Выбрать главу

– Wrócę tak prędko jak tylko będę mógł. Oni się dobrze tobą zajmują, zaciemniają twój pokój tak, żebyś mogła spać.

Odszedł. Indrę ogarnął błogi spokój. Odwiedziny Rama w jednej chwili odmieniły całą sytuację. Przestała się już tak strasznie bać. Ram się o wszystko zatroszczy, jak zawsze, ufała mu, a teraz jeszcze łączyło ich coś więcej, coś bardzo delikatnego i pięknego.

W tym momencie nie miało aż tak wielkiego znaczenia, że nie wolno im być razem. Najważniejsze, że mogli sobie ufać i dzielić smutny los, jaki im przypadł. Akurat w tej chwili to było dla Indry najważniejsze.

Usnęła z gorzkosłodkimi myślami, pod wpływem kojącego działania morfiny…

Atak nastąpił całkiem nieoczekiwanie.

Spała bez snów, w objęciach środka uśmierzającego ból, kiedy nagle obudziła się wstrząśnięta.

To już nie był koszmar senny, lecz straszna rzeczywistość!

Jakaś istota wpadła do pokoju i rzuciła się na nią. Ostre, przypominające szpony paznokcie szarpały, rozorywały jej twarz, wydrapując z wściekłością głębokie, długie rany.

Ach, nie, nie niszcz najlepszego, co mam, nie niszcz mojej skóry, myślała Indra czując, że coś knebluje jej usta, żeby nie mogła krzyczeć.

9

Indra po omacku usiłowała odnaleźć dzwonek. Była wszak półprzytomna, zamroczona morfiną, lecz ludzki instynkt samozachowawczy jest ogromny.

Napastnik nie bardzo się orientował w zwyczajach panujących w szpitalu. Indrze nic nie przeszkodziło w próbach dotarcia do dzwonka. Okropną postacią, która siedziała jej na brzuchu, powodowała olbrzymia wściekłość, Indra czuła, jak kościste kolano wciska się jej w pierś, słyszała przyspieszony oddech, twarz nieludzko ją bolała, w głowie się kręciło, próbowała krzyczeć, ale usta miała zatkane. Knebel wprawdzie pachniał czystością, lecz mimo to docierał do niej jakiś odór, który ledwie dawało się wytrzymać.

Dzwonek. Przycisnęła go gorączkowo, jak szalona.

Z oddali rozległy się krzyki.

Napastnik musiał się zorientować, co zrobiła. Po ostatnim, niezwykle bolesnym zadrapaniu i wypowiedzianym syczącym szeptem przekleństwie „psiajucha”, istota znów wymknęła się przez drzwi.

Indra z trudem chwytała oddech. Udało jej się wyjąć knebel z ust, próbowała otrzeć krew spływającą z twarzy na poduszkę, szlochała i łkała ze strachu, wzywając Rama, ale on zapewne dawno już odszedł.

Nie był jednak daleko, w rzeczywistości upłynęło zaledwie kilka minut od momentu, kiedy opuścił jej pokój. Rozmawiał właśnie z Armasem i jednym z wartowników szpitala, który miał go zastąpić, gdy nocne pielęgniarki nadbiegły, kierując się w stronę korytarza Indry.

– Czy to ona…? – zaczął Ram.

– Tak – odparła siostra. – Jakieś takie rozpaczliwe dzwonienie, jakby w panice, wskazuje na coś więcej niż tylko pogorszenie jej stanu.

Pospieszyli za pielęgniarkami, Armas przeklinał pod nosem, że zostawił pokój Indry bez opieki. Ram przyjął na siebie połowę winy; należało bardziej wziąć sobie do serca lęk Indry przed zagrożeniem, które kryło się w pobliżu.

Żadnemu jednak nie śniło się nawet, że niebezpieczeństwo może znajdować się aż tak blisko.

Jeszcze bardziej się przerazili, ujrzawszy, co się naprawdę stało.

– Ach, nie! – jęknął Armas. – Indra, dziewczyna o najpiękniejszej cerze w Królestwie Światła!

Ram nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wziął dziewczynę w objęcia, tuląc jej krwawiącą twarz do piersi. Pielęgniarki działały skuteczniej, sprowadziły lekarzy i Strażników, obmyły twarz dziewczyny i usiłowały opatrzyć rany najlepiej, jak umiały.

W tym czasie Armas wydał rozkaz dokładnego przeszukania całego szpitala. Ten, kto to zrobił, musiał nienawidzić Indry nienawiścią, która wydawała się im wręcz nierealna.

