— Nie możesz teraz opuścić kryjówki — wyrzekł z trudem. - Teraz nie. Schwytają cię. Ciri… Twoi prześladowcy… są bardzo blisko. Nie możesz teraz…
Rzuciła na podłogę bluzkę, wstała, jak pchnięta sprężyną.
— Dowiedziałeś się czegoś — ostro stwierdziła fakt. - Od wieśniaka, który wziął skórki. Mów.
— Ciri…
— Mów, proszę!
Powiedział. Później tego żałował.
— Diabeł ich chyba zesłał, dobry panie pustelniku — wymruczał chłop, przerywając na chwilę liczenie skórek. - Diabeł chyba. Od samego Zrównania po lasach ganiali, jakiejś dziewki szukali. Straszyli, krzykali, grozili, ale zaraz dalej jechali, nie zdążyli się nigdy zanadto naprzykrzyć. Ale tera inszą inszość wydumali: ostawili po niektórych wsiach i osadach jakieś, jak to… Puste runki czy jakoś tak. Nijakie to nie są runki, dobry panie, ani puste ani pełne, jeno zwyczajnie trzech albo czterech łotrów szubrawych, utrapienie jedno. Pono będą całą zimę tak czatować, czy dziewka, którą ścigają, nie wychyli się skądsiś z ukrycia i do wsi nie zajrzy. Wtenczas ma ją ten pusty runek chytnąć.
— U was też są?
Chłop spochmurniał, zazgrzytał zębami.
— U nas nie. Mielim szczęście. Ale w Dun Dare, pół dnia od nas, siedzi czterech. W karczmie na wysiółku kwaterują. Łotry, dobry panie pustelniku, łotry zatracone, paskudniki. Do dziewek się brali, a jak się im chłopy postawiły, to ubili, panie dobry, bez litości. Na śmierć…
— Zabili ludzi?
— Dwóch. Sołtysa i jeszcze jednego. I jest to kara na takich, panie dobry, hultajów? Jest prawo? Nie masz kary ni prawa! Jeden stelmach, co do nas z Dun Dare z żoną i córką uszedł, rzekał, pry, byli drzewiej na świecie wiedźmini… Oni porządek z wszelakim łotrostwem czynili. Wezwać by do Dun Dare wiedźmina, co by tych szelmów wytępił…
— Wiedźmini zabijali potwory, nie ludzi.
— To łotry, dobry panie pustelniku, nie żadne ludzie, jeno łotry z piekła wylazło. Wiedźmina na nich trza, rychtyk wiedźmina… No, ale mnie w drogę czas, dobry panie pustelniku… Uch, idzie zimno! Skoro czółno chowaj, a sanie wyciągaj… A na łotrów z Dun Dare, panie dobry, wiedźmina trza…
— O, racja — powtórzyła przez zaciśnięte zęby Ciri. - O, święta racja. Trzeba wiedźmina… Albo wiedźminki. Czterech, tak? W Dun Dare, tak? A gdzie jest to całe Dun Dare? W górze rzeki? Dojechałabym przez kępy?
— Na bogów, Ciri — przeraził się Vysogota. - Ty chyba nie myślisz poważnie…
— Nie zaklinaj się na bogów, jeśli w nich nie wierzysz. A wiem, że nie wierzysz.
— Zostawmy w pokoju mój światopogląd! Ciri, co za diabelskie pomysły lęgną ci się w głowie! Jak w ogóle możesz…
— Teraz ty zostaw w pokoju mój światopogląd, Vysogoto. Ja wiem, co do mnie należy! Jestem wiedźminką!
— Jesteś osobą młodą i niezrównoważoną! - wybuchnął. - Jesteś dzieckiem po traumatycznych przejściach, dzieckiem skrzywdzonym, neurotycznym i bliskim załamania nerwowego. I nade wszystko jesteś chora z pragnienia zemsty! Zaślepiona żądzą odwetu! Czy ty tego nie rozumiesz?
— Rozumiem lepiej niż ty! — wrzasnęła. - Bo ty pojęcia nie masz, co to znaczy być skrzywdzonym! Pojęcia nie masz o zemście, bo nikt nigdy nie wyrządził ci prawdziwego zła!
Wybiegła z chaty, trzaskając drzwiami, przez które na moment wdarł się do sionki i izby przenikliwie zimny wicher. Po krótkiej chwili usłyszał rżenie i łomot kopyt.
Wzburzony, trzasnął talerzem o stół. Niech jedzie, pomyślał gniewnie, niech wytrzęsie z siebie złość. Bać się o nią nie bał, jeździła wśród bagien często, w dzień i w nocy, znała ścieżki, groble, kępy i grądy. Gdyby zaś i nawet zabłądziła, wystarczyło puścić wodze luzem — kara Kelpie znała drogę do domu, do koziej obórki.
Po jakimś czasie, gdy już mocno się ściemniło, wyszedł, zawiesił latarnię na słupie. Stanął przy żywopłocie, nadstawił uszu na stuk kopyt, na pluśnięcia wody. Wicher i szum trzcin tłumiły jednak wszelkie odgłosy, latarnia na słupie kolebała się jak wściekła, wreszcie zgasła.
I wtedy usłyszał. Z oddali. Nie, nie od strony, w którą pojechała Ciri. Od strony przeciwnej. Od bagien.
Dziki, nieludzki, przeciągły, zawodzący krzyk. Skowyt.
Chwila ciszy.
I znowu. Bearm'shie.
Elfi upiór. Zwiastunka śmierci.
Vysogota zadygotał, z zimna i ze strachu. Wrócił szybko pod chałupę, mamrocząc i nucąc pod nosem, by nie usłyszeć, by nie słyszeć, bo tego nie wolno było słyszeć.
Zanim zdążył ponownie zapalić latarnię, z ciemności wyłoniła się Kelpie.
— Wejdź do chaty — powiedziała Ciri, łagodnie i miękko. - I nie wychodź. Paskudna noc.
Przy wieczerzy posprzeczali się znowu.
— Zdajesz się dużo wiedzieć o problemach dobra i zła!
— Bo wiem! I to nie z uniwersyteckich ksiąg!
— Nie, oczywiście. Ty wszystko wiesz z własnego doświadczenia. Z praktyki. Zdobyłaś wszak mnóstwo doświadczeń w twym długim, szesnastoletnim życiu.
— Dość ich zdobyłam. Wystarczająco dużo!
— Gratuluję. Koleżanko uczona.
— Ty sobie drwisz — zacisnęła zęby — nawet przedstawienia nie mając, ile niedobrego narobiliście światu wy, zdziadziali uczeni, teoretycy z waszymi księgami, ze stuletnim doświadczeniem czytania traktatów moralnych, tak sumiennie, że nie mieliście czasu nawet z okna zobaczyć, jak naprawdę świat wygląda. Wy, filozofowie, sztucznie podtrzymujący sztuczne filozofie, by brać pensje na uniwersytetach. A że pies z kulawą nogą nie zapłaciłby wam za brzydką prawdę o świecie, wymyśliliście etykę i moralność, nauki ładne i optymistyczne. Tyle, że zełgane i szachrajskie!
— Nic bardziej szachrajskiego nad nie przemyślany osąd, smarkulo! Nad pospieszne i nierozważne wyrokowanie!
— Nie znaleźliście remedium na zło! A ja, smarkata wiedźminką, znalazłam! Niezawodne remedium!
Nie odpowiedział, ale twarz musiała go zdradzić, bo Ciri gwałtownie zerwała się zza stołu.
— Uważasz, że wygaduję głupstwa? Że mówię na wiatr?
— Uważam — odrzekł spokojnie — że mówisz w rozdrażnieniu. Uważam, że planujesz zemstę w rozdrażnieniu. I gorąco cię namawiam, byś się uspokoiła.
— Ja jestem spokojna. A zemsta? Odpowiedz mi: dlaczego nie? Dlaczego mam rezygnować z zemsty? W imię czego? Wyższych racji? A cóż wyższego nad porządek rzeczy, w którym złe uczynki są karane? Dla ciebie, filozofie i etyku, zemsta to czyn nieladny, naganny, nieetyczny, wreszcie bezprawny. A ja pytam: gdzie kara za zło? Kto ma ją stwierdzić, orzec i wymierzyć? Kto? Bogowie, w których nie wierzysz? Wielki demiurg-stwórca, którym postanowiłeś bogów zastąpić? A może prawo? Może nilfgaardzka sprawiedliwość, cesarskie sądy, prefekci? Ty naiwny starcze!
— A więc oko za oko, ząb za ząb? Krew za krew? A za tę krew, następna krew? Morze krwi? Chcesz świat we krwi utopić? Naiwna, skrzywdzona dziewczyno? Tak chcesz walczyć ze złem, wiedźminko?
— Tak. Właśnie tak! Bo ja wiem, czego Zło się lęka. Nie etyki twojej, Vysogoto, nie kazań, nie moralnych traktatów o poczciwym życiu. Zło bólu się lęka, kalectwa, cierpienia, śmierci wreszcie! Zranione Zło wyje z bólu jak pies! Tarza się na podłodze i kwiczy, patrząc, jak krew chlusta z żył i arterii, widząc sterczące z kikutów kości, widząc kiszki wypełzające z brzucha, czując, jak wraz z zimnem nadchodzi śmierć. Wtedy i tylko wtedy Złu włosy dęba stają na łbie i wrzeszczy wtedy Zło: "Litości! Żałuję za grzechy! Dobre już będę i poczciwe, przysięgam! Tylko ratujcie, zatamujcie krew, nie dajcie podle sczeznąć!"