Ale ja i tak nie zamierzałam już dzisiaj go śledzić. Wymyśliłam też, co zrobię następnym razem.
W końcu już za cztery dni pełnia…
11.
Nie mogę uwierzyć, że zrobiłaś coś tak głupiego! – krzyknęła Ivette, gdy tylko opowiedziałam jej, co zrobiłam w nocy. Widać bardzo się tym przejęła.
– To dobrze, że Max cię znalazł! Mogło ci się coś stać! – histeryzowała dalej.
Nie rozumiem, czym się tak przejmuje. W końcu nie stało się nic złego! No dobra, może Max jest teraz na mnie trochę zły, ale chyba mu przejdzie. Poza tym muszę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Tak, wiem, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale nic na to nie poradzę. Czekanie jest sprzeczne z moją naturą.
Dzisiejszej nocy znowu miałam koszmar i, jeśli to w ogóle możliwe, był jeszcze gorszy od poprzednich.
Stałam. Otaczał mnie ciemny las. Nad moją głową księżyc w pełni wychodził zza chmur. Nagle zobaczyłam przed sobą błysk światła. Zaciekawiona ruszyłam w tamtą stronę. Przede mną rozpościerała się nieduża polana, na której rozpalone było ognisko. Podeszłam bliżej.
Dookoła ognia siedzieli jacyś ludzie. Schowałam się za drzewem i zaczęłam ich obserwować, jednak nie mogłam rozpoznać żadnej z twarzy, ponieważ większość siedziała tyłem do mnie, ale też z niewiadomych mi powodów twarze pozostałych były takie… zamazane.
Nagle nadepnęłam na gałązkę, która pękła z głośnym trzaskiem. Wszyscy odwrócili się w moją stronę. Przerażona zaczęłam uciekać. Gałęzie uderzały mnie w twarz i ramiona, a wystające z ziemi korzenie uniemożliwiały szybszy bieg. Ale nie zatrzymywałam się. Cały czas biegłam.
W pewnym momencie usłyszałam za plecami kroki. Nie oglądając się za siebie, przyspieszyłam.
W oddali zobaczyłam wzgórze. Skierowałam się w tamtą stronę. Kroki za mną stawały się coraz głośniejsze. Przerażona wspięłam się na sam szczyt. Tam zatrzymałam się. Tak jak poprzednio, przede mną stał wilk, wyjąc przeraźliwie do księżyca.
Nagle ktoś złapał mnie za ramię! Szybko się odwróciłam i zaczęłam krzyczeć. Znowu zobaczyłam błysk w jego oczach. I nic poza tym.
W następnym momencie ocknęłam się we własnym łóżku, nie mogąc oddychać, tak jakbym naprawdę przed chwilą biegła. Coś ze mną musi być nie tak. Może faktycznie powinnam iść do lekarza? Przecież to nie są normalne sny!
W każdym razie były to jednak tylko sny. Dzisiejszej nocy powinna się zacząć pełnia i miałam zamiar znowu wybrać się do lasu. Tak. Nie muszę chyba mówić, jakiego mam pietra?
Stwierdziłam, że nie powiem Ivette, co mam zamiar zrobić. Pewnie by mi nie pozwoliła, a nawet mogłaby zagrozić, że dla mojego dobra powie wszystko moim rodzicom. Dziękuję serdecznie, raczej nie mam ochoty na szlaban do końca życia.
Tak czy inaczej miałam zamiar rozwiązać zagadkę Maksa i nikt nie mógł mi w tym przeszkodzić. To znaczy moi rodzice pewnie by mogli, ale żeby tego dokonać, musieliby mnie zamknąć w pokoju i zlikwidować pergolę za oknem.
Denerwowałam się tak, jak przed pierwszą randką z Maksem. Nie wiedziałam, o której godzinie się spotykają, więc postanowiłam, że wyjdę z domu o jedenastej.
Tak, wiem, co można o mnie pomyśleć: głupia, pewnie znowu się zgubi. Ale nie tym razem! Wzięłam ze sobą kompas i sprawdziłam, gdzie się znajduje mój dom (na północnym wschodzie). Gdybym się zgubiła, to tak długo będę szła w tę stronę, aż dotrę do domu. Proste. Gorzej by było, gdybym go w jakiś sposób ominęła, ale stwierdziłam, że nie będę dopuszczać do siebie takiej możliwości.
W schodzeniu po pergoli miałam już coraz większą wprawę. Szło mi to raz-dwa. Gorzej zawsze było z wchodzeniem, ale tym będę się przejmować dopiero za parę godzin.
Pełnia, nie cierpię jej. Może i księżyc bardzo ładnie się prezentuje na bezchmurnym niebie, ale kiedy go połączyć z moim koszmarem, to już wcale nie jest taki fajny. Wiem, co mówię.
