Выбрать главу

– Co?! – krzyknęłam zdumiona. (Pal licho rodziców!!!).

Po prostu mnie zatkało. O co mu chodzi???

– Powinniśmy ze sobą zerwać. Tak będzie najlepiej dla ciebie i dla mnie – mruknął cicho.

– Dlaczego? – spytałam, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę.

– To dlatego że poszłam dzisiaj do lasu?

– Nie… tak… nie wiem. Margo, nie roztrząsajmy tego.

– Mogę już nie chodzić do lasu. Już się do niego nie zbliżę!

– powiedziałam szybko. – Obiecuję! Nawet nie dotknę ogrodzenia!

– To nie o to chodzi. Posłuchaj, tak będzie lepiej.

– Ale czemu? – jęknęłam. – Co ja zrobiłam?

– Margo, nic. Zostawmy to tak, jak jest – mruknął i znowu westchnął.

– Masz kogoś innego? – wyjąkałam, bo wpadł mi do głowy tylko ten okropny pomysł.

– Nie. Po prostu nie pasujemy do siebie. Zostawmy wszystko tak, jakby się nic nie stało. Dobrze?

– Jakby nic się nie stało? To te dwa miesiące nic dla ciebie nie znaczą?

– Nie o to chodzi, Margo. To nie jest niczyja wina, ani twoja, ani moja – mruknął i przeszedł na drugą stronę barierki. – Po prostu nie pasujemy do siebie.

Nie powiedział nic więcej. Zszedł w zupełnej ciszy po pergoli i znikł w ciemności pomiędzy drzewami. Niczego nie wyjaśnił…

Oparłