Ekhm, to znaczy… o, Max już wychodzi z wody!
Niech to! Znowu mi uciekł. Wręcz pobiegł do szatni. A przecież nie wejdę za nim do męskiej przebieralni. Nie jestem aż tak zdesperowana. Chociaż…
Nie, no bez żartów, nie weszłam tam. Mimo że miałam ochotę.
Ale jak się okazuje, wcale nie musiałam. Gdy weszłam do pustej szatni (wiecie, jestem jedyną dziewczyną w tej szkole, która przychodzi na dodatkowe zajęcia z Pijawką – jedyną na tyle głupią), zauważyłam na swoim ręczniku jakąś kopertę.
Wzięłam ją do ręki.
Hm, nie ma nadawcy. Za to z przodu jest moje imię wydrukowane na komputerze.
Rozerwałam kopertę i przeczytałam także wydrukowaną, krótką wiadomość:
Spotkajmy się dziś o dziesiątej wieczorem, przy jeziorze.
Max
Nie muszę chyba mówić, że mnie trochę zatkało.
Max napisał do mnie list! Sposób wypowiedzi, że tak powiem, pasuje do niego. Nigdy nie mówi zbyt dużo. Ale że chce się ze mną spotkać? A po co?
Nie żebym miała jakieś zastrzeżenia, o nie! Ja po prostu jestem ciekawa. Czy tylko z czystej uprzejmości odpowiada na moje nachalne „cześć”. A że pomógł mi wtedy, kiedy wyżywał się na mnie Peter i Debbie? Wtedy też robił to z uprzejmości?
Nie wiem, jak to jest, ale nigdy nie interesują się mną ci faceci, którymi ja się interesuję. To jakiś pech…
Spotkanie dzisiaj przy jeziorze… Pewnie chodzi mu o to miejsce, gdzie odbyło się tamto nieszczęsne przyjęcie, na które poszłam z Peterem… Zresztą nie znam innego miejsca. Wokół sam las…
Co mam zrobić? Pójść?
A zresztą, po co te pytania? To chyba oczywiste, że pójdę! Gorzej, że nie wiem, jak się wydostanę z domu bez wiedzy rodziców. Może przez kuchnię?
Rzeczywiście, wyszłam przez kuchnię. Chociaż muszę wam powiedzieć, że drogo mnie to kosztowało.
Gdy już się przebrałam… tak, zdążyłam i to wcale nie jest śmieszne… No więc, jak już się przebrałam i z butami w ręku wyszłam z pokoju, to na kogo omal nie wpadłam? Na swojego własnego ojca, który się musi snuć wieczorami po domu. Dobrze, że nie dostałam zawału, kiedy wyszedł nagle z ciemnego korytarza. W ostatniej chwili wskoczyłam do łazienki. Jakby nie mógł w tym momencie siedzieć w miejscu. Ale nie, jemu się zebrało na spacery po nocy! Bogu dzięki, że mnie nie zauważył… Następnym razem zejdę po pergoli, bo bezpieczniejszego wyjścia nie widzę.
Jakoś w końcu wymknęłam się z domu. Czekał mnie dłuuugi spacer (w końcu mój rower został przecież totalnie zniszczony), bo jakoś niestety nie potrafię tak łatwo znaleźć drogi po ciemku jak Max. A szkoda…
Byłam w adidasach, więc jakoś tam dotarłam. Szłam przez godzinę!!! No i tym razem nie zmarzłam, bo włożyłam kurtkę.
Taak… pusty parking. Nigdzie nie ma Maksa. Ale z drugiej strony jeszcze nie ma dziesiątej.
Jest za pięć.
Oho, widzę jakieś światła. Może to jego auto?
Stanęłam w zasięgu reflektorów. Za samochodem, który trochę mnie w tym momencie oślepiał, ukazały się… światła następnego. Więc to chyba nie jest jednak Max…
Lampy pogasły, a ja zobaczyłam mroczki przed oczami. A potem usłyszałam czyjś złośliwy śmiech. Otworzyłam oczy. Przede mną stała Debbie w otoczeniu kilku cheerleaderek i sportowców. Petera nie dostrzegłam.
Ależ ja jestem głupia. Przecież to oczywiste, że zastawili na mnie pułapkę. Max w życiu by do mnie nie napisał takiego liściku. No, fajnie… Ciekawe, co mi chcą zrobić? Zaczęli mnie już okrążać.
Albo przed chwilą widziałam nożyczki w ręku którejś dziewczyny, albo mi się przywidziało. Oby mi się przywidziało.
– Pewnie zastanawiasz się, co ci zrobimy? – krzyknęła do mnie Debbie.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie, mimo że w środku cała aż dygotałam. – Zastanawiam się jak w najboleśniejszy sposób wybić ci zęby.
