Dżinsy i kurtka coraz bardziej ciągnęły mnie pod wodę. A może to ja opadałam z sił? Znowu zanurzyłam się, połykając przy okazji dużo wody. Już myślałam, że to koniec, wierzcie mi, ale wiecie, co się stało? Idąc znowu pod powierzchnię, uderzyłam kolanami w dno! Byłam uratowana!!!
Bogu dzięki, że w tym miejscu jezioro jest tak płytkie!
Szybko wczołgałam się na kamienisty brzeg. Po chwili zaczęłam pluć litrami wody, którą połknęłam. I właśnie w takich chwilach mogę dziękować za to, że Pijawka się nade mną znęca. Gdyby nie ona, za nic bym nie dopłynęła.
– Gdzie jesteś?!
– I tak cię znajdziemy!!!
– Utopiłaś się?!
To ostatnie pytanie wykrzyczała oczywiście Debbie. Boże, czy można być aż tak głupim? Przecież gdybym się utopiła, to Chybabym jej i tak nie odpowiedziała, no nie?
Ciężko oddychając, usiadłam na kamieniu i spojrzałam na drugą stronę jeziora. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale przepłynęłam całą jego szerokość! Na drugim brzegu w świetle samochodowych reflektorów doskonale widziałam miotające się na wszystkie strony postacie. W panice usiłowali mnie znaleźć. Najwyraźniej mieli też ze sobą latarki, bo snopy światła zaczęły w następnej chwili przeczesywać krzaki.
– Będziemy na ciebie czekać!!! – Usłyszałam czyjś krzyk.
– Ale najpierw okrążymy jezioro!
Ciszę nocy przerwały ich nerwowe śmiechy i odgłosy silnika. No to fajnie… Nie mogę teraz obejść jeziora i dostać się do drogi, bo przecież mnie zobaczą. Jak tu zostanę, to też będzie po mnie. Światła latarek już powoli zbliżały się z dwóch różnych stron. Wstałam. Genialnie, czyli muszę iść przez las. Zakład, że albo się zgubię, albo zjedzą mnie wilki.
W chwili, gdy to powiedziałam, niedaleko mnie rozległo się przeraźliwe wycie. Aż podskoczyłam.
Boże! To wilk!!!
Światła latarek zawahały się. Usłyszałam krzyki:
– Hej, tu są wilki! Spadamy stąd!
– A co z nią? – krzyknęła Debbie.
– Jeśli się utopiła, to jej problem, a przed wilkami też nie mam zamiaru jej ratować!
– Ale nie możemy jej tu tak zostawić! – powiedziała przerażona. To ona jednak jest człowiekiem?
– Przecież taki był plan! Mieliśmy ją tu zostawić!
– Ale nie z wilkami!
– Mówię, że spadamy stąd! Poczekamy przy drodze! Jeśli jest chociaż trochę inteligentna, to nie będzie się pchała do lasu, tylko trafi prosto na nas. Jasne?!
– Jasne – przytaknęła kwaśno Debbie.
No, dzięki, że mnie zostawiacie! Choroba, zostanę sama w lesie! A na dodatek tu są wilki! Dlaczego zdarza mi się to już drugi raz?! Życie jest wredne!
Wycie rozległo się tym razem z głębi lasu. Jeśli nie chcę wpaść prosto na jakieś parszywe stado futrzaków, to muszę kierować się w stronę drogi. Matko, oczami wyobraźni zobaczyłam obrazy z mojego snu. A co będzie, jeśli on się spełni?! Sny się nie spełniają, prawda? Prawda?!
Powoli zaczęłam iść przed siebie, usiłując robić jak najmniej hałasu. Ale oczywiście, co chwilę się potykałam o korzenie albo nogi wpadały mi w jakieś dziury. Poza tym woda w moich adidasach tak głośno chlupała, że nawet głuchy by to usłyszał. Muszę jak najszybciej się stąd wydostać.
Swoją drogą, jaka ja jestem głupia… Od razu uwierzyłam, że Max chce się ze mną spotkać, i nawet niczego nie podejrzewałam. Jestem naiwna. I to bardzo…
Dlaczego Max nie lubi mnie tak, jak ja jego? To niesprawiedliwe. Co ja robię źle?
Życie jest po prostu okrutne. Zwłaszcza dla mnie.
Zatrzymałam się, bo zdałam sobie sprawę, że się zamyśliłam i troszkę zboczyłam z trasy. Na szczęście nie odeszłam zbyt daleko i pomiędzy drzewami widziałam jeszcze taflę jeziora. Tylko tego by brakowało, żebym się tu zgubiła, mokra, przerażona i przez nikogo niekochana. Bo rodzice się przecież nie liczą…
Otacza mnie idealna cisza. Sportowcy już odjechali. Pewnie czekają na mnie gdzieś przy drodze. Muszę przejść blisko pobocza, ale w cieniu drzew. Ciekawe, czy uda mi się minąć ich niepostrzeżenie?
