Выбрать главу

Co prawda Len nie wyglądał, jakby miał zamiar ożyć i się zezombić. Mięśnie nie pracowały, a nieco makabrycznie zwijały się pod skórą, jak gdyby próbując przyjąć bardziej wygodną pozycję, z rany wypełzała ciemna, gęsta krew. Powietrze nad ciałem zmętniało, niby otoczone przez bezbarwny płomień. Szybko zabrałam nogę i akurat zdążyłam: ubranie na trupie zaczęło dymić i zwijać się jak cienka brzozowa kora na ciemnych, ale jeszcze niewystygłych węglach.

Słyszałam, że wampir trafiony osikowym kołkiem w serce natychmiast się spala. Na ścianie jednej ze starożytnych belorskich świątyń jest nawet zakopcona plama odpowiedniego kształtu, dla większej wyrazistości obrysowana żółtą farbą. Co prawda w zasadzie mogła być ona pozostałością po rycerzu, który czemuś nie spodobał się ziejącemu ogniem smokowi. Albo po prostu została narysowana przez jakichś przedsiębiorczych kleryków w celu przyciągnięcia dodatkowych wiernych. W każdym razie miecz wpakowany w serce zadziałał inaczej niż kołek: samo ciało nie paliło się, ale jego kształt powoli się zmieniał, kończyny nieśpiesznie przemieszczały się, pozostawiając na ziemi „zbyteczne” kałuże krwi i strzępki ubrania.

Nie było to z żadnej strony podobne do zwykłej transformacji przy użyciu skrzydeł, jednak skutek okazał się ten sam.

Biały wilk z trudem i chwiejnie podniósł się na rozstawione łapy, pokręcił głową i spojrzał na mnie spode łba. Nędzne futro dokładnie okrywało wystające żebra, a z paszczy wilka kapała ślina, jak w trakcie ostatniego stadium wścieklizny.

W tym momencie przestraszyłam się naprawdę.

Miał żółte, zwierzęce oczy bez najmniejszych oznak intelektu.

– Len?

Zawarczał z wściekłością, spod obnażonych warg błysnęły kły. Zresztą jakie kły – cztery sztylety i tuzin mniejszych nożyków, bardzo przydatnych przy przerabianiu wiedźm na farsz do kiełbasy.

– Len!

Zwierzak skoczył. Podniosłam rękę, żeby zasłonić gardło, a on bez namysłu złapał zębami trochę poniżej łokcia. Przenikliwy, nieoczekiwanie silny i jakiś taki przykry ból szybko został zastąpiony przez brak czucia aż do samego ramienia. Odniosłam wrażenie, że rękę mam przegryzioną na pół i dłoń zaraz wypadnie z rękawa. Ale wilk nie śpieszył się, by złapać i obgryźć trofeum. Zamiast tego z widocznym wstrętem wypluł tkwiącą w pysku kończynę, wyraźnie mając zamiar najpierw doprowadzić sprawę do końca. Ledwo zdążyłam cofnąć głowę, a już zęby ze szczęknięciem zamknęły się na moim kołnierzu, łatwo przegryzając zarówno kurtkę, jak i koszulę. Wilk w zamyśleniu przeżuł złapany kawałek skóry, kapiąc na moją szyję ciepłą śliną, ale nie zachwycił się smakiem i spróbował załapać się na coś bardziej pożywnego, na wszelki wypadek nie wypuszczając tego, co już zdążył zagarnąć.

W tym momencie skończyła się moja cierpliwość, a raczej w końcu udało mi się pozbierać. Oburzyłam się i kopnęłam napastnika nogą w brzuch. Zwierzak zaskomlał zdziwiony i cofnął się, nie otwierając paszczy. Kołnierz poszedł w szwach, koszula rozerwała się przy sznurowaniu.

– Len, odbiło ci?!

Wilk widocznie się zawahał. Przestał warczeć i patroszyć kurtkę jak skórkę od kiełbasy, a potem bez ceregieli zajrzał do rozerwanej koszuli. Widok stanowczo mu się spodobał. Sapnął z zachwytem i zamachał ogonem, po czym spróbował wpakować pysk jeszcze głębiej, łaskocząc moją pierś zimnym nosem, ale w tym momencie pisnęłam i uderzyłam wilka zdrowym łokciem, zmuszając do cofnięcia się.

Przez moment stał przede mną, jednocześnie zdziwiony i zasmucony, a potem odwrócił się i niepewnie ruszył precz, co chwilę oglądając się na mnie i spluwając. Wyglądał na głęboko urażonego, jakbym zrobiła mu ogromne świństwo – na przykład posmarowała kołnierz palącym pieprzem.

– Len!

Może by i wrócił, ale w tym momencie straciłam przytomność.

* * *

Szlachetne panny, mające tendencję do częstych omdleń, zwykle zapobiegawczo noszą przy sobie sole trzeźwiące – najlepiej we flakoniku na piersiach, by stworzyć jak najbardziej pikantne zamieszanie dookoła swojego nieprzytomnego ciała. Szczególnie dobrze ta metoda działa na niezdecydowanego zalotnika, który będąc człowiekiem szlachetnym, po całym przedstawieniu czuje się po prostu w obowiązku wzięcia symulantki za żonę.

Ale mnie najbardziej przydałby się hełm rycerski – medycyna nie wpadła jeszcze na lepszą metodę na cios polanem w ciemię.

Ocknęłam się związana i powieszona głową do dołu pod trzema nieszczególnie zadowolonymi spojrzeniami dwóch już znanych mi „wampirów” oraz jednego obcego, kudłatego, który podkradł się do mnie od tyłu ze wspomnianym już polanem. Teraz w roztargnieniu podrzucał kawał drewna w dłoni.

– Myey eyeni? – spytałam przez knebel, niewinnie patrząc im w oczy.

Niewychowani rozbójnicy nawet się nie przywitali w odpowiedzi.

– Złapałem tę parszywkę koło ciała. – Kudłaty ze wstrętem pchnął mnie palcem w pierś. Na znak protestu mogłam tylko bujać się na przerzuconej przez gałąź linie i rozsyłać dookoła złe spojrzenia. – Wyciągnęła miecz.

– Co?! – Jak?!

– Zmienił się i nawiał – chmurnie dokończył rozbójnik.

Chyba ta wiadomość nieco ich zasmuciła. Lepiej by było, gdyby zatkali mi uszy.

Związane ręce praktycznie uniemożliwiały czarowanie. Oczywiście niektóre zaklęcia nie wymagają gestów, ale przewrócenie przeciwnika zwykle jednak nie jest wystarczające, bo najczęściej podnosi się on na nogi tylko bardziej rozeźlony. Krew powoli zaczynała pulsować mi w skroniach. Im dłużej tak sobie powiszę głową w dół, tym większa szansa, że dorobię się wylewu krwi do mózgu, co dla maga jest losem gorszym niż śmierć – pełna i nieodwracalna utrata zdolności.

Po długiej i barwnej liście perwersji, którym oddawali się moi krewni ze sobą nawzajem, jak i z najróżniejszymi przedmiotami, rozbójnicy koniec końców przypomnieli sobie o najbardziej paskudnym potomku całej wstrętnej rodziny. Wyciągnęli mi knebel i dla ożywienia rozmowy wpakowali pod nos szeroki krzywy nóż, po czym kudłacz grobowym tonem zapytał:

– A ty kto jesteś?

– A tak sobie pełzłam obok – odgryzłam się, zezując w stronę noża.

– Mówisz, że pełzłaś? – w zamyśleniu powtórzył bandyta i bez żadnego uprzedzenia uderzył mnie pięścią w brzuch.

Wygięłam się w łuk, próbując ustami złapać trochę powietrza, które uparcie odmawiało trafiania do płuc, utykając gdzieś w pół drogi. Tymczasem zostałam szybko i profesjonalnie przeszukana. Na widok znaku cechowego kudłacz zagwizdał ze smutkiem.

– Wiedźma jej mać – zaklął, nie mogąc się powstrzymać. – Pusta, nie podmienisz…

Wytrząśnięte z sakiewki pieniądze nieco podniosły mu nastrój. Dokładnie przeliczył monetki, po czym przesypał je do kieszeni, całkowicie ignorując zazdrosne spojrzenia swoich wspólników. Z trudem powstrzymałam się od złośliwego chichotu – przed wjazdem do Kamieńca, sławnego z kradzieży ulicznych, zaczarowałam sakiewkę, żeby komukolwiek, kto się na nią skusi, ręce świerzbiły nie do cudzego dobra, tylko same z siebie. Następnie przyszła kolej na dokumenty. Kudłaty biegle przejrzał papierki, zmiął je i rzucił na trawę.

– Leszy by to wziął, ta dzierlatka jest byłym magiem królewskim!

Żeby tylko mistrz wiedział, komu będę musiała pokazywać zwój pracy…

– Kiedy praktykowałam na dworze – poinformowałam ich z wyższością – sam król co rano podawał mi kapcie. I jeżeli z mojej głowy spadnie choć jeden włos, tajne służby odnajdą was i żywcem obedrą ze skóry, a potem oddadzą do Konwentu Magów dla doświadczeń.