Na razie jednak nie przejmowałam się tym. Po prostu leżałam na łóżku Iv i wciąż wspominałam tamten wieczór.
– Aki jest chyba fajny, no nie? – bąknęła nieśmiało Ivette, momentalnie ściągając mnie na ziemię.
– Że co? – spytałam głupio.
– No, Aki. Mówię, że jest fajny – powiedziała cicho, czerwieniąc się.
– Ten gbur? – nie mogłam zapanować nad bezgranicznym zdumieniem. – Przecież mówiłam ci, co nam wtedy powiedział. I on ci się nadal podoba?
– Eee, w zasadzie – zaczęła – może…
Litości! I to podobno ja mam porąbany gust?
– Przecież on jest, on jest… – szukałam właściwych słów -…dziwny.
– Twój Max też się tak zachowuje. Chyba nie zaprzeczysz?
– powiedziała z ponurą miną.
Że co? Obraża mojego chłopaka?! Mojego chłopaka??? No proszę, już się kłócę z moją najlepszą i jedyną przyjaciółką. I to przez kogo? Przez chłopaków. Paranoja. Że też coś takiego nadweręża naszą przyjaźń.
– No dobra – rzuciłam pojednawczo. – Nie twierdzę, że Max zachowuje się tak całkowicie normalnie, ale przecież nikt nie jest doskonały. – Widząc jej minę, zapytałam jeszcze: – Dlaczego Aki ci się podoba?
– Czy ja wiem… – westchnęła. – No dobra, nie wiem. A dlaczego tobie podoba się Max?
– Szczerze? – zaśmiałam się. – Nie mam zielonego pojęcia. Chyba za całokształt – dodałam i obie wybuchnęłyśmy niepohamowanym śmiechem.
– Jak sądzisz, Aki mógłby zwrócić na mnie uwagę? – spytała, gdy się już uspokoiłyśmy.
– Nie wiem, ale mówiłam ci, jak zareagował, kiedy zobaczył mnie z Maksem. A przecież ty też nie jesteś jedną z nich. Cokolwiek by to miało oznaczać.
– Muszę się dowiedzieć, o co mu wtedy chodziło – powiedziała zdecydowanie, a potem nagle zaproponowała: – Może pójdziemy do kuchni coś zjeść?
Iv i jej rodzinka jedzą strasznie dziwne potrawy. Wiem, że pochodzą z Francji, że do Stanów przeprowadzili się cztery lata temu, a do Wolftown dopiero na początku tego roku szkolnego. Tata Ivette jest podobno jakimś dyplomatą. Poza tym są chyba bardzo bogaci, bo kiedyś, jak zostałam zaproszona do nich na obiad, zaproponowali mi kawior. Tak, tak, kawior. Już kiedyś tego świństwa próbowałam i muszę powiedzieć wprost:
jest obrzydliwe. Nic więc dziwnego, że wtedy na obiedzie zareagowałam trochę gwałtownie.
– Kawior jest pyszny, spróbuj – usiłowała mnie przekonać Iv.
– To są rybie jajka – odpowiedziałam, ledwie powstrzymując obrzydzenie. – Dzięki, ale nie.
– Ale to jest naprawdę bardzo smaczne.
– To są rybie jajka.
– Na pewno ci nie zaszkodzą, no weź.
– To są rybie jajka – wycedziłam i wtedy wreszcie dała mi spokój.
Nie muszę chyba mówić, że było mi niedobrze, a Ivette się na mnie obraziła?
No cóż, w każdym razie teraz też wolałam nie ryzykować i powiedziałam:
– Nie, dzięki, nie jestem głodna. Ale jeśli ty chcesz coś zjeść, to się nie krępuj.
Francuska kuchnia jest wstrętna. Nie chciałabym w tym momencie obrazić jakichś jej zwolenników, ale ja naprawdę nie mam żadnych miłych doświadczeń z nią związanych.
Następne dwa miesiące były jak najpiękniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałam. Randki z Maksem, spacery przy świetle księżyca, wspólna jazda na motocyklu. Ach, tylko żyć i nie umierać…
Zmusiłam w końcu Maksa, chociaż wymagało to ode mnie olbrzymiego wysiłku (nie rozumiem, czemu tak protestował), żeby mnie nauczył prowadzić motor. Poza tym postanowiłam zrobić wreszcie prawo jazdy.
Nawet dość szybko załapałam, o co w tym wszystkim chodzi. Problem w tym, że wciąż nie potrafię odróżnić hamulca od gazu, ale to chyba drobiazg, prawda? No cóż, przyznaję, rower jest jednak trochę łatwiejszy do prowadzenia niż motor. Poza tym motocykl jest strasznie ciężki. Jak go przewróciłam (przypadkiem, przysięgam!), to nie mogłam go podnieść. Wiem, jak to brzmi: „przewróciłam motocykl”, ale to jest możliwe, zapewniam was.
Szkoda tylko, że po tym, jak wjechałam po raz trzeci na drzewo, Max zaproponował, że może jednak najpierw nauczę się jeździć samochodem. Następnie dodał, że ponieważ on nie ma samochodu, a jego tata mu nie pożyczy swojego, nie będzie mógł mnie uczyć.
Ale ja naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że zawsze wjeżdżam na drzewo. Motocykl jakoś tak sam mi skręca, a przecież staram się trzymać kierownicę prosto!
Na szczęście maszynie nic się nie stało po tych moich drobnych wpadkach. No i przeżyłam wiele wspaniałych godzin, siedząc przed Maksem na siodełku i usiłując zrozumieć, jak prowadzi się motor.
Wiecie, Max siedział za mną i przytrzymywał mi ręce na tych… na tych… rączkach. Nie mogłam zapamiętać, którą w którym momencie przyciskać. A jak się pochylał, to jego policzek był tuż obok mojego!!!
Nie rozumiem tylko, czemu rodzice robią mi takie awantury o to, że niby za dużo czasu spędzam z Maksem!
– Opuścisz się w nauce! Przecież nie masz kiedy się uczyć.
Eee, jak na razie złapałam tylko jedną trójkę, a poza tym mam same piątki i czwórki. Nie ma się czym przejmować. Uważam też, że jestem wręcz genialna, bo tamtą trojkę dostałam z niezapowiedzianej kartkówki!
Zresztą to jest trója z historii, a każdy, kto mnie zna, wie, że nie mam pamięci do dat. W końcu od czegoś są encyklopedie i leksykony. Zawsze można tam zajrzeć i sprawdzić interesującą nas datę, po co więc uczyć się ich na pamięć? Zresztą nie sądzę, żeby kiedykolwiek przydała mi się informacja, kiedy umarł Kennedy, no nie? W końcu, czy ja biorę udział w teleturniejach?
Jedyną osobą, przez którą nie mogłam osiągnąć pełni szczęścia, była Pijawka. Przyczepiła się do mnie jak rzep i zmusza mnie, żebym jeszcze więcej ćwiczyła, bo chce, abym w czerwcu wzięła udział w jakichś głupich zawodach. Jak tak dalej pójdzie, to będę miała bary jak jakiś facet! Nie chcę tyle ćwiczyć!!! To okropna harówka!
Poza tym naprawdę nie mogę się jej pozbyć. Ciągle mnie zaczepia na przerwach i przypomina dwadzieścia razy dziennie, żebym nie zapomniała przyjść na trening. Podejrzewam, że to dlatego, że raz zwiałam, a potem usiłowałam jej wmówić, że zapomniałam.
Mimo to moje szczęście trwałoby zapewne nadal, gdyby pewnego dnia nie podszedł do mnie Aki i nie zażądał:
– Zostaw Maksa w spokoju!
– Że co? – spytałam.
O co tu chodzi? Odbiło mu do reszty, czy co?
– Nie jesteś jedną z nas, więc daj mu spokój. Bo inaczej może cię spotkać coś nieprzyjemnego – warknął.
– Że co?! – znowu spytałam, nie wiedząc, co mam powiedzieć.
On mi grozi, na litość!!!
– Słyszałaś. Poza tym powiedz tej swojej zwariowanej przyjaciółce, żeby przestała węszyć – warknął po raz ostatni i odwróciwszy się do mnie plecami, odszedł.
Ciekawe, to wszystko zdarzyło się w biały dzień, na korytarzu pełnym ludzi, a jakoś nikt poza mną niczego nie zauważył. Jasne, w takich sytuacjach nigdy nie ma świadków…
Coś czuję, że muszę pogadać z Ivette. Ona namieszała, a cała wina spadła jak zwykle na mnie! Dzisiaj znowu miałam u niej nocować, więc będę miała wspaniałą okazję do poważnej rozmowy.
Uznałam też, że powiem o tym Maksowi. W końcu, jakkolwiek by na to patrzeć, Aki mi groził.
Gdy tylko spotkaliśmy się po lekcjach, od razu mu wszystko opowiedziałam. Tak, wiem: jestem skarżypytą. Jednak moja relacja wyraźnie wkurzyła Maksa, bo wściekły wymruczał:
– Pogadam z nim. Nie martw się.
No to sprawę mam chyba z głowy. Teraz zostaje mi tylko nawrzeszczeć na Iv, a raczej wytłumaczyć jej, żeby mnie w nic więcej nie mieszała.
Jak rany, przez to wtykanie nosa w nie swoje sprawy ona naprawdę się kiedyś doigra.