— Blisko — mruknęła Assire. - Co jeszcze, Carthia?
— Agent, którego Vattier miał w oddziale Skellena, a który również zniknął, nazywał się Neratin Ceka. Vattier musiał go bardzo cenić, bo jest niezwykłe przygnębiony jego zniknięciem.
Ja też, pomyślała Assire, jestem przygnębiona zniknięciem Jediaha Mekessera. Ale ja, w odróżnieniu od Vattiera de Rideaux, wkrótce będę wiedziała, co się wydarzyło.
— A Rience? Vattier nie spotykał się z nim więcej?
— Nie. Nie wspominał.
Obie milczały przez chwilę. Kot na kolanach Assire mruczał głośno.
— Pani Assire.
— Słucham, Carthia.
— Czy długo jeszcze będę musiała grać rolę niemądrej kochanki? Chciałabym wrócić na studia, poświęcić się pracy naukowej…
— Niedługo — przerwała Assire. - Ale jeszcze trochę. Wytrzymaj, dziecko.
Cantarella westchnęła.
Skończyły rozmowę i pożegnały się. Assire var Anahid spędziła kota z fotela, jeszcze raz przeczytała list od Fringilli Vigo, bawiącej w Thussaint. Zamyśliła się, albowiem list niepokoił. Niósł między wierszami jakieś treści, które Assire wyczuwała, ale ich nie pojmowała. Było już po północy, gdy Assire var Anahid, nilfgaardzka czarodziejka, uruchomiła megaskop i nawiązała telekomunikację z zamkiem Montecalvo w Redanii.
Filippa Eilhart była w króciutkiej nocnej koszuli na cieniutkich ramiączkach, a na policzku i dekolcie miała ślady uszminkowanych ust. Assire najwyższym wysiłkiem woli powstrzymała grymas niesmaku. Nigdy, przenigdy nie zdołam tego zrozumieć, pomyślała. I nie chcę tego rozumieć.
— Możemy mówić swobodnie?
Filippa wykonała dłonią szeroki gest, otaczając się magiczną sferą dyskrecji.
— Teraz tak.
— Mam informacje — zaczęła sucho Assire. - Same w sobie nie są one sensacyjne, mówią o tym nawet baby przy studniach. Wszelakoż…
— Cała Redania — powiedział Esterad Thyssen, patrząc na swą mapę — może w tej chwili wystawić trzydzieści pięć tysięcy liniowego żołnierza, z tego cztery tysiące ciężkiej pancernej jazdy. Okrągło licząc, rzecz oczywista.
Dijkstra kiwnął głową. Rachunek był absolutnie precyzyjny — Demawend i Meve mieli podobną armię. Emhyr rozwalił ich w dwadzieścia sześć dni. To samo stanie się z wojskami Redanii i Temerii, o ile się nie wzmocnicie. Popieram waszą ideę, Dijkstra, twoją i Filippy Eilhart. Potrzeba wam wojska. Potrzeba wam bitnej, dobrze wyćwiczonej i dobrze wyekwipowanej konnicy. Potrzeba wam takiej konnicy za jakiś milion bizantów.
Szpieg potwierdził kiwnięciem, że i temu rachunkowi nie da się niczego zarzucić.
— Jak ci jednak bez wątpienia wiadomo — podjął sucho król — Kovir zawsze był, jest i będzie neutralny. Z Cesarstwem Nilfgaardzkim wiąże nas traktat, podpisany jeszcze przez mego dziada, Esterila Thyssena, i imperatora Fergusa var Emreisa. Litera tego traktatu nie pozwala Kovirowi wspierać wrogów Nilfgaardu pomocą wojskową. Ani pieniędzmi na wojsko.
— Gdy Emhyr var Emreis zdławi Temerię i Redanię — odchrząknął Dijkstra — wtedy spojrzy na północ. Emhyrowi nie będzie dosyć. Może się okazać, że wasz traktat nagle nie będzie wart funta kłaków. Dopiero co mowa była o Folteście z Temerii, który układami z Nilfgaardem zdołał kupić sobie raptem szesnaście dni pokoju…
— O, mój drogi — żachnął się Esterad. - Tak argumentować nie wolno. Z traktatami jak z małżeństwem: nie zawiera się ich z myślą o zdradzie, a gdy się zawarło, nie podejrzewa się. A komu to nie pasuje, niech się nie żeni. Bo nie można zostać rogaczem, nie będąc żonatym, ale przyznasz, że strach przed rogami to żałosne i dość śmieszne usprawiedliwienie dla wymuszonego celibatu. A rogi nie są w małżeństwie tematem do rozważań: "co by było, gdyby". Dopóki się rogów nie nosi, nie porusza się tej kwestii, a gdy się już nosi, to i nie ma o czym gadać. A skoro już przy rogach jesteśmy, jak się miewa małżonek pięknej Marie, markiz de Mercey, redański minister skarbu?
