Wieczorem wszystko jej powtórzyłam i łagodnie zapytałam, co takiego zrobiła, że Aki na mnie napadł:
– Cóżeś ty, do diaska, zrobiła?! Przez ciebie dostałam ochrzan od Akiego!
– Nie rozumiem, o co ci chodzi – odparła potulnie. – Ja tylko pytałam parę osób, co o nich wiedzą.
– Tylko?! Aki był wściekły! Wyglądał, jakby chciał się na mnie rzucić!!!
Co prawda, on tak wygląda zawsze, ale to już szczegół.
– Hm, dziwne. Wiesz, podejrzewam, że oni coś ukrywają. Dlatego wszystko trzymają w takiej tajemnicy – powiedziała, podsycając tylko moją ciekawość.
– Czego się dowiedziałaś?
– Co, już na mnie nie krzyczysz? – spytała, uśmiechając się drwiąco.
Wiedziałam, że moja ciekawość zwróci się przeciwko mnie, ale cóż…
– Sorry, ale Aki mnie wkurzył. I trochę się go przestraszyłam.
– Nie ma sprawy – stwierdziła tylko. – Czasem potrafi wyglądać strasznie.
Ha! Czasem? Czasem?!
– No, więc? Czego się dowiedziałaś? – powtórzyłam pytanie.
– Wszyscy metalowcy przyjaźnią się ze sobą już od najwcześniejszego dzieciństwa – powiedziała. – Nigdy też do swojego towarzystwa nie dopuścili nikogo innego, ani z nikim spoza paczki się nie przyjaźnili. Ty jesteś chyba pierwszym takim przypadkiem. Zawsze tworzyli taką odrębną grupę.
– Dlaczego?
– Nie wiem, ale niektórzy mówili mi, że oni czasem spotykają się razem w lesie.
– Po co? – Moje pytania brzmią chyba tak, jak te zadawane przez gliniarzy w telewizji.
– Tego nikt nie wie – odpowiedziała tajemniczo.
– Hm, dziwne – zastanowiłam się. – Pamiętasz, jak wtedy w lesie spotkałam Maksa? Po tej imprezie sportowców. A potem drugi raz, jak Debbie się na mnie mściła?
– Tak.
– Usiłowałam się od niego dowiedzieć, co tam robił, ale nie chciał mi powiedzieć. Poza tym kiedyś słyszałam, jak umawiał się z jakimś kumplem o północy, ale nie wiem gdzie.
– O północy? – zdziwiła się Iv. – Co można robić o północy w lesie?
– Eee, no wiesz, nie wiem, czy w lesie. Wiem tylko, że o północy – powiedziałam.
– Dziwna sprawa. Podejrzewasz coś? – spytała Iv.
– Nie, a ty?
– Nie obraź się, ale ja sądzę, że albo oni biorą narkotyki albo należą do jakiejś sekty.
– Max nie zachowuje się, jakby brał narkotyki – zaprotestowałam gwałtownie.
Też coś! Mój Max i narkotyki! Słyszeliście kiedyś coś głupszego? Bo ja nie.
– W takim razie może są sektą – mruknęła Iv.
– To też nie pasuje – powiedziałam. – Jeśli byliby sektą, chyba próbowaliby zdobyć nowych wyznawców, a oni nie chcą słyszeć o tym, żebym się do nich przyłączyła. W ogóle nie chcą o mnie słyszeć – dodałam, przypominając sobie słowa Akiego.
– Margo, ja naprawdę nie wiem. To tylko domysły. Może są jakąś dziwną sektą, która nie chce, żeby ktoś się o nich dowiedział.
– Hm, a dowiedziałaś się czegoś jeszcze? – spytałam z nadzieją, że to można jakoś łatwo wytłumaczyć.
– Szczerze mówiąc, to trochę dziwne, ale zauważyłaś, jak w tym mieście jest mało psów? Żaden metalowiec nie ma psa. Tylko nieliczni sportowcy, no i ty. Gdzieś czytałam, że niektóre sekty składają ofiary ze zwierząt albo je zjadają.
– No teraz to już chyba przesadziłaś. Max zjadający pudla z rusztu? – zaśmiałam się, ale nagle zamilkłam.
Czemu Sweter tak dziwnie wtedy zareagował? Czemu???
Nie, to nie może być prawda. Czyżby Max był zamieszany w coś takiego? Owszem, nie przeczę. Do tego, żeby nauczyć mnie jeździć na motocyklu z pewnością są potrzebne jakieś środki uspokajające, ale żeby narkotyki? Nie, to niemożliwe. Kurczę, a jeśli to sekta? Muszę dokładnie przyjrzeć się zachowaniu Maksa. Tak, tak właśnie zrobię.
