— Uciekajcie… — wystękał, nadaremnie usiłując wstać. Miał odczucie, jakby w kolano ktoś rytmicznymi uderzeniami młota wbijał mu rozpalony do białości gwóźdź. - Milva… Angouleme… Uciekajcie…
— Nie zostawimy cię!
Dębopotwór usłyszał ich, przytupnął radośnie korzeniami i popędził w ich stronę. Angouleme, nadaremnie próbując podnieść Geralta, zaklęła w sposób wyjątkowo szkaradny. Milva drżącymi rękoma usiłowała osadzić strzałę na cięciwie. Całkiem bezsensownie.
— Uciekajcie!
Było za późno. Dębopotwór już był przy nich. Sparaliżowani grozą, widzieli teraz dokładnie jego łup, czterech zbójców, wiszących w oplocie gałęzi. Dwóch żyło, bo wydawali z siebie ochrypłe skrzeki i wierzgali nogami. Trzeci, chyba zemdlony, zwisał bezwładnie. Potwór w oczywisty sposób starał się chwytać żywcem. Ale z czwartym schwytanym mu nie wyszło, chyba przez nieuwagę zbyt mocno ścisnął — co dało się miarkować po wybałuszonych oczach ofiary i języku, wywalonym daleko, aż na zapaprany krwią i wymiociną podbródek.
W następnej sekundzie wisieli już w powietrzu, opleceni gałęziami, wszyscy troje drąc się wniebogłosy.
— Paś, paś, paś — usłyszeli z dołu, od strony korzeni. - Paś, paś, Drzewko.
Za dębopotworem, lekko poganiając go liściastą witką, kroczyła młoda druidka w białej szacie i kwietnym wianuszku. na głowie.
— Nie krzywdź, Drzewko, nie ściskaj. Delikatnie. Paś, paś, paś.
— Nie jesteśmy zbójcami… — zastękał z góry Geralt, z ledwością dobywając głosu z miażdżonej oplotem konara piersi. - Każ mu, by nas puścił… Jesteśmy niewinni…
— Wszyscy tak mówią — druidka odpędziła motylka, krążącego nad jej brwią. - Paś, paś, paś.
— Posikałam się… - zajęczała Angouleme. - Psiakrew, posikałam się!
Milva tylko zacharczała. Głowa opadła jej na pierś. Geralt zaklął plugawie. Było to jedyne, co mógł zrobić.
Poganiany przez druidkę dębopotwór raźno pobiegł lasem. Podczas tego biegu wszyscy — ci, którzy byli przytomni — dzwonili zębami w rytm podskoków stwora. Aż szło echo.
Po niedługim czasie znaleźli się na obszernej polanie. Geralt zobaczył grupę biało odzianych druidów, a obok nich drugiego dębopotwora. Ten drugi miał słabszy połów — z jego konarów zwisało tylko trzech bandytów, z tego żył chyba tylko jeden.
— Przestępcy, zbrodniarze, ludzie niegodziwi! — przemówił z dołu jeden z druidów, starzec wsparty na długim posochu. - Przyjrzyjcie się dobrze. Popatrzcie, jaka kara spotyka w Lesie Myrkvid zbrodniarzy i niegodziwców. Przypatrzcie się i zapamiętajcie. Wypuścimy was, byście mogli o tym, co za chwilę ujrzycie, opowiedzieć innym. Na przestrogę!
Na samym środku polany piętrzył się wielki stos bierwion i chrustu, a na stosie, wsparta drągami, stała upleciona z wikliny klatka mająca kształt wielkiej pałubowatej kukły. Klatka pełna była wrzeszczących i szamoczących się ludzi. Wiedźmin wyraźnie słyszał żabie, ochrypłe od zgrozy skrzeki rozbójnika Słowika. Widział białą jak płótno i wykrzywioną panicznym strachem twarz półelfa Schirru, przyprasowaną do wiklinowych splotów.
— Druidzi! — wrzasnął Geralt, mobilizując do tego wrzasku wszystkie siły, by być słyszanym wśród ogólnego rejwachu. - Pani flaminiko! Jestem Wiedźmin Geralt!
— Słucham? — odezwała się z dołu wysoka i chuda kobieta z włosami koloru szarej stali, opadającymi na plecy, ściśniętymi na czole wiankiem z jemioły.
— Jestem Geralt… Wiedźmin… Przyjaciel Emiela Regisa…
— Powtórz, bo nie dosłyszałam.
— Geraaaaalt! Przyjaciel wampiiiiira!
— Ach! Trzeba było tak od razu!
