— Szkoda — przyznał Geralt. - Ale spróbujemy naprawić. Panie rycerzu…
Ale Bycza Głowa — czy raczej baron de Peyrac-Peyran — nie zwracał na niego uwagi. Widział, zdawałoby się, tylko Jaskra.
— Na honor — powiedział przeciągle. - Nie myli mnie wzrok! To pan wicehrabia Julian we własnej osobie. Ha! Ucieszy się księżna pani!
— Kto to jest wicehrabia Julian? — zaciekawił się Wiedźmin.
— To ja jestem — powiedział półgębkiem Jaskier. - Nie mieszaj się do tego, Geralt.
— Ucieszy się pani Anarietta — powtórzył baron de Peyrac-Peyran. - Ha, na honor! Zabieramy was wszystkich do zamku Beauclair. Tylko bez wymówek, wicehrabio, żadnym wymówkom ucha nie dam!
— Część grasantów zbiegła — Geralt pozwolił sobie na dość zimny ton. - Najpierw proponuję ich wyłapać. Potem pomyślimy, co robić z tak interesująco zaczętym dniem. Co wy na to, panie baronie?
— Na honor — rzekł Bycza Głowa — nie będzie z tego nic. Pościg jest niemożliwy. Przestępcy zbiegli za strumień, a nam za strumień nogą nawet stąpnąć nie lza, nawet skrawkiem kopyta. Tamta część Lasu Myrkyid jest nietykalnym sanktuarium, a to w myśl kompaktatów zawartych z druidami przez łaskawie panującą nad Toussaint jej miłość księżnę Annę Henriettę…
— Zbójcy tam uciekli, cholera! — przerwał Geralt, robiąc się wściekły. - Będą w tym nietykalnym sanktuarium mordować! A wy mi tu o jakichś kompaktatach…
— Daliśmy słowo rycerskie! — baronowi de Peyrac-Peyran, jak się okazywało, bardziej przystawałaby w tarczy barania, niż bycza głowa. - Nie wolno! Kompaktaty! Ani krokiem na druidzki teren!
— Komu nie wolno, temu nie wolno — parsknęła Angouleme, ciągnąc za frezie dwa zbójeckie konie. - Porzuć te puste gadki, wiedźminie. Jedziemy. Ja mam wciąż nie zamknięte rachunki ze Słowikiem, ty, jak mniemam, chciałbyś jeszcze pogawędzić z półelfem!
— Ja z wami — powiedziała Milva. - Zaraz sobie jakąś kobyłę wyszukam.
— Ja też — wybąkał Jaskier. - Ja też z wami…
— O, co to, to nie! — zawołał byczogłowy baron. - Na honor, pań wicehrabia Julian pojedzie z nami do zamku Beauclair. Księżna nie wybaczyłaby nam, gdybyśmy go spotkawszy nie przywiedli. Was nie zatrzymuję, wolniście w swych planach i zamysłach. Jako kompanionów wicehrabiego Juliana jej łaskawość pani Anarietta z chęcią podjęłaby was godnie i ugościła na zamku, ale cóż, jeśli gardzicie jej gościną…
— Nie gardzimy — przerwał Geralt, groźnym spojrzeniem mitygując Angouleme, która za plecami barona wykonywała zgiętym łokciem różne paskudne i obelżywe gesty. - Dalecy jesteśmy od tego, by gardzić. Nie omieszkamy pokłonić się księżnej i złożyć jej należny hołd. Pierwej jednak załatwimy to, co mamy do załatwienia. My też daliśmy słowo, można powiedzieć, że też zawarliśmy kompaktaty. Gdy się z nich wywiążemy, niezwłocznie skierujemy się do zamku Beauclair. Przybędziemy tam niezawodnie.
— Choćby tylko po to — dodał znacząco i z naciskiem — by dopilnować, by żadna ujma i dyshonor nie spotkały tam naszego druha Jaskra. To znaczy, tfu, Juliana.
— Na honor! — zaśmiał się nagłe baron. - Żadna ujma ni dyshonor nie spotkają wicehrabiego Juliana, parol na to dać gotowym! Bom przepomniał wam powiedzieć, wicehrabio, że książęciu Rajmundowi zmarło się dwa lata temu na apopleksję.
— Ha, ha! — zawołał Jaskier, promieniejąc gwałtownie. - Książę kipnął! A to dopiero wspaniała i radosna nowina! To znaczy, chciałem rzec, smutek i żal, szkoda i strata… Niech mu ziemia lekką będzie… Jeśli jednak tak jest, to jedźmy do Beauclair co żywiej, panowie rycerze! Geralt, Milva, Angouleme, do zobaczenia na zamku!