Armas cicho i dyskretnie zwrócił się do Rama:

– Ram… wiem o waszej miłości, Elena powiedziała mi o tym dziś wieczorem. Znasz kogoś, kto by się w tobie kochał i był zazdrosny o Indrę?

Ram zmarszczył brwi.

– Nie, nie, to niemożliwe, odpowiedź musi leżeć gdzie indziej. – Oczy, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej mu pociemniały. – Chyba że…

– Co takiego?

Piękny Lemur siedział wciąż na brzegu łóżka Indry, przeszkadzając pielęgniarkom, one jednak nie miały serca poprosić, by się przesunął. Zauważyły już uczucie łączące Rama i Indrę. Owszem, były zdumione, ale uważały także, że to bardzo piękne.

– Myślałem o… – zaczął Ram. – Myślałem o Oliveirze da Silvie. To bardzo dziwny i niezrównoważony człowiek. Czy możliwe, żeby to on rzucił się na Indrę?

Dziewczyna odpowiedziała sama:

– Och, nie, ta osoba była mniejsza, lżejsza i okropnie cuchnęła. Jakiś taki dziwny zapach, smród, powiedziałabym raczej.

– I nikt, kogo byś znała, Indro?

– Absolutnie, nie, ale…

– Mów, o czym myślisz.

– Ten potwór, kiedy zorientował się, że wezwałam pomoc, użył bardzo staroświeckiego wyrażenia, „psiajucha”. Nikt chyba już tak teraz nie mówi.

– Rzeczywiście, brzmi to dosyć śmiesznie, dziewiętnasty wiek albo jeszcze wcześniej – ocenił Armas.

Jaskari zakończył już dzień pracy, twarzą Indry zajęło się więc dwóch innych lekarzy.

– Paskudne zranienia – rzekł jeden do drugiego. – Musimy zabrać ją natychmiast na stół operacyjny, są zbyt głębokie…

– Czy znów będę ładna? – uśmiechnęła się Indra, nieudolnie siląc się na nonszalancję.

Nic na to nie odpowiedzieli, patrzyli tylko na siebie, jak gdyby jeden u drugiego szukał wsparcia. Indra umilkła załamana.

Przy drzwiach zapanowało jakieś zamieszanie. Pielęgniarka oznajmiła:

– Odwiedziny do Indry. Czy ona może przyjąć gości?

Ram wstał.

– Nie teraz, ona… A kto przyszedł?

– Oliveiro da Silva.

– Wpuśćcie go – ostrym głosem nakazał Ram.

Oliveiro, przystojny południowiec, wszedł do pokoju. Na jego widok odezwał się uczony Armas:

– Nosisz portugalskie nazwisko, a wydawało mi się, że mówiłeś, iż jesteś Hiszpanem. Ale po hiszpańsku nazywałbyś się raczej Oliveiro de Silva.

Gość nieśmiało pokiwał głową, sam nie bardzo wiedział, skąd wywodziło się imię, które sobie przysposobił.

– Masz rację – mruknął. – Słyszałem, że Indrę napadnięto na ulicy, w drodze z mojego domu. Chciałem jedynie…

Dostrzegł wreszcie dziewczynę i zakrwawiony mundur Rama.

– Ale co tu się stało? To przecież wygląda świeżo.

– Kolejny napad – odparła Indra, uśmiechając się z trudem, ból bowiem był nie do zniesienia. – Tu, w szpitalu.

Oliveiro zdrętwiał, bukiet kwiatów komicznie zwisał mu z ręki.

– Nic nie rozumiem.

Indrze założono prowizoryczne opatrunki, miała więc problemy z poruszaniem ustami.

– Ktoś mnie nienawidzi, Oliveiro.

Czuła łzy napływające do oczu i rozgniewała się sama na siebie. Próbowała przecież traktować wydarzenia lekko, nic sobie z nich nie robić, wszystko jednak się temu sprzeciwiało. Nie umiała nawet zapanować nad płaczem.

– Ależ tu już się nic nie poradzi! – wykrzyknął Oliveiro. Zdumienie wzięło w nim górę nad delikatnością. – Twarz jest przecież strasznie pokancerowana.

– Nie należy wyciągać zbyt pochopnych wniosków – powstrzymał go jeden z lekarzy. – W Królestwie Światła sporo potrafimy, nasi lekarze…

– Żaden lekarz nie zdoła wyrównać szram, które… Ach, wybacz mi, Indro, po prostu nie mogłem zapanować nad wzburzeniem.

Wszyscy obecni zauważyli, iż rzeczywiście jest zdenerwowany, i to bardziej niż usprawiedliwiałby to jego związek z Indrą. Kwiaty, które trzymał w ręku, trzęsły się niczym liście osiki.