— Wasza królewska mość — ukłonił się sztywno Dijkstra — ma godnych pozazdroszczenia informatorów.
— Owszem, mam — przyznał król. - Zdziwiłbyś się, ilu i jak bardzo godnych. Ale i ty nie musisz wstydzić się twoich. Tych, których masz na moich dworach, tutaj i w Pont Vanis. O, daję słowo, że każdy z nich zasługuje na najwyższą notę.
Dijkstra nawet okiem nie mrugnął.
— Emhyr var Emreis — ciągnął Esterad, patrząc na nimfy na plafonie — też ma kilku dobrych i dobrze usadowionych agentów. Dlatego powtórzę: racją stanu Koviru jest neutralność i zasada pacia sunt seruanda, Kovir nie łamie zawartych umów. Kovir nie łamie umowy nawet po to, aby uprzedzić złamanie umowy przez drugą stronę.
— Ośmielę się zauważyć — rzekł Dijkstra — że Redania nie namawia Koviru do łamania paktów. Redania żadną miarą nie zabiega o sojusz czy pomoc wojskową Koviru przeciw Nilfgaardowi. Redania chce… pożyczyć małą sumkę, którą zwrócimy…
— Już to widzę — przerwał król — jak zwracacie. Ale to akademickie rozważania, bo ni szeląga wam nie pożyczę, A obłudną kazuistyką mnie nie racz, Dijkstra, bo pasuje ona do ciebie jak do wilka śliniaczek. Jakieś inne, poważne, mądre i celne argumenty masz?
— Nie mam.
— Poszczęściło ci się — powiedział po chwili milczenia Esterad Thyssen — żeś został szpiegiem. W handlu nie zrobiłbyś kariery.
Jak świat długi był i szeroki, wszystkie pary królewskie miewały oddzielne sypialnie. Królowie — z bardzo różną częstotliwością — odwiedzali sypialnie królowych, zdarzało się, że królowe składały niespodziewane wizyty w sypialniach królów. Potem zaś małżonkowie rozchodzili się do własnych komnat i łóż.
Monarsza para Koviru i pod tym względem stanowiła wyjątek. Esterad Thyssen i Zuleyka sypiali zawsze razem — w jednej sypialni, na jednym olbrzymim łożu z olbrzymim baldachimem.
Przed zaśnięciem Zuleyka — włożywszy okulary, w których wstydziła się pokazywać poddanym — zwykle czytywała swą Dobrą Księgę. Esterad Thyssen zwykle gadał.
Tej nocy też nie było inaczej. Esterad włożył szlafmycę, a do ręki wziął berło. Lubił trzymać berło i bawić się nim, a oficjalnie tego nie robił, bo bał się, że poddani okrzykną go pretensjonalnym.
— Wiesz, Zuleyka — gadał — przedziwne mam ostatnio sny. Już któryś raz z rzędu śni mi się ta wiedźma, moja matka. Staje nade mną i powtarza: "Mam żonę dla Tankreda, mam żonę dla Tankreda". I pokazuje mi sympatyczną, ale bardzo młodą dzieweczkę. A wiesz, Zuleyka, kim jest ta dzieweczka? To Ciri, wnuczka Calanthe. Pamiętasz Calanthe, Zuleyko?
— Pamiętam, mój mężu.
— Ciri — gadał dalej Esterad, bawiąc się berłem — to jest ta, z którą jakoby chce się żenić Emhyr var Emreis. Dziwaczny mariaż, zaskakujący… Jakim więc, u czarta, sposobem miałaby to być żona dla Tankreda?
— Tankredowi — głos Zuleyki zmienił się nieco, jak zawsze, gdy mówiła o synu — przydałaby się żona. Może by się ustatkował…
— Może — Esterad westchnął. - Choć wątpię, ale może. W każdym razie małżeństwo jest jakąś szansą. Hmmm… Ta Ciri… Ha! Kovir i Cintra. Ujście Jarugi! Nieźle to brzmi, nieźle. Ładny byłby sojusz… Ładna koligacyjka… No, ale jeśli tę małą upatrzył sobie Emhyr… Tylko dlaczego właśnie ona pojawia mi się w snach? I dlaczego, do diabła, ja w ogóle śnię jakieś głupstwa? W Ekwinokcjum, pamiętasz, wtedy gdy ciebie też obudziłem… Brrr, cóż to był za koszmar, rad jestem, że nie mogę przypomnieć sobie szczegółów… Hmmm… Może zawezwać jakiegoś astrologa? Wróżbitę? Medium?