Przebrodzili strumień, wpędzili konie w las, między rozłożyste dęby, w sięgające strzemion paprocie. Milva bez trudu znalazła trop uciekającej szajki. Pojechali tak szybko, jak było można — Geralt obawiał się o druidów. Bał się, że niedobitki bandy, poczuwszy się bezpieczne, zechcą wywrzeć na druidach zemstę za pogrom doznany od błędnych rycerzy z Toussaint.
— A to się Jaskrowi trafiło — powiedziała nagle Angouleme. - Gdy nas Słowikowi obiegli w tej chałupie, wyznał mi, przed czym miał w Toussaint stracha.
— Domyślałem się — odrzekł Wiedźmin. - Nie wiedziałem tylko, że tak wysoko wycelował. Księżna pani, ho, ho!
— To było ładnych parę lat temu. A książę Rajmund, ten, który wykitował, poprzysiągł podobno, że wyrwie poecie serce, każe je upiec, poda niewiernej księżnej na wieczerzę i zmusi, by zjadła. Ma Jaskier szczęście, że nie wpadł księciu w łapy, gdy jeszcze żył. My też mamy szczęście…
— To się dopiero pokaże.
— Jaskier twierdzi, że owa księżna Anarietta kocha go do szaleństwa.
— Jaskier zawsze tak twierdzi.
— Zawrzyjcie gęby! — warknęła Milva, ściągając wodze i sięgając po łuk.
Klucząc od dębu do dębu pędził w ich stronę zbójca, bez czapki, bez broni, na oślep. Biegł, przewracał się, wstawał, biegł znowu. I krzyczał. Cienko, przeraźliwie, okropnie.
— Co jest? — zdziwiła się Angouleme.
Milva w milczeniu napięła łuk. Nie strzelała, czekała, aż zbójca się przybliży, a ów pędził wprost na nich, jakby nie ich widział. Przebiegł między koniem wiedźmina i koniem Angouleme. Widzieli jego twarz, białą jak twaróg i wykrzywioną zgrozą, widzieli wybałuszone oczy.
— Ki diabeł? - powtórzyła Angouleme.
Milva otrząsnęła się ze zdumienia, odwróciła w siodle i posłała uciekającemu strzałę w krzyże. Zbój zaryczał i runął w paprocie.
Ziemia zatrzęsła się. Tak, że z pobliskiego dębu posypały się żołędzie.
— Ciekawe — powiedziała Angouleme — przed czym on tak wiał…
Ziemia zatrzęsła się znowu. Zaszeleściły krzaki, zatrzeszczały łamane gałęzie.
— Co to jest? — wyjąkała Milva, stając w strzemionach.
— Co to jest, wiedźminie?
Geralt spojrzał, zobaczył i westchnął głośno. Angouleme też zobaczyła. I zbladła.
— O, kurwa!
Koń Milvy też zobaczył. Zarżał panicznie, stanął dęba, a potem podrzucił zadem. Łuczniczka wyleciała z siodła i ciężko rymnęła na ziemię. Koń pognał w las. Wierzchowiec wiedźmina bez namysłu popędził za nim, nieszczęśliwie wybierając drogę pod nisko zwisającym konarem dębu. Konar zmiótł wiedźmina z siodła. Wstrząs i ból w kolanie omal nie pozbawiły go przytomności.
Angouleme najdłużej udawało się panować nad rozszalałym koniem, ale wreszcie i ona wylądowała na ziemi, a koń uciekł, o mało co nie tratując wstającej Milvy.
I wówczas dokładniej zobaczyli to coś, co na nich szło. I całkiem, ale to całkiem przestali się dziwić panice zwierząt.
Stwór przypominał gigantyczne drzewo, rosochaty wiekowy dąb — a może i był dębem. Ale bardzo nietypowym dębem. Miast stać sobie gdzieś na polanie wśród opadłych liści i żołędzi, miast pozwalać biegać po sobie wiewiórkom i srać na siebie makolągwom, ten dąb raźno maszerował lasem, miarowo tupał grubaśnymi korzeniskami i wymachiwał konarami. Pękaty pień — lub tułów — potwora miał na oko ze dwa sążnie średnicy, a ziejąca w nim dziupla nie była chyba jednak dziuplą, ale paszczą, bo kłapała z odgłosem przypominającym trzaskanie ciężkimi drzwiami.
Choć pod jego straszliwym ciężarem ziemia dygotała w sposób komplikujący utrzymanie równowagi, stwór sadził przez wądoły nad podziw zwinnie. I nie robił tego bez celu.
Na ich oczach potwór zamachał konarami, świsnął gałęziami i wyłowił z wykrotu ukrywającego się tam bandytę, równie zręcznie, jak bocian wyławia skrytą wśród traw żabę. Opleciony gałęziami opryszek zawisł wśród konarów, wyjąc, aż litość brała. Geralt zobaczył, że potwór niósł już trzech w podobny sposób schwytanych zbójców. I jednego Nilfgaardczyka.