W głosie chłopca dźwięczała nadzieja.
– Prawdziwe, wielkie likanty. Podkradają się cicho, stawiają kolce na grzbiecie, odsłaniają kły. A potem wybierają najsłabszą sztukę, starą albo chorą…
Koń odwrócił się tyłem.
– Ojej, Smutek! Czego się obraziłeś? – zawołał Matej. – Nie bój się likantów. Obronię cię. Nie parskaj pogardliwie. Jestem wielkim kolonistą, istotą ze szczytu drabiny pokarmowej. Tak mówiła panna Zola na biologii. A może to były schody pokarmowe? Chodź tu, nie złość się.
Koń podszedł powoli, trącił nosem wyciągniętą dłoń chłopca. Matej pogłaskał mięciutkie jak aksamit chrapy.
Ogromny step szemrał cichym, kojącym głosem traw. Źdźbła czesane dłońmi wiatru gwarzyły z sobą tysiącem głosów. Były tam szepty i śmiech, i szloch, wibrujące dziwną, dziką pieśnią. To była obca ziemia, szalona, groźna, słodka i kusząca, a chłopiec i koń, mimo że przyszli tu na świat, byli tylko intruzami.
Matej czuł, jak pieśń trawy przenika przez niego, kształtuje na nowo i zmienia. Ogromne błękitnofiołkowe niebo spoglądało na ludzkiego niedorostka i starego konia niczym oko nieznanego boga.
Od słodkiego zapachu kręciło się w głowie, z ziemi bił ciężki, mdlący aromat rozkładu, woń żyznego gruntu. Matej czuł jednocześnie gorąco i chłód, głęboki niepokój pomieszany z niezwykłą ekscytacją. Słyszał, jak bije potężne, mroczne, kipiące życiem serce planety. Musiał się odezwać, musiał wypowiedzieć tajemnicze, ukryte imię, o którym tak bardzo pragnął zapomnieć, które wydawało się jedynie wymysłem wyobraźni, kiedy siedział spokojnie w domu z rodzicami i siostrą. Musiał, żeby nie oszaleć, nie utracić zupełnie kontaktu z rzeczywistością.
– Myślisz, że Ojciec Traw rozmawia tylko z nami? – spytał szeptem.
Po gładkiej brązowej skórze Smutka przebiegł dreszcz, w ciemnym oku zapłonęła i zgasła iskra lęku. A może tak się tylko chłopcu zdawało. Wstał, trzęsącymi się palcami uchwycił gęstą, szorstką grzywę konia.
– O rany, ale późno – powiedział piskliwym, łamiącym się głosem, który miał brzmieć beztrosko. – Chyba pojedziemy do domu, co, Smutek?
Koń rzucił łbem, błysnęło białko w pełnym strachu oku. Chłopiec błyskawicznie wskoczył na grzbiet wierzchowca, ścisnął ciepłe boki kolanami.
– Wracajmy do domu, koniku – szepnął trwożnie, pochyliwszy się nad kosmatym uchem. – Najszybciej jak dasz radę, dobra?
Smutek ruszył ciężkim kłusem.
Ojciec doglądał krów na pastwisku i jeszcze nie zdążył wrócić do domu, co Matej przyjął z ulgą. Z pewnością robiłby chłopcu wymówki, że zmusił Smutka do zbyt forsownego biegu. Prawie całą drogę przebyli kłusem, a przez spory odcinek nawet galopem. Sierść konia pociemniała od potu. Matej zwolnił dopiero, gdy ujrzał na horyzoncie zabudowania fermy, a teraz wyrzucał sobie narażenie przyjaciela na zbyt duży wysiłek. Niedawny lęk znikł bez śladu. Chłopiec czuł nawet lekkie zawstydzenie, że dał się ponieść bezsensownej obawie. Wprowadził Smutka do stajni, starannie wytarł słomą spocone boki, przykrył grzbiet derką i postanowił nie poić wcześniej niż za pół godziny.
Umył ręce i twarz pod kranem na zewnątrz i wszedł do domu. Matka była w kuchni. Lepiła pierogi, podśpiewując pod nosem.
– No, jesteś wreszcie. Włóczęga z ciebie. – Uśmiechnęła się na jego widok. – Nie oddalałeś się za bardzo od domu, co?
Potrząsnął głową.
– No pewno! Uważaj, bo uwierzę – sarknęła, ale Matej wiedział, że jest w dobrym humorze. – Tata już wraca. Nigdzie nie przepadnij, zaraz będzie obiad. Idź nakarmić kurczaki. A po jedzeniu pójdziemy do ogródka pielić. Pomożesz mi. No co? Myślałeś, że robota sama się zrobi? Aha, i powiedz siostrze, że za chwilę siadamy do stołu.
– Tak, mamo – powiedział. – A gdzie ona jest?
Matka wzruszyła ramionami.
– Sam wiesz. Na plotach. Kiedyś terminal od tego pęknie.
Matej parsknął śmiechem. Faktycznie, Marika, odkąd skończyła czternaście lat, nieustannie wisiała w sieci, ględząc z przyjaciółkami i flirtując z chłopakami mieszkającymi często o kilka dni drogi od ich domu. Matej nie mógł pojąć, jak można nazywać te dziwne fantomy przyjaciółmi i co to za kumple, których nie widuje się częściej niż kilka razy w roku, ale Marika twardo powtarzała, że to on jest głupi i dziwny.
