Выбрать главу

— Nasyciwszy się pierwej zemstą.

— Tak.

- Żałujesz?

— Nie.

Ból, potworny ból masakrowanych dłoni i palców.

— Tak, jestem winna! Czy to chciałaś usłyszeć? Wyznanie i skruchę? Chciałaś usłyszeć, jak Yennefer z Vengerbergu kaja się i korzy? Nie, tej przyjemności ci nie dam. Winy wyznaję i oczekuję kary. Ale ty nie doczekasz się mojej skruchy!

Ból sięga granic tego, co człowiek jest w stanie wytrzymać.

— Wypominasz mi zdradzonych, oszukanych, wykorzystanych, wypominasz mi tych, co umarli przeze mnie z własnej ręki, z mojej ręki… To, że podniosłam kiedyś rękę na siebie? Miałam widać powody! I nie żałuję niczego! Choćbym mogła cofnąć czas… Nie żałuję niczego.

Sokół usiadł na jej ramieniu.

Wieża Jaskółki. Wieża Jaskółki. Spiesz do Wieży Jaskółki, Córeczko.

*****

Pieje kogut Kambi.

*****

Ciri na karej klaczy, z szarymi włosami targanymi wiatrem w galopie. Z jej twarzy leje się i pryska krew, jaskrawa, żywa czerwień. Kara klacz wzbija się jak ptak, gładko prześlizguje się nad belką kołowrotu. Ciri chwieje się w siodle, ale nie spada…

Ciri wśród nocy, wśród kamienno-piaszczystego pustkowia, ze wzniesioną ręką, z ręki wylatuje świecąca kula… Jednorożec grzebiący kopytem żwir… Wiele jednorożców… Ogień… Ogień…

Geralt na moście. W walce. W ogniu. Płomień odbija się w ostrzu miecza.

Fringilla Vigo, jej zielone oczy szeroko rozwarte w rozkoszy, jej ciemna ostrzyżona główka na otwartej księdze, na frontyspisie… Widać fragment tytułu: Uwagi o śmierci niechybnej…

W oczach Fringilli odbijają się oczy Geralta.

Otchłań. Dym. Schody prowadzące w dół. Schody, którymi trzeba zejść. Coś się kończy. Nadchodzi Tedd Deireadh, Czas Końca…

Ciemność. Wilgoć. Przeraźliwe zimno kamiennych ścian. Zimno żelaza na przegubach rąk, na kostkach nóg. Ból tętniący w zmasakrowanych dłoniach, rwący w zmiażdżonych palcach…

Ciri trzyma ją za rękę. Długi, ciemny korytarz, kamienne kolumny, może posągi… Mrok. W nim szepty, ciche jak szum wiatru.

Drzwi. Nieskończenie wiele drzwi o gigantycznych, ciężkich skrzydłach otwiera się przed nimi bez szmeru.

A na końcu, w nieprzebitej ciemności, takie, które nie otworzą się same. Których otworzyć nie wolno.

Jeżeli się boisz, zawróć.

Nie wolno otworzyć tych drzwi. Ty o tym wiesz.

Wiem.

A jednak prowadzisz mnie tam.

Jeżeli się boisz, zawróć. Jeszcze jest czas, by zawrócić. Jeszcze nie jest za późno.

A ty?

Dla mnie jest.

Pieje kogut Kambi.

Nadszedł Tedd Deireadh.

Aurora borealis.

Świt.

*****

— Yennefer. Zbudź się.

Poderwała głowę. Spojrzała na dłonie. Miała obie. Całe.

— Sigrdrifa? Zasnęłam…

— Chodź.

— Dokąd? — szepnęła. - Dokąd tym razem?

— Słucham? Nie rozumiem cię. Chodź. Musisz to zobaczyć. Coś się stało… Coś dziwnego. Żadna z nas nie wie, jak i czym to wytłumaczyć. A ja się domyślam. Łaska… Spłynęła na ciebie łaska bogini, Yennefer.

— O co chodzi, Sigrdrifo?

— Spójrz.

Spojrzała. I westchnęła głośno.

Brisingamen, święty klejnot Modron Preyji, nie wisiał już na szyi bogini. Leżał u jej stóp.

*****

— Dobrze słyszę? - upewnił się Crach an Craite. - Przenosisz się z twym magicznym warsztatem na Hindarsfjall? Kapłanki udostępnią ci święty brylant? Pozwolą wykorzystać go w twej piekielnej machinie?

— Tak.

— No, no. Yennefer, czy ty się aby nie nawróciłaś? Co się tam wydarzyło, na wyspie?

— Nieważne. Wracam do świątyni i tyle.

— A środki finansowe, o które prosiłaś? Będą potrzebne?

