. Złapałam miecz nieco wygodniej, żeby w razie czego wpakować go z powrotem, a jeszcze lepiej przekręcić. Tak na wszelki wypadek, bo na zajęciach praktycznych z nekromancji zdążyłam przekonać się ponad wszelką wątpliwość, że ożywiony przyjaciel jest znacznie gorszy od umarłego i lepiej jest przelewać nad trupem łzy, niż przed nim uciekać. Niepocieszeni krewni, którzy skorzystali z pomocy nekromantów, nie namyśliwszy się uprzednio, później jeszcze bardziej niepocieszeni błagali, żeby uspokoić strzygowaty przedmiot żałoby na zawsze.