Biegłam przez las. Dookoła mnie panowała niczym niezmącona cisza. Nagle za plecami usłyszałam kroki. Przyspieszyłam. Moje serce ze strachu prawie wyskoczyło z piersi. Chociaż jeszcze niczego nie widziałam, to podświadomie czułam, że o n gdzieś tam jest.
Zobaczyłam przed sobą wzgórze. Majaczyło w ciemności ledwo widoczne poprzez otaczającą je szarą, nienaturalną mgłę. Szybko zaczęłam się na nie wspinać.
Gdy dotarłam na szczyt, przystanęłam… Przede mną na szeroko rozstawionych łapach stał czarny wilk. Zwierzę zawyło do księżyca, a następnie spojrzało na mnie, obnażając białe kły. Wilk zamierzał się na mnie rzucić!
Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię i gwałtownie ciągnie do tyłu. Krzycząc, wyrwałam się i odwróciłam. W ciemności dojrzałam błysk księżycowego światła w oczach mojego prześladowcy…
Przerażona usiadłam, szamocząc się z kołdrą, a krzyk zamarł mi w gardle. Sen znowu się zmienił! Prawie zobaczyłam jego twarz! W zasadzie to widziałam tylko oczy, bo reszta ukryta była w cieniu, ale to i tak coś. Jeszcze parę takich okropnych nocy i pewnie dowiem się, kto mnie goni. Jeżeli wytrwam psychicznie do tego momentu…
Nie mogąc wciąż opanować drżenia ramion, zapaliłam światło. Czułam, że ono daje mi pewnego rodzaju siłę, żeby przepędzić strach.
Dlaczego ten koszmar mnie prześladuje? O co w nim chodzi? Jednak, co było do przewidzenia, odpowiedzi na te pytania nie znalazłam.
Zrezygnowana położyłam się i próbując o wszystkim zapomnieć, zapadłam w głęboki sen.
Gdy obudziłam się rano, rodziców już nie było. Zjadłam śniadanie i nakarmiłam Swetera, nadal czujnie go obserwując. Jednak od tamtej nocy zachowywał się całkowicie normalnie.
Dochodziła już pora mojego wyjścia z domu, więc zaczęłam się zbierać i nagle to do mnie dotarło: jak ja dojadę do szkoły?! Przecież mój rower jest kompletnie zniszczony. W każdym razie tak wczoraj stwierdził tata, kiedy go przywiózł. Miałam nadzieję, że odwiezie mnie mama, ale przecież oboje już dawno wyjechali.
Właśnie wpadłam na wspaniały pomysł, uznałam, że z braku i środków transportu zostanę w domu, gdy zauważyłam kartkę przyklejoną do drzwi lodówki.
Nie możemy podwieźć cię do szkoły, więc zadzwoniliśmy wczoraj do mamy Ivette i spytaliśmy, czy mogłaby cię podrzucić. Wpadnie po ciebie o wpół do ósmej.
Całuję.
Mama
A niech to!!! Już wyobraziłam sobie, że oddam się słodkiemu lenistwu i wreszcie na cały regulator posłucham muzyki. A teraz co? Muszę jechać do szkoły – i to w pojeździe lalki Barbie!!!
Punktualnie o siódmej trzydzieści pod dom zajechał samochód Iv.
Tylko że wyglądał zupełnie inaczej. Jego karoseria nie lśniła już jaskrawym różem, była po prostu czarna! Z każdej strony zniknął ten obrzydliwy różowy kolor. Wiem, bo go obeszłam dookoła! Wreszcie zdziwiona wsiadłam do środka i zawołałam:
– Co się stało?
– Podoba ci się? – spytała Ivette uśmiechnięta od ucha do ucha. – Wczoraj go przemalowali.
– Ale dlaczego? – spytałam.
– Stwierdziłam, że różowy już przestał mi się podobać. Czemu masz taką dziwną minę?
– Po prostu nie mogę w to uwierzyć! – Ocknęłam się. – Aha, nie mogę dzisiaj u ciebie nocować. Rodziców nie ma w domu, więc…
– Okay, nie tłumacz się – odpowiedziała nadal uśmiechnięta. – Zawsze możemy to zrobić kiedy indziej.
– Dobra.
Rany! Co się stało z Ivette? Ciekawe, jakie jeszcze niespodzianki mnie dzisiaj spotkają? O, właśnie coś mi się przypomniało!
– O jakim chłopaku mówiłaś wczoraj wieczorem? – spytałam, jakby od niechcenia.
– Aaa… – zaczerwieniła się. – Nazywa się Aki. Jest od nas starszy, ma siedemnaście lat.
Hm, pierwszy raz słyszę takie dziwne imię.
– Nie mam z nim historii sztuki – stwierdziłam i w myśli szybko przebiegłam listę osób z moich zajęć.
– Ja mam – odpowiedziała. – Siedzę koło niego.
Aaa, to wiele wyjaśnia. No proszę, Ivette się zakochała! Ciekawe, czy dlatego przemalowała samochód? Czyżby chciała mu się przypodobać? Matko… koniecznie muszę się dowiedzieć, jak ten Aki wygląda. Ciekawe, czy jest sportowcem?
Pewnie tak, skoro Iv cały czas mówi tylko o tym, co trzeba zrobić, żeby się z nimi choć trochę zintegrować.
– Musisz mi go pokazać na korytarzu – dodałam.
– Eee, no dobra – mruknęła zakłopotana.
Jeszcze chwilę gadałyśmy, jadąc, ale niestety prędko dotarłyśmy na parking. Znowu szalenie ciekawe godziny z nauczycielami…
W szkole było dość nudno (no kto by pomyślał?). Na szczęście nie miałam dzisiaj żadnych zajęć na basenie. Gdybym miała, musiałabym spotkać się z Peterem, a on chyba wciąż ma do mnie żal. Dzisiaj nabijają się z niego jeszcze bardziej. Ha, ha! Dobrze mu tak! Po tym, co zrobił z moim rowerem, jestem na niego śmiertelnie obrażona.
Poza tym myślę o małej zemście. Z koła mojego roweru wyjęłam jeden gwóźdź, a że nasz szkolny parking jest strasznie ciasny, przeciskając się obok takiego srebrnego porsche (model z otwieranym dachem), można łatwo o niego zahaczyć, no nie? I zrobić dłuuuuugą rysę. Och, to by było straszne! Pewnie bulnąłby kupę forsy za nowy lakier. Jaki to pech, że jestem na niego zła, mam gwóźdź i nie zawaham się go użyć, prawdziwy pech…
Hm, może powinnam o tym całym zajściu powiedzieć rodzicom? Przecież to nie jest normalne (mam na myśli zachowanie Petera – moje jest całkowicie zrozumiałe, zresztą jeszcze nic nie zrobiłam, i jak znam swoje tchórzostwo, pewnie niczego nie zrobię). Ale jeśli on coś mi zrobi? W końcu wszystko jest możliwe. Muszę się nad tym zastanowić.
Właśnie szłam z Ivette na biologię (jak na razie to jedyny przedmiot, na którym nie ziewam – oczywiście poza WF-em, bo pod wodą ziewać się nie da) i opowiadałam jej o tym, że wczoraj do domu odwiózł mnie Max, gdy drogę zagrodził nam Peter. Siniak przybrał piękny, fioletowy odcień, ha, ha!
– To ci nie ujdzie na sucho! – warknął do mnie. Widocznie na serio mu dzisiaj dopiekli. Kurczę, kiedy on się wreszcie ode mnie odczepi?! I ciekawe, co by było, gdybym naprawdę użyła tego gwoździa?
– Co mi nie ujdzie na sucho? – spytałam zaczepnie. – To, że się broniłam? Czy może to, że wszyscy się z ciebie nabijają, bo uderzyła cię dziewczyna?
Tak. Wiem, że to nie było mądre. Zważywszy na to, że on jest koszykarzem, a ja nie sięgam mu nawet do brody. Ale jak zwykle byłam odważna nie w tym momencie, co trzeba.
– Ty! – krzyknął i zamachnął się.
Skuliłam się, oczekując ciosu i zamknęłam oczy. Rany!!! On mnie zaraz uderzy!!! Pomocy!!! Czy na tym korytarzu nie ma nikogo, kto by mi pomógł?! Iv!!! Gdzie jesteś?!
– Zostaw ją – usłyszałam cichy, ale silny głos tuż przed sobą. Szybko otworzyłam oczy, ale jedyne, co zobaczyłam, to plecy Maksa (poznałam po tej jego zabójczej motocyklówce), który stał przede mną.
Delikatnie wyjrzałam zza mojej żywej tarczy. Max trzymał Petera za rękę, którą tamten chciał mnie uderzyć!
– Co ci do tego?! – warknął Peter, wyrywając dłoń z uścisku.
– Drażni mnie, kiedy ktoś bije dziewczyny! – odpowiedział tym samym tonem Max.
– To twoja dziewczyna, że jej tak bronisz, metalu? – spytał, uśmiechając się drwiąco, Peter.
– A co, przeszkadza ci to? – zgasił go Max.
– Że co? – spytał głupio Peter.
– Że co? – zapytałam w tym samym momencie.
– Max! Chodź! – jeden z jego kumpli zawołał go z drugiego końca szkolnego korytarza.
– Spadaj stąd! – warknął Max do Petera. – Albo pożałujesz!
– Też coś! – prychnął Peter i odszedł, mrucząc coś pod nosem. Widocznie przestał być odważny, gdy zauważył, że kumple Maksa się do nich zbliżają. Co za tchórz! Choć w zasadzie to mu się nie dziwię. Dziewięciu wysokich, ubranych w skórzane kurtki chłopaków to może być przerażający widok. Max odwrócił się i też odszedł.