Las był niezwykle cichy. Zupełnie bezdźwięczny, jakby ktoś wyłączył głos, tak jak w telewizorze. Robiło to niesamowite wrażenie.
Poza tym wszędzie kładły się długie cienie. Otaczały mnie dookoła, nawet w ogrodzie. Przez księżyc w pełni było okropnie jasno. Jego blask nie tylko wydłużał cienie, ale doskonale było mnie widać. A co dopiero będzie w lesie? Mogę się założyć, że Max znowu odkryje moją obecność.
No, dobra. Margo – weź się w garść! Musisz to zrobić! Wejdziesz tam i uratujesz Maksa, czy on tego chce, czy nie. Kurczę, ta gadka wcale mnie nie przekonuje. Ale nie mam wyboru. Głęboki wdech i wchodzę!
Zagłębiłam się pomiędzy drzewa, starając się nie robić zbyt dużo hałasu. A nie było to łatwe. Nie wzięłam latarki, bo bałam się, że ktoś mógłby zobaczyć światło, ale sądzę, że i tak zwracałam na siebie uwagę, co chwila potykając się o korzenie. I naprawdę, gdy człowiek wywala się po raz dziesiąty, to na serio jest mu trudno powstrzymać przekleństwa, cisnące się na usta. Podejrzewam więc, że moje ciche „uwagi” połączone z odgłosami upadków dawały taki sam efekt jak włączona latarka. Pewnie jutro będę miała na nogach ogromne siniaki. Mimo to nie poddawałam się, a siniaki w końcu kiedyś znikną, no nie?
Po jakiejś godzinie kręcenia się w kółko miałam już dość lasu na całe życie. Nikogo nie znalazłam. Max musiał mi się jakimś sposobem wymknąć.
Gdyby przynajmniej nie było tak cicho, to może całą tę wycieczkę dałoby się jakoś znieść, ale ten bezruch i ta cisza po prostu mnie przerażały.
Jeślibym przypadkiem w tym momencie trafiła na swój dom, to podejrzewam, że wspięłabym się po pergoli i już nigdy więcej nie próbowała się dowiedzieć, co Max robi w lesie. Dałabym sobie po prostu spokój. Takie przechadzki nie są na moje nerwy.
Jednak nie trafiłam na swój dom. Kto by podejrzewał, no nie? Właśnie wyjmowałam kompas, żeby sprawdzić, w którą stronę powinnam iść, gdy usłyszałam cichy szelest.
Podejrzewając, że pewnie jak zwykle stoi za mną Max, zaczęłam się powoli odwracać, gdy usłyszałam polecenie:
– Ręce do góry.
No cóż, widocznie to nie był Max, ale tak czy inaczej nikt nie miał prawa mnie teraz denerwować. Już byłam wkurzona i to bardzo. Zanim zdążyłam się odwrócić, znowu usłyszałam ponaglający rozkaz:
– No, ręce do góry, złotko.
Nie, no tego już było za wiele. Przegiął! Złotko? Złotko, jak rany?! Za kogo ten ktoś się uważa??? Głos jednak wydał mi się skądś znajomy. Odwróciłam się i spojrzałam na człowieka, który właśnie groził mi z broni palnej.
Tak, zgadłam. To był Jaguar.
– Nie słyszałaś? – spytał.
Miałam ochotę udawać głuchoniemą, ale się powstrzymałam – z trudem, chciałabym dodać. Zrobienie mu na złość sprawiłoby mi niesamowitą satysfakcję, chociaż nie wiem dlaczego. To chyba podświadoma potrzeba zrobienia czegoś głupiego.
– Dlaczego pan do mnie celuje? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, cały czas wpatrując się w lufę strzelby, czy co to tam było.
– Ponieważ celuję do wszystkiego, co czai się w ciemności, póki nie przekonam się, że to coś nie jest groźne – odpowiedział, nadal trzymając mnie na muszce.
– Ja nie jestem groźna – mruknęłam. – Chyba że boi się pan kompasów – dodałam, uśmiechając się złośliwie i pomachałam mu ręką, w której trzymałam kompas.
Tak, wiem, to nie było uprzejme. Ale byłam teraz w takim nastroju, że na każdego bym nakrzyczała, nawet na prezydenta. Chociaż nie, na Brada Pitta nawet w takim momencie nie podniosłabym głosu. Ale cóż, Jaguar w niczym nie przypominał Brada Pitta. Nie miał nawet blond włosów.
– Co tu robisz? – spytał, wolno opuszczając broń (Jezu, wreszcie, a już myślałam, że nigdy tego nie zrobi).