Matej właściwie nie lubił siostry. Nie pasowała do niego, mamy i taty. Wiecznie narzekała, skwaszona albo wkurzona. Skończyła szesnaście lat i nabrała przekonania, że jest jedyną wartościową osobą w domu. Potrafiła nie odzywać się całymi dniami, przewracać tylko oczami i pogardliwie wydymać wargi. Co nie przeszkadzało jej nieustannie trajlować z koleżankami i przymierzać holo-ciuchy z wirtualnych sklepów. W głębi duszy Matej nie miałby nic przeciw temu, żeby siostra znikła. Albo umarła zamiast Smutka. Nagle zestarzała się i zwiędła, a koń znów stał się pełnym wigoru źrebakiem. Odkąd wpadł na ten pomysł jakieś dwa lata temu, modlił się czasem o cudowną zamianę, choć nie umiał wyzbyć się pewnego poczucia winy. W końcu Marika była jego jedyną siostrą, a rodzice, nie wiedzieć czemu, naprawdę ją kochali. Kiedyś, raz jedyny, gdy naprawdę go wkurzyła, zapragnął poprosić Ojca Traw, żeby zabrał jej życie i oddał Smutkowi, lecz nie ośmielił się wypowiedzieć życzenia. Pożałował tej myśli natychmiast, gdy przyszła mu do głowy, ale i tak się obawiał, że Ojciec Traw usłyszał. On wiele słyszał. I wiele wyczuwał. A dziwna czerwona lampka zapalająca się czasami w umyśle chłopca ostrzegała, że jest niebezpieczny. W kontaktach z Ojcem Traw należało ukrywać emocje i nigdy nie dopuszczać go zbyt blisko do swoich myśli. Co do tego Matej nie miał wątpliwości. Znacznie lepiej było zapomnieć o Ojcu Traw zaraz po przyjściu do domu. Wyrzucić ze świadomości, wepchnąć w ramy dziecinnej fantazji i nigdy, pod żadnym pozorem, nie wspominać o nim nikomu. Zresztą w domu to stawało się niezwykle łatwe. Jeśli tylko nie znajdował się głęboko w stepie, chłopiec wcale nie potrafił przysiąc, czy kiedykolwiek rozmawiał z Ojcem Traw, czy to była tylko wyobraźnia.
Nakarmił kurczaki i wdrapał się na poddasze, do pokoju Mariki. Przez drzwi słyszał hałas, śmiechy, odgłosy muzyki. Wziął głęboki wdech i zastukał. Bez rezultatu. W sumie, nauczony doświadczeniem, nie spodziewał się żadnego efektu, ale wpajane mu przez matkę zasady grzeczności nakazywały zawsze pukać przed wejściem do cudzego pokoju. Uderzył w drzwi pięścią. Nic. Złapał za klamkę, szarpnął. Oczywiście, zamknięte.
– Marika! – zawołał więc, nie przestając szarpać klamki. – Mama woła na obiad.
Za drzwiami nic się nie wydarzyło.
– Marika, obiad! – powtórzył. – Tata pewnie już jest.
Dalej nic.
Rozzłoszczony kopnął we framugę.
– Marika! – wrzasnął ile sił w płucach. – Obiaaaad!
W wąziutkiej szparze ukazała się blada z wściekłości
twarz siostry.
– Wynocha, szczeniaku! Nie przeszkadzaj!
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
– Mama woła na obiad – powtórzył z uporem chłopiec.
Z pokoju dało się słyszeć gniewne: „Won!" i tyle. Matej zszedł do kuchni. Matka wycierała w ścierkę umączone dłonie.
– Nakarmiłem kurczaki – oznajmił. – Marika nie chce zejść. Wyrzuciła mnie.
– Co za dziewucha. No nic, sama pójdę. Umyj ręce. Tata już się przebiera.
Matej zobaczył w oczach matki lęk pomieszany z bezradnością. Dawno już zauważył, że rodzice nie wiedzą, jak postępować z córką. Matka z westchnieniem odłożyła ścierkę.
– Rozłóż talerze, ale szybko. Tata lubi mieć obiad na stole, jak wraca. Pierogi odcedź i wrzuć do tej dużej miski. A garnek z barszczem postaw na stole.
Skinął głową.
Matka poszła na górę. Przez chwilę słyszał jej podniesiony głos. Potem zapadła cisza.
– No, Matej! – Kuchenne drzwi otworzyły się z trzaskiem i w progu stanął ojciec. – Teraz ty będziesz w domu gotował? Gdzie mama?
– Poszła na górę, po Marikę.
Brwi ojca zmarszczyły się lekko.
– Ach tak – mruknął. – Daleko dziś jeździłeś?
– Nie – skłamał chłopiec. – Trochę przewietrzyć Smutka.
Tata z zadowoleniem skinął głową.
– Dobrze. Nie trzeba go zbytnio gonić. Oporządziłeś jak trzeba?
– Tak, tato.
– No! O żywe trzeba dbać. Tak mnie ojciec uczył. I dziadek. A teraz ja uczę ciebie, żebyś wyrósł na porządnego gospodarza. Nie takiego jak ten, na przykład, Osianko – machnął ręką.
Matej potakiwał, nie słuchając, przyzwyczajony do ojcowskich pouczeń.
Z góry zeszła matka. Tata uśmiechnął się na widok wchodzącej żony.
– A co tak pięknie pachnie? Jakieś pyszności?
Odpowiedziała uśmiechem.
– Zrobiłam pierogi. Mocno nabite, takie jak lubisz. Już podaję.
– No, w sam czas. Jestem głodny jak likant.
Matej wyciągnął szyję.
– Skąd tato wie, że likanty są głodne? – spytał.
Ojciec poczochrał mu włosy.
– Bo one są jak ziemskie wilki. A wilki nigdy się nie najadają do syta. Trudno im zagonić i zagryźć duże zwierzę, to i nażreć się nie mogą. Zwłaszcza zimą. Dawno temu, na Ziemi, podchodziły nocą pod chałupy, porywały bydło z obór.