Выбрать главу

Od razu go puściłam.

– Ja? Nie. Wcale nie.

– To czemu złapałaś mnie za rękę? – spytał i uśmiechnął się.

– Bo… bo miałam ochotę – odpowiedziałam i ugryzłam się w język.

Matko, jeszcze bardziej się pogrążam.

– A ty się nie boisz? – spytałam szybko.

– Wilków? – zdziwił się. – Nie. One nie atakują bez potrzeby. Ty też nie masz się czego bać.

Jasne…

– Ale na serio, Max. Co ty robisz sam w lesie o tak późnej godzinie?

– Spaceruję – odpowiedział i uśmiechnął się.

A teraz jeszcze po mnie powtarza. A niech to. Nie wyciągnę z niego tego, o co mi chodzi.

– Nie możesz mi powiedzieć, co naprawdę tu robisz?

– Przecież mówię. Spaceruję.

Gdyby tu była jakakolwiek ściana, to chyba zaczęłabym walić w nią głową…

– A po co? – spytałam.

– A po co chcesz wiedzieć?

– Tak sobie – warknęłam pod nosem.

Spojrzał na mnie tymi swoimi niesamowitymi oczami i powiedział:

– Margo, jak nie mogę spać, to spaceruję. I to jest prawda. Nie zmyślał więc? A to dobre… Przyznaję, zażył mnie. Przez następnych dziesięć minut szliśmy w milczeniu. Już wolę nic nie mówić i przynajmniej się nie zbłaźnić. Max potrafi zapędzić człowieka w kozi róg.

– Jakim sposobem Debbie zwabiła cię nad jezioro? – spytał tak niespodziewanie, że aż drgnęłam.

– Eee… zostawiła mi taki jeden liścik – powiedziałam cicho. Dobrze, że jest ciemno, bo zaczynam się czerwienić.

– A dokładniej?

– Oj, ktoś prosił mnie w nim o spotkanie – powiedziałam niechętnie.

– Kto? Peter?

– On? – zaśmiałam się. – W życiu bym nie poszła, gdybym myślała, że to od niego.

– To kto?

– Nieważne – stwierdziłam tylko.

Jasne, już mu mówię, że myślałam, że to od niego. Miałby mnie chyba za kompletną wariatkę. Mogę się założyć, że nie zbliżyłby się do mnie nawet wtedy, gdyby ktoś mu za to zapłacił.

– Znam tego kogoś? – Max naciskał dalej.

– Może…

– Więc kto to?

Stwierdziłam, że po prostu będę milczeć, tak jak on.

– Ja ci powiedziałem, że spaceruję.

– Hej, ściągasz ode mnie te dziecinne odzywki – powiedziałam.

– Prawda.

Człowiek aż nie wie, co ma odpowiedzieć. Max potrafi wprawić w zakłopotanie…

– No, powiedz – zażądał.

Zauważyliście, że zaczął się odzywać? A taki był z niego milczek. Powoli zaczyna mi tego brakować…

– Nie spodoba ci się odpowiedź – powiedziałam.

– Zobaczymy.

Sam się prosi. Powiedzieć mu i zobaczyć, jak zareaguje? Czy bezpieczniej będzie, jeśli tego nie zrobię?

– Dobra – westchnęłam. – Myślałam, że to od ciebie.

I właśnie po tym zdaniu zapadła taka nieprzyjemna cisza. Max nawet niczego nie mruknął. Po prostu dalej szedł przed siebie z kamiennym wyrazem twarzy.

– A nie mówiłam, że ci się nie spodoba – powiedziałam cicho bardziej do siebie niż do niego.

Max to jednak usłyszał.

– Dlaczego uważasz, że miałoby mi się to nie spodobać? Spojrzałam na niego zdziwiona. Do czego on zmierza?!

– Co przez to rozumiesz? – palnęłam.

– A muszę coś rozumieć? – spytał, patrząc mi prosto w oczy. I właśnie w tym momencie znaleźliśmy się przy ogrodzeniu na tyłach mojego domu. Strasznie szybko przeszliśmy ten kilometr. O wiele za szybko.

– Dalej już chyba trafisz – stwierdził Max i odwrócił się na pięcie. – Dobranoc.

– Miłego spaceru – krzyknęłam za nim, ale on już zniknął pomiędzy drzewami.

Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu…

9.

Przemknęłam szybko przez pogrążony w ciszy dom i weszłam do swojego pokoju. Matko, wreszcie mogę zdjąć z siebie te mokre ciuchy! Włosy już mi wyschły, ale i tak wezmę kąpiel. Ciepłą kąpiel z bąbelkami. Tak, to jedyna rzecz, na jaką mam teraz ochotę.

Szybko zaczęłam zrzucać z siebie ubranie. Kurtkę można dosłownie wyżymać. Jak mama to zobaczy, to chyba mnie zabije. A adidasy? Brak słów, po prostu brak słów…

Hm, ciekawe, o co tym razem chodziło Maksowi? Bo przecież musiało mu o coś chodzić. Ale to niemożliwe, żeby on mnie lubił w ten sposób, co? To tylko moje głupie marzenia. Ale by było fajnie, gdyby mnie zaprosił na randkę… Ech…

Właśnie miałam zdjąć bluzkę, kiedy usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Eee, to pewnie gałąź uderza w szybę.

Znowu coś zastukało. Co jest, jak rany?! Znowu drzewo?

Zaraz! Drzewa rosną dopiero za ogrodzeniem, co więc to może być? Stanęłam i zaczęłam nasłuchiwać. Nie wiem czemu ale nagle przypomniała mi się scena z Krzyku. Rany, dobrze, że nie mam chłopaka, nie muszę się przynajmniej martwić, że znajdę go związanego na werandzie. Tak przy okazji, nie powinnam chyba więcej oglądać horrorów – źle wpływają na moją psychikę, że nie wspomnę już o tym koszmarze, który mnie nawiedza co parę nocy.

Dźwięk powtórzył się. Brzmi to tak, jakby ktoś rzucał czymś w szybę. Hm, na grad jest jeszcze trochę za wcześnie, poza tym hałas byłby większy.

Podeszłam do drzwi balkonowych i otworzyłam je. Miałam w tym momencie duszę na ramieniu – uważam, że należy mi się medal za odwagę, bo naprawdę chciałam już udać, że nic się nie stało, i po prostu wziąć kąpiel.

No więc wyjrzałam. Aż się zatrzymałam na widok tego, co zobaczyłam. Podłoga mojego balkoniku cała była zasypana mnóstwem małych kamyków.

Skąd one się wzięły? No nie, to już przechodzi ludzkie pojęcie. Zdziwiona wyjrzałam za barierkę. I nie zgadniecie, co dostrzegłam przez ciemność.

Na dole, pod moim balkonem stał Max! O ile wcześniej byłam zdumiona, o tyle teraz całkowicie mnie zatkało. Stał tam jak gdyby nigdy nic i szukał na ziemi małych kamyków, którymi mógłby rzucić w moje okno. Przechyliłam się jeszcze bardziej.

Zauważył mnie dopiero, kiedy się podnosił.

– Chwilę trwało, zanim usłyszałaś – zawołał cicho z dołu i wysypał z ręki małe kamyki.

– Co tu robisz? – spytałam zdziwiona do granic możliwości i wychyliłam się jeszcze bardziej.

– Stwierdziłem, że muszę ci coś powiedzieć – odparł najspokojniej w świecie i zaczął wspinać się po pergoli.

– Co? – spytałam, gdy już stanął obok mnie (a nie mówiłam, że każdy może tu wejść – a tym bardziej złodziej? Ale kto mnie słucha…).

– Coś przemyślałem – mruknął i zerwał jedną z róż wijących się po pergoli. – Margo, umówisz się ze mną na randkę?

A niech mnie!!! Czyżbym parę minut temu nie powiedziała tego samego? Spełniło się! Ja nie mogę! Jak koncert życzeń!!!

Stałam tak, wpatrując się w niego z otwartymi ustami. Nie mogłam uwierzyć. Max, ten Max, za którym od tamtego pierwszego spotkania w lesie wodziłam (szczerze przyznam) maślanymi oczami, chce umówić się ze mną na randkę! Rany! Więc jednak Bóg istnieje!!!

Na szczęście w miarę szybko się opanowałam, to znaczy przypomniałam sobie, że posiadam coś takiego jak język, i odpowiedziałam szalenie błyskotliwie:

– Eee, jasne – wzięłam różę i (o zgrozo!) zaczerwieniłam się.

Matko! On pyta mnie, czy się z nim umówię, a ja odpowiadam „eee, jasne”. Gdzie ja mam głowę?! Czemu nie powiedziałam czegoś innego??? Jakoś bardziej błyskotliwie?! Przecież mogłam odpowiedzieć na przykład tak: „Ależ oczywiście. Swoją postawą wobec Petera i tym, że uratowałeś mi kiedyś życie, podbiłeś moje serce. Jestem ci dozgonnie wdzięczna i cieszę się, że będziemy odtąd razem”.

Oczywiście brzmiałoby to trochę melodramatycznie, ale wszystko byłoby lepsze od: „eee, jasne”!!! „Eee, jasne” brzmi, jakbym byłam niedorozwinięta umysłowo! Żebym jeszcze chociaż nie mruknęła tego kompromitującego „eee”…