– … trafiłeś na coś, co zgodziłbyś się zamienić na inne rzeczy, stokroć więcej warte. Chętnie poświęcę bardzo wiele, żeby posiadać jedno. Jeśli zwrócę bogu jego własność, on mnie obdarzy szczęściem i powodzeniem. Z pewnością życzysz mi szczęścia i powodzenia, tak jak i ja tobie.
Kapitan Morrow znów przyświadczył, tym razem z czystym sumieniem. Nie wątpił, że ich wzajemne życzenia bardzo są do siebie podobne.
– Zatem, jeśli znalazłeś własność boga…
– Chwileczkę – przerwał kapitan, który w dyplomacji nie czuł się najmocniejszy. – Mówmy wprost. Sir Meadows jest moim bliskim krewnym i nie mam przed nim tajemnic. Co to ma być, ta własność boga? Uratowałem kilka drobiazgów, fakt, nie wiem jednak, co wasza dostojność może mieć na myśli?
Radża odczekał chwilę, obserwując rozmówców.
– Wielki Diament Siwy – rzekł wreszcie przyciszonym głosem.
Sir Henry nawet nie drgnął, bo już się tego spodziewał, ale kapitan Morrow prawie podskoczył z irytacji.
– Wielki Diament! Chciałbym go zobaczyć! Nie mam Wielkiego Diamentu, nie znalazłem go!
Radża miał nieruchomą twarz i bardzo nieprzyjemne spojrzenie.
– On tam był – rzekł z naciskiem. – Kapłani są tego pewni.
– Otóż właśnie go nie było! Też myśleliśmy, że powinien być…!
Sir Henry gestem uciszył siostrzeńca, zanim wyrwało mu się więcej niestosowności. Podniósł się z fotela, podszedł do komody i z szuflady wyjął kawał odłamanego szkła.
– Wielkiego Diamentu w świątyni Siwy nie było – oznajmił sucho. – Natomiast znalazło się tam to.
Radża spojrzał na niego, potem popatrzył na migoczący srebrnymi iskierkami odłamek, wziął go do ręki, obejrzał dokładnie i znów skierował na sir Henry'ego pytający wzrok.
– Będę szczery – powiedział sir Henry. – Będę brutalnie szczery. Gdyby Wielki Diament został tam znaleziony, mój kuzyn chętnie zamieniłby go na te inne rzeczy, niekoniecznie warte stokroć więcej. Wystarczyłoby tyle samo, bo nie ma sensu ukrywać, że kamień tego rodzaju bardzo trudno spieniężyć. Jednakże go nie było, a to szkło wskazuje, że ktoś go zabrał wcześniej.
– Anglik – zaopiniował radża krótko i stanowczo.
Kapitan Morrow i sir Henry zaprzeczyli natychmiast na wszelki wypadek, tyle że bez przekonania. Taki kawałek ozdobnego szkła, jak widać pochodzący z rozbitego przedmiotu, mógł się znaleźć w posiadaniu byle jakiego hinduskiego sługi, który wykorzystał sytuację i już dawno uciekł.
Radża pokręcił głową.
– Nie. Własność boga. Nikt by się nie ośmielił. Tylko Anglik. Był jeden taki Anglik, który o nim wiedział wszystko…
Zamyślił się na chwilę, zawahał i dodał:
– Była taka chwila… Wyjawił to kapłan, strażnik świątyni. Raz jeden zdarzyło mu się, że wszedł do wnętrza i doznał wrażenia, iż bóstwa zmieniły pozycję. Poruszyły się. Potem popatrzył uważnie i pomyślał, że mu się tylko wydawało. Długo milczał o tym, aż wreszcie wyznał całą prawdę o wydarzeniu, bo nękały go obawy, że zlekceważył jakąś wolę boga. Nie wierzono mu. Owa chwila nastąpiła w czasie, kiedy obok świątyni mieszkał ten właśnie Anglik. Ten, który o nim wiedział…
Tym sposobem wiedza obu stron uzupełniła się wzajemnie. Popatrzyli sobie w oczy i bezbłędnie odgadli, co myślą. Jedynym człowiekiem, który z całą pewnością znał doskonale sprawę diamentu, był pułkownik Blackhill. Istniała oczywiście możliwość, że pojęcie o nim miał jeszcze ktoś inny, chociażby jakiś żołnierz biorący udział w bitwach, ale żołnierze na ogół nie przejawiali racjonalnego stosunku do hinduskich bogactw. Jeśli już korzystali z okazji i rabowali, brali, co im wpadło pod rękę, po czym sprzedawali to za byle jaką cenę. Skradziony przez żołnierza diament dawno już poszedłby między ludzi, gdzieś by się ukazał, widziano by go co najmniej raz, a takich rzeczy się nie zapomina. Tymczasem, wedle najszczerszego przekonania tak sir Henry'ego, jak i radży, poza pułkownikiem Blackhillem nie widział go nikt, wciąż zatem powinien był tkwić w posągu Siwy, w tej małej, zagubionej, zarośniętej dżunglą świątyni.