Na dany przez stalowowtosą druidkę znak dębopotwór postawił ich na ziemi. Niezbyt delikatnie. Upadli, żadne nie mogło wstać o własnych siłach. Milva była nieprzytomna, krew ciekła jej z nosa. Geralt podniósł się z trudem, ukląkł nad nią.
Stalowowłosa flaminika stanęła obok, chrząknęła. Twarz miała bardzo szczupłą, chudą wręcz, budzącą nieprzyjemne skojarzenia z trupią czaszką obciągniętą skórą. Jej błękitne jak bławatki oczy były miłe i łagodne.
— Ma chyba połamane żebra — powiedziała, patrząc na Milvę. - Ale zaraz temu zaradzimy. Nasi uzdrowiciele niezwłocznie udzielą jej pomocy. Ubolewam nad tym, co się stało. Ale skąd mogłam wiedzieć, kim jesteście? Nie zapraszałam was do Caed Myrkvid i nie udzielałam zgody na wejście do naszego sanktuarium. Emiel Regis ręczył za was, co prawda, ale obecność w naszym lesie wiedźmina, płatnego mordercy żywych stworzeń…
— Wyniosę się stąd bez chwili zwłoki, czcigodna flaminiko — zapewnił Geralt. - Gdy tylko…
Urwał, widząc druidów z zapalonymi luczywami, podchodzących do stosu i pelnej ludzi wiklinowej kukły.
— Nie! — krzyknął, zaciskając pięści. - Stójcie!
— Ta klatka — powiedziała flaminika, jakby go nie słysząc — miała początkowo służyć jako zimowy paśnik dla głodującej zwierzyny, miała stać w lesie napełniona sianem. Ale gdy schwytaliśmy tych łotrów, przypomniałam sobie wredne plotki i kalumnie, które o nas ludzie rozpowiadają. Dobrze, pomyślałam, będziecie mieli waszą Wiklinową Babę. Samiście ją wyssali z palca, jako budzący zgrozę koszmar, to ja wam ten koszmar zafunduję…
— Każ im się wstrzymać — wydyszal Wiedźmin. - Czcigodna flaminiko… Nie podpalajcie… Jeden z tych bandytów ma ważne dla mnie informacje…
Flaminika splotła ręce na piersi. Jej bławatkowe oczy nadal były miękkie i łagodne.
— O, nie — powiedziała sucho. - Nic z tego. Ja nie wierzę w instytucję świadka koronnego. Wymigiwanie się od kary jest niemoralne.
— Stać! - wrzasnął Wiedźmin. - Nie podkładać ognia! Sta…
Flaminika wykonała ręką krótki gest, a Drzewko, wciąż stojące w pobliżu, zatupało korzeniami i położyło wiedźminowi konar na ramieniu. Geralt usiadł i to z rozmachem.
— Podkładać ogień! - rozkazała flaminika. - Przykro mi, wiedźminie, ale tak być musi. My, druidzi, cenimy i czcimy życie pod każdą postacią. Ale darowywanie życiem zbrodniarzy jest zwykłą głupotą. Zbrodniarzy odstrasza wyłącznie groza. Damy im więc przykład grozy. Wielką nadzieję pokładam w tym, że nie będę musiała tego przykładu powtarzać.
Chrust zajął się błyskawicznie, stos buchnął dymem i ożył płomieniami. Dobiegające z Wiklinowej Baby ryki i wrzaski podnosiły włosy na głowie. Oczywiście, nie było to możliwe we wzmaganej trzaskiem ognia kakofonii, ale Geraltowi zdawało się, że rozróżnia rozpaczliwe skrzeki Słowika i wysokie, pełne bólu krzyki półelfa Schirru.
Miał rację, pomyślał. Śmierć nie zawsze jest taka sama.
A potem — po czasie jednak makabrycznie długim — stos i Wiklinowa Baba litościwie eksplodowały piekłem huczącego ognia, ognia, w którym nie mogło przetrwać nic.
— Twój medalion, Geralt — powiedziała stojąca obok niego Angouleme.
— Słucham? — odchrząknął, bo gardło miał ściśnięte. - Co mówiłaś?
— Twój srebrny medalion z wilkiem. Schirru go miał. Teraz już go straciłeś na amen. Stopił się w tym żarze.
— Trudno — powiedział po chwili, patrząc w bławatkowe oczy flaminiki. - Nie jestem już wiedźminem. Przestałem być wiedźminem. Na Thanedd, w Wieży Mewy. W Brokilonie. Na moście nad Jarugą. W jaskini pod Gorgoną. I tutaj, w Lesie Myrkvid. Nie, ja już nie jestem wiedźminem. Będę się więc musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu.