Выбрать главу

Po zajęciach ruszyłam przez parking w stronę motoru Maksa. Codziennie podwozi mnie do domu. Kocham to! Gdy tylko do niego podeszłam, powiedział z zakłopotaną miną:

– Margo, nie możemy iść dzisiaj na randkę.

– Eee, dlaczego? – nie od razu do mnie dotarło to, co mówił.

– Obiecałem kumplom, że się z nimi spotkam. Moglibyśmy to przełożyć? Może na jutro?

– No dobrze – odpowiedziałam.

Max uśmiechnął się, jakby mu spadł kamień z serca. Pewnie myślał, że wystarczy mi takie wyjaśnienie. Ha, jeszcze czego…

– A musisz spotkać się z nimi akurat dzisiaj? – spytałam jakby od niechcenia.

– Eee, no tak… musimy o czymś podyskutować. Eee, Mark, wiesz, który to? No, więc Mark ma kłopoty. Tak. Mark ma poważne kłopoty i musimy mu pomóc.

Czy mnie się wydaje, czy to na kilometr zalatuje kłamstwem?

– Aha – mruknęłam jednak.

Muszę to dokładnie obgadać z Ivette. Tu naprawdę dzieje się coś dziwnego.

No, bo w końcu, w jakie tarapaty może wpaść taki mól książkowy jak Mark? Poznałam go parę dni temu. Max pomagał mi w szkolnej bibliotece w zrozumieniu fizyki, ale mu to wyraźnie nie szło, widocznie już zapomniał, co przerabiał w pierwszej klasie, więc poprosił o pomoc Marka. Dobrze mu się wtedy przyjrzałam: cichy, nieśmiały, doskonale rozumiejący fizykę, zakochany w książkach i nauce. Przecież on rzadko kiedy wychodzi z biblioteki. To aż dziwne, że jest metalowcem i należy do ich grupy.

Jedyny problem, jaki mógłby mieć Mark, to to, że ktoś wypożyczyłby jakąś książkę przed nim. Jest po prostu niemożliwe, żeby miał jakieś poważne kłopoty.

Gdy tylko weszłam do domu, od razu zadzwoniłam do Iv. Szybko opowiedziałam jej, co usłyszałam od Maksa.

– Co o tym sądzisz? – spytałam.

– To wszystko brzmi podejrzanie – stwierdziła.

– Chyba pójdę za nim do lasu, żeby sprawdzić, co będą robić – powiedziałam.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – zaprotestowała szybko. Ale mnie już nic nie mogło powstrzymać. Jeśli nawet Max wpadł w jakieś tarapaty, to ja go z nich wyciągnę!

Wieczorem, zaraz po kolacji, poszłam niby to odrabiać lekcje, ale tak naprawdę zeszłam po pergoli na ziemię i już mnie nie było.

Szybko pobiegłam pod dom Maksa. Na szczęście nie mieszka zbyt daleko ode mnie, bo roweru już nie mam, a w biegach jestem raczej słaba.

Czekałam już jakieś dziesięć minut i opadły mnie wątpliwości, czy nie minęłam się z nim po drodze. W końcu nawet nie wiem, o której godzinie się spotykają, ale na szczęście właśnie w tym momencie Max wyszedł. Uff, kamień spadł mi z serca.

Ruszył w stronę lasu. Po cichu wychyliłam się zza drzewa i podążyłam za nim w pewnej odległości. Nie chciałam go stracić z oczu, ale jednocześnie bałam się, że jeśli znajdę się bliżej, może mnie usłyszeć. Starałam się nie robić hałasu, ale Max strasznie pędził. A nie da się iść szybko i na dodatek cicho. Przynajmniej ja tak sądzę, bo Max pod tym względem jest jakimś wyjątkiem. Poruszał się prawie bezgłośnie.

Po paru minutach straciłam go z oczu. Przystanęłam i rozejrzałam się niespokojnie. A niech to! No i znowu się wpakowałam. Dookoła mnie gęsty las, a ja stoję jak głupia i nawet nie wiem, w którą stronę mam iść, żeby się stąd wydostać.

Nie wiedząc, co mam robić, zaczęłam nasłuchiwać. Może jakimś sposobem go usłyszę?

– Co tu robisz? – rozległo się za moimi plecami pytanie, a ja, wydając stłumiony okrzyk, podskoczyłam chyba parę metrów w górę.

Za mną stał oczywiście Max. Jakim cudem zaszedł mnie od tyłu, a ja go nie usłyszałam? Wiem, że potrafi chodzić jak kot, ale żeby aż tak cicho?

– Musisz mnie straszyć? – warknęłam wściekła, że mnie wytropił.

Głupie, no nie? Obwiniam go za to, że sama się wpakowałam w tarapaty.

– Czemu za mną szłaś? – spytał.

Chwilę zastanawiałam się, co powiedzieć, ale w końcu stwierdziłam, że prawda będzie najlepsza.

– Nie obraź się, ale uznałam, że muszę ci pomóc. Nie wiem, w co się wpakowałeś: w narkotyki, czy jakąś sektę. Ale ja ci pomogę. Możesz na mnie liczyć – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Pomogę ci się z tego wydostać, choćbym nie wiem co miała zrobić!

Sądziłam, że zacznie się teraz jąkać, że ta sekta, czy co to tam jest, go omamiła i że bardzo chętnie skorzysta z mojej pomocy, a on… roześmiał się. Taak… Zaczął się śmiać i na dodatek nie mógł przestać.

Nie wytrzymam, to ja walcząc z własnymi fobiami, włażę za nim do tej głuszy pełnej dzikich zwierząt i psychopatów, a on się śmieje?!

W końcu uspokoił się i wydusił z siebie:

– Margo, ja nie jestem w żadnej sekcie ani nie biorę narkotyków.

– To co robisz sam w lesie o tak późnej porze? – spytałam i założyłam ręce.

Co jak co, ale mnie nie będzie robił w balona.

– Ja naprawdę idę tylko spotkać się z kumplami przy ognisku. To taka nasza tradycja. Raz na miesiąc spotykamy się i gadamy. Akurat dzisiaj jest specjalna okazja, bo musimy obgadać coś szczególnie ważnego, ale wierz mi, to nie jest sekta.

– Taak? Czemu więc zawsze się spotykacie właśnie w czasie pełni? To jest raczej podejrzane, sam musisz przyznać – odparłam zaczepnie.

– Margo, po prostu wtedy jest najjaśniej i łatwiej znaleźć drogę w lesie – powiedział.

Pomimo że wszystko, co mówił, tak sensownie brzmiało, nie przekonał mnie. Nie wiem czemu, ale czułam, że coś tu jest nie tak.

– A jaka to szczególnie ważna okazja, jeśli mogę wiedzieć?

– Zwykłe męskie sprawy – uciął.

„Zwykłe męskie sprawy”. Czy ja wyglądam na idiotkę? Jak mówimy o damskiej sprawie, to przeważnie chodzi nam o comiesięczną przypadłość, że tak powiem. Ale co w takim razie kryje się pod tajemniczym określeniem „męska sprawa”? Jakoś to do mnie nie przemawia. O ile się orientuję, chłopcy nie posiadają większości damskich problemów.

– Chodź, zaprowadzę cię do domu, bo chyba znowu się zgubiłaś. Poza tym tu nie jest bezpiecznie.

– Jak to nie jest bezpiecznie? – spytałam.

– Przecież do naszego miasteczka przyjechał ten myśliwy – odpowiedział.

– Ale mówił, że będzie tylko obserwować zwierzęta – przypomniałam.

– Bądźmy szczerzy, to zwykły kłusownik. Na pewno będzie polował.

– Przecież nie przypominamy zwierząt, do nas więc nie będzie strzelać – zaoponowałam.

– W ciemności może nas nie zauważyć, poza tym zabłąkana kula wszędzie może się trafić – mruknął i spojrzał na mnie.

– Żartujesz? – spytałam.

– Nie – mruknął znowu, a ja zrozumiałam, że mówi to zupełnie poważnie.

Kurczę. Kiedy to powiedział, aż ciarki przeszły mi po plecach.

W parę minut odprowadził mnie pod dom. Jak on to robi? Ja nie rozróżniam jednego drzewa od drugiego, bo, bądźmy szczerzy, wszystkie wyglądają tak samo, a on po ciemku umie trafić wszędzie.

– Margo, nie wychodź z domu i nie śledź mnie – poprosił, gdy już stanęliśmy pod pergolą. – Nie chcę się martwić, że coś ci się stanie, jak będziesz się wałęsać sama po lesie.

– No dobrze – zgodziłam się z ociąganiem.

– Dobranoc – uśmiechnął się i pocałował mnie.

– Dobranoc – szepnęłam, a potem zaczęłam się wspinać. Czekał, aż wejdę na balkon, i dopiero wtedy odszedł, ale podejrzewam, że na wszelki wypadek stał jeszcze chwilę w cieniu drzew. Chciał mieć pewność, że nie zejdę za nim z powrotem.