Radża zdecydował się również na brutalną otwartość.
– Chcę go mieć – powiedział wprost. – Jeśli trafi pan na jego ślad i jeśli go pan zdobędzie, odkupię go od pana. Nie musimy tego rozgłaszać. Zapłacę więcej niż ktokolwiek inny na świecie i nie będę zadawał pytań.
Sir Henry znakomicie pamiętał słowa pułkownika Harrisa, który napomykał o prawie własności jakiegoś Francuza. Nie wątpił, ze rozmówca pamięta je równie dobrze, ale najwyraźniej w świecie nie stanowiło to przeszkody w zawarciu umowy i nie musiało być eksponowane. Pominął temat milczeniem.
Obaj, siostrzeniec i wuj, z miejsca docenili wartość oferty radży. Kapitan Morrow był wściekły, bo, prawdę mówiąc, zdecydował się na służbę w Indiach wyłącznie ze względów materialnych, na zapędy imperialistyczne królowej Wiktorii kichał z energią i chciał się po prostu potężnie wzbogacić. Bunt sipajów spadł mu jak z nieba. Dzięki zamieszkom mógł osiągnąć swoje cele w znacznie krótszym czasie niż pierwotnie przewidywał, a Wielki Diament załatwiłby sprawę ostatecznie. A tu oto uciekł mu sprzed nosa.
Sir Henry chciwy był zawsze, z wiekiem zaś jego namiętność do drogich kamieni bardzo urosła. Dodatkowo miotał nim gniew. Rzekoma uczciwość pułkownika Blackhilla i głoszone przez niego wzniosłe zasady zirytowały go w najwyższym stopniu i sam sobie wyrzucał głupią łatwowierność. W tamtych młodych latach podkochiwał się w Arabelli, która, kto wie…? Może odpowiedziałaby na jego awanse przychylnie? Nie spróbował nawet, bo niezłomnością pułkownika i szacunkiem do niego czuł się przytłoczony, okazuje się, że niesłusznie. Jak idiota i kretyn.
Skomasowane niezadowolenie wuja i siostrzeńca skupiło się na pułkowniku.
Pułkownik Blackhill po sześćdziesiątce zgłupiał do reszty na tle honoru i godności. W obliczu rozmaitych kalumnii, rzucanych na tych, którzy bogacili się w Indiach, potępienia Kompanii Wschodnio-Indyjskiej, podejrzeń wysuwanych pod adresem dowódców wojskowych i różnych innych objawów zawiści, życzył sobie świecić, niczym latarnia morska, blaskiem nieskalanej szlachetności. Cały pobyt w Indiach postanowił opisać w pamiętnikach, eksponując w nich własną rzetelność i ściśle precyzując źródła bogactwa. Podawał nawet nazwiska świadków, angielskich i hinduskich, którzy stykali się z nim i na własne oczy widzieli, jak odmawiał przyjmowania łapówek i zwracał zdobyte przez jego wojska łupy. Wśród owych świadków znaleźli się radża Kharagpuru i sir Henry Meadows.
Radża Kharagpuru, z racji oddalenia, niewiele miał do gadania, ale sir Meadowsa o mało szlag nie trafił. Wróciwszy do Anglii, trafił akurat na chwilę, kiedy pułkownik w gronie specjalnie zaproszonych gości odczytał kolejny fragment swego dzieła. Nie uczestniczył w tym, nie został zaproszony na ucztę duchową tylko dlatego, że pułkownik nie miał pojęcia o jego powrocie, nazajutrz jednak wszystkiego dowiedział się w klubie. Znajomy, wczorajszy gość pułkownika, nie omieszkał poruszyć tematu, w odczytanym fragmencie bowiem mowa była o Wielkim Diamencie, będącym rzekomo własnością jakiegoś tajemniczego Francuza, a sir Henry podobno był świadkiem…
Istny cud, że sir Henry nie padł na miejscu, tknięty apopleksją.
– Istotnie – wyrwało mu się. – Podwójnym świadkiem. Raz: starannego pilnowania przedmiotu i dwa: odkrycia, że starannie pilnowany przedmiot nie istnieje.
Jego rozmówca poczuł się wstrząśnięty, bo Wielki Diament, acz odległy i cudzy, zawsze budził sensację.
– Jak to? – wykrzyknął. – W ogóle czegoś takiego nie było? Pułkownik tak jaskrawo mija się z prawdą?!