Już miałam ruszyć, kiedy parę metrów od siebie usłyszałam jakiś szelest.
Jezu, to wilki! Szybko schyliłam się i złapałam w rękę jakąś gałąź leżącą na ziemi. Ja nie chcę umierać! Wzięłam zamach do tyłu, żeby w razie potrzeby mocno uderzyć, kiedy trafiłam gałęzią w coś znajdującego się tuż za mną.
– Chcesz mnie zabić? – usłyszałam pytanie i poczułam, że ktoś mnie łapię za rękę.
Przerażona odskoczyłam z krzykiem. I kogo wtedy zobaczyłam?
Za mną, a teraz raczej przede mną, stał sobie najspokojniej w świecie Max. Ubrany w czarny podkoszulek (nie zimno mu?) i czarne dżinsy całkiem nieźle zlewał się z tłem. Może tylko oczy jakoś tak mu świeciły w ciemnościach i przez to lepiej go było widać.
– Co ty tu robisz?! – spytałam oskarżycielsko.
– Ja? – zdziwił się.
– Nie, drzewo za tobą – warknęłam. – No jasne, że ty!
– Ja po prostu stoję – odpowiedział spokojnie i uśmiechnął się ironicznie. – Właściwe jest raczej pytanie: co ty tu robisz, na dodatek cała mokra?
Jeszcze się ze mnie naśmiewa. Co ja w nim widzę?! Aha, no tak. To te oczy…
– Spaceruję, nie widać? – znowu odpowiedziałam wściekła. Boże, czemu ja się tak zachowuję? Jestem zła, bo widzi mnie w takim stanie. Tylko go do siebie zrażam.
– Kąpałaś się w jeziorze? – spytał już, o dziwo, bez ironii.
– Nie, uciekałam – odpowiedziałam także spokojniej.
– Przed kim?
– Przed Debbie…
W tym momencie uśmiechnął się pod nosem.
– To pewnie była ta zasadzka?
– Taak… – mruknęłam i zadrżałam z zimna. – Wiesz, nie miej mi tego za złe, ale chciałabym znaleźć się już w domu. Pozwól, że sobie pójdę.
Następnie ruszyłam przed siebie z największą godnością, na jaką było mnie teraz stać. Po chwili usłyszałam za sobą jego kroki.
– Idziesz w złą stronę – mruknął.
– W dobrą – odpowiedziałam. – Obejdę jezioro, a potem będę szła obok jezdni.
– W takim razie nadłożysz dużo drogi. Twój dom jest jakiś kilometr w tamtą stronę – stwierdził, wskazując w prawo.
Zerknęłam na gęstą linię drzew. Jak on to robi?
– Skąd wiesz? – spytałam.
– Mam dobrą orientację w terenie – mruknął wymijająco. – Zaprowadzić cię?
Stał naprzeciwko mnie, machając gałęzią. Przyjrzałam mu się. Podniósł, co prawda, ironicznie brew, ale wygląda na to, że mówi serio.
– A trafisz? – spytałam. Spojrzał na mnie jak na idiotkę.
– Dobra, dobra, tego pytania nie było – powiedziałam. – Prowadź. Ale wiesz, że tu są wilki, prawda?
W odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego.
– Jeden z nich wył niedawno. Słyszałeś? – znowu spróbowałam. A on znowu tylko mruknął.
– Jak to jest, że ja cię zawsze spotykam w lesie? Co ty tu robisz?
Teraz dla odmiany spojrzał na mnie niechętnie.
– Ja ci powiedziałam, dlaczego jestem mokra.
– Miło z twojej strony – stwierdził krótko.
On jest niemożliwy. Nawet nie można go o nic spytać, bo od razu się zacina. Jest bardziej wkurzający niż moi rodzice, a to już jest sztuką, wierzcie mi.
– Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
– Margo, bądź cicho.
– Usłyszałeś coś? – przestraszyłam się. – Wilka?! Naprawdę zrobiłam to mimowolnie. Przysięgam! Po prostu przez czysty przypadek złapałam go za rękę.
Spojrzał zdziwiony najpierw na mnie, a potem na swoją rękę, którą kurczowo ściskałam, usiłując dostrzec coś pomiędzy drzewami.
– Boisz się wilków? – spytał, a ja zrozumiałam, co przed chwilą zrobiłam.