— Raczej tak.

— Seneszal Guthlaf wypełni każde twoje odnośne polecenie. Ale, Yennefer, wydaj te polecenia szybko. Pospiesz się. Odebrałem nowe wieści.

— Cholera, tego się obawiałam. Wiedzą już, gdzie jestem?

— Nie, jeszcze nie wiedzą. Ostrzeżono mnie natomiast, że możesz się pojawić na Skellige i polecono natychmiast uwięzić. Polecono też brać na wyprawach jeńców i dywulgować z nich informacje, choćby nawet strzępki informacji dotyczące ciebie. Twojej bytności w Nilfgaardzie lub w prowincjach. Yennefer, pośpiesz się. Gdyby cię wyśledzili i dopadli tu, na Skellige, znalazłbym się w lekko kłopotliwej sytuacji.

— Zrobię, co w mojej mocy. Także w tym kierunku, by cię nie skompromitować. Nie bój się.

Crach wyszczerzył zęby.

— Powiedziałem: lekko. Ja się ich nie boję. Ani królów, ani czarodziejów. Nic mi nie mogą zrobić, bo jestem im potrzebny, A do tego, by udzielić ci pomocy, byłem zobowiązany przysięgą lenną. Tak, tak, dobrze słyszysz. Formalnie nadal jestem wasalem korony Cintry. A Cirilla ma do tej korony formalne prawa. Reprezentując Cirillę, będąc jej jedyną opiekunką, masz formalne prawo rozkazywać mi, domagać się posłuszeństwa i serwitutów.

— Kazuistyczne sofizmaty.

— No pewnie — parsknął. - Sam to zakrzyknę, wielkim głosem, gdyby mimo wszystko okazało się jednak prawdą, że Emhyr var Emreis zmusił dziewczynę do małżeństwa. Także wtedy, gdyby za pomocą jakichś prawniczych kruczków i zakrętasów wyzuto Ciri z praw do tronu i podstawiono kogoś innego, choćby tego bęcwała Vissegerda. Wtedy bez zwłoki wypowiem posłuszeństwo i przysięgę lenniczą.

— A gdyby — Yennefer zmrużyła oczy — mimo wszystko okazało się, że Ciri nie żyje?

— Ona żyje — rzekł twardo Crach. - Wiem to na pewno.

— Skąd?

— Nie będziesz chciała dać wiary.

— Wypróbuj mnie.

— Krew królowych Cintry — zaczął Crach — przedziwnie związana jest z morzem. Gdy umiera któraś z kobiet tej krwi, morze wpada w istne szaleństwo. Mówi się, że Ard Skellig opłakuje córki Riannon. Bo sztorm jest wtedy tak silny, że bijące od zachodu fale przeciskają się przez szczeliny i jaskinie po strome wschodniej i nagle ze skały tryskają słone ruczaje. A cała wyspa drży. Prosty lud mówi: oto Ard Skellig szlocha. Znowu ktoś umarł. Umarła krew Riannon. Starsza Krew.

Yennefer milczała.

— To nie jest bajka — podjął Crach. - Sam to widziałem, na własne oczy. Trzykrotnie. Po śmierci Adalii Wróżki, po śmierci Calanthe… I po śmierci Pavetty, matki Ciri.

— Pavetta — zauważyła Yennefer — zginęła właśnie w czasie sztormu, trudno więc mówić…

— Pavetta — przerwał Crach, nadal zamyślony — nie zginęła w czasie sztormu. Sztorm zaczął się po jej śmierci, morze jak zwykle zareagowało na zgon kogoś z cintryjskiej krwi. Badałem tę sprawę dostatecznie długo. I jestem pewien swego.

— To znaczy, czego?

— Statek, którym płynęli Pavetta i Duny, przepadł na osławionej Głębi Sedny. Nie był to pierwszy statek, który tam przepadł. Z pewnością wiesz o tym.

— Bajki. Statki ulegają katastrofom, to rzecz raczej naturalna…

— Na Skellige — przerwał dość ostro — wiemy dość o statkach i żegludze, by móc odróżniać katastrofy naturalne od nienaturalnych. Na Głębi Sedny staki giną nienaturalnie. I nieprzypadkowo. To samo dotyczy statku, którym płynęli Pavetta i Duny.

— Nie polemizuję — westchnęła czarodziejka. - Jakie to zresztą ma znaczenie? Po piętnastu bez mała latach?

— Dla mnie ma — zacisnął usta jarl. - Ja wyświetlę tę sprawę. To tylko kwestia czasu. Będę wiedział… Znajdę wyjaśnienia. Znajdę wyjaśnienia wszystkich zagadek. Także tej z czasu rzezi Cintry…