Następnego dnia nieoczekiwanie przerwano lekcje z powodu przyjazdu do miasteczka jakiejś ważnej osobistości. Coś o tym mówiono już tydzień temu, ale nie słuchałam. Szczerze mówiąc, to ostatnio w ogóle mało słucham, ale w końcu jestem zakochana, no nie? Chyba wolno mi w takim stanie nie słuchać.
Apel miał jedną podstawową zaletę – odbył się w czasie lekcji. „Nasz specjalny gość”, jak się wyraził dyrektor, miał nas przez najbliższe dwie godziny zanudzać jakimiś kawałkami ze swojego życia. Jakby to kogoś obchodziło.
W auli rozsadzono nas klasami, więc Max siedział gdzieś za nami, ale przynajmniej miałam obok siebie Ivette.
– A oto pan Jack Black… – zaczął mówić dyrektor, wskazując na wysokiego mężczyznę, ubranego tak, jakby właśnie wrócił z polowania. Miał na sobie spodnie i kurtkę khaki, a na głowie kapelusz w takim samym kolorze. Może w lesie dobrze wtapiał się w tło, ale na naszej sali gimnastycznej wyraźnie rzucał się w oczy. Swoją drogą fajne imię i nazwisko – brzmi zupełnie jak pseudonim.
– Proszę mówić do mnie Jaguar – wtrącił się tamten. – Wszyscy tak do mnie mówią.
No proszę, przerwał gadkę dyrektorowi. Jestem pod wrażeniem.
– Eee, dobrze, panie Jaguar, więc jak mówiłem…
– Po prostu Jaguar – znowu mu przerwał i uśmiechnął się drwiąco.
Przerwał mu po raz drugi! Dyrektorowi!!! Ma facet tupet, ja bym się nie odważyła. Na sali rozległy się przytłumione śmiechy.
– Ekh – odchrząknął dyrektor i spojrzał srogo na chichoczących uczniów. – Więc Jaguar jest znanym na cały świat podróżnikiem i odkrywcą, współpracuje także z wieloma ogrodami zoologicznymi na całym świecie…
– A ja czytałam ostatnio artykuł, w którym było napisane, że to zwykły kłusownik polujący na zagrożone gatunki – wyszeptała mi do ucha Iv.
To ona czyta coś poza romansami? Matko… odkryłam Amerykę!
Ach nie… przecież ona jest zwolenniczką Greenpeace! A już myślałam, że dokonałam wielkiego odkrycia…
– Taak – mruknęłam jednak. – Wygląda na takiego, któremu zabijanie zwierząt sprawia przyjemność.
Nie wiem, dlaczego tak pomyślałam. Od początku coś mi się nie podobało w jego uśmiechu i lekceważącym sposobie bycia. Po prostu nie przypadł mi do gustu. Znacie ten typ, no nie? To ktoś taki, kto każdym swoim gestem i słowem mówi: patrzcie, jaki jestem wspaniały!
Po prostu irytujący facet.
Przez następne pół godziny opowiadał nam o tym, jak polował na wiele różnych gatunków zwierząt i pomagał redukować liczbę lwów, zagrażających stadom kóz hodowanych przez Kenijczyków.
Co ciekawe, w jego wszystkich opowieściach zwierzęta odgrywały rolę tego złego i przeważnie ginęły. Chociaż nie, przejęzyczyłam się – ginęły wszystkie bez wyjątku.
Gdy wreszcie zakończył swoją opowieść, zapytał:
– Czy są jakieś pytania? – Z początku nikt nie reagował, ale w końcu ze swojego miejsca podniosła się jedna dziewczyna. Rozpoznałam ją, podczas naszej pierwszej randki z Maksem spotkaliśmy ją razem z Akim przed kinem.
– Po co w zasadzie przyjechał pan do Wolftown?
– Mówcie mi Jaguar – odpowiedział. – Przyjechałem, żeby obserwować ciekawy gatunek wilków, który tu występuje.
– Ale tutejsze wilki są pod ochroną – odpowiedziała.
– Dlatego przyjechałem tu tylko po to, żeby je obserwować – stwierdził i uśmiechnął się drapieżnie, a speszona dziewczyna szybko usiadła.
– Już to widzę – mruknęła Ivette pod nosem. – Z pewnością przybył tu w innym celu.
Taak, też tak sadzę. Podejrzanie się uśmiechał, kiedy mówił, że będzie je tylko obserwować.
Więcej pytań nie było. Zresztą, o co można takiego typa zapytać? O to, czy do lwów lepiej strzelać ze strzelby, czy z karabinu? Paranoja…
Na następnych lekcjach wszystko szło już zwyczajnie. Miałam klasówkę z historii (żegnaj czwórko na koniec roku), niezapowiedzianą kartkówkę z matematyki (niech mi ktoś wyjaśni, czy kiedykolwiek w przyszłości przydadzą mi się funkcje?) i jak zwykle Pijawka się do mnie przyczepiła (ale do tego powinnam się już chyba przyzwyczaić).