Wiem, wiem wpakuję się przez to w jeszcze większe kłopoty. Jednak dziewczyna nie wiedziała, co mi odpowiedzieć. Zaskoczyłam ją.
W końcu ocknęła się i zawołała:
– Łapcie ją!
Rzecz jasna, zaczęłam uciekać. Ale przed sobą miałam tylko jedną drogę – w stronę jeziora. Usiłowałam skręcić, ale cały czas ktoś mnie przeganiał i musiałam robić uniki. Po paru minutach osaczyli mnie przy samej linii wody, na plaży.
Zmoczyłam adidasy, cholera…
– Teraz już nam nie uciekniesz – zaśmiała się Debbie i jej równie pustogłowe przyjaciółki.
– Co chcecie mi zrobić? – spytałam, usiłując grać na zwłokę. Nie wiem tak naprawdę, po co, ale…
– Najpierw obetniemy cię na łyso! – zawołała dziewczyna z nożyczkami.
Czyli zgadłam?
– Potem zabierzemy ci ubranie! – dodał jakiś chłopak.
O…
– Pomalujemy farbą.
…rany…
– Zrobimy zdjęcie.
…boskie…!
– I zostawimy tutaj, a zdjęcia rozwiesimy w całej szkole. Uciekam. To więcej niż pewne. Pytanie tylko: jak? Jedyna droga ucieczki prowadzi do wody. Super, czyli jednak całkiem zmoczę adidasy…
– Ty to wymyśliłaś, czy ktoś musiał ci w tym pomóc? – spytałam jeszcze Debbie.
– Sama to wymyśliłam – odparła wściekła.
Niech mi ktoś wyjaśni, po co ja ją jeszcze bardziej wkurzam?
– Bierzcie ją! – krzyknęła w końcu Debbie, wskazując na mnie olbrzymim tipsem.
A niech to, nowiutkie adidasy… Odwróciłam się na pięcie i wbiegłam do wody. Oczywiście oni wbiegli za mną. Ale kiedy woda sięgała mi już do pasa, dali sobie spokój. Zatrzymali się w miejscu, gdzie była tylko po kolana.
– Boicie się, że się rozpuścicie? – zaśmiałam się.
– Nie – odpowiedziała Debbie. – Po prostu poczekamy, aż wyjdziesz.
I dopiero w tej chwili zauważyłam, że jestem w pułapce. Ekstra… i to w dodatku mokrej i zimnej pułapce. To się wkopałam…
Sportowcy rozsiedli się na maskach samochodów. Najwyraźniej rzeczywiście mieli zamiar czekać, aż wyjdę. Wspaniale, po prostu cudownie… Rozejrzałam się. Znikąd żadnej pomocy.
Lodowaty dreszcz przebiegł mi po plecach. Jak tak dalej pójdzie, to albo tu zamarznę i dostanę zapalenia płuc, albo poddam się i wyjdę.
– To jak?! – wykrzyknęła Debbie. – Siedzisz tam już pół godziny! Wychodzisz?
– Odwal się – warknęłam pod nosem i potarłam dłonią o drugą dłoń.
Okropnie mi zimno. Muszę się stąd wydostać. Ciekawe, czy kiedy zanurkuję, to złapie mnie skurcz? No cóż, nie dowiem się, jeśli nie spróbuję. Zaczęłam iść głębiej w wodę.
– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła wściekła Debbie.
– Idę się utopić, a co masz przeciwko temu?! – odkrzyknęłam hardo.
– Wracaj tu!!!
– A udław się pomponem!!! – zawołałam najgłośniej, jak potrafiłam i zanurkowałam.
Początkowo przeżyłam lekki szok i zachłysnęłam się lodowatą wodą, ale zaraz wypłynęłam na powierzchnię i uspokoiłam oddech. Jest dobrze, chyba nie utonę. Tylko te dżinsy ciągną mnie cały czas w dół. Wzięłam zamach i spróbowałam płynąć kraulem. Jednak mokra kurtka nie była teraz wygodna, więc nie podniosłam za wysoko ramienia i tylko poszłam jeszcze głębiej pod wodę.
Po jakiejś minucie szamotania się pod powierzchnią wystawiłam głowę i zaczęłam się krztusić. O Boże, ja chyba jednak tonę!
– Wracaj tu!!! – krzyknęła znowu Debbie, ale tym razem jakoś tak histerycznie.
– Ta idiotka się utopi – przestraszył się jakiś chłopak. Oby tylko nie miał racji. Zebrałam w sobie jeszcze trochę siły i zaczęłam niemrawo płynąć. Skręciłam w bok, żeby jak najszybciej dostać się do brzegu, który otaczały prawdziwe chaszcze. Może mnie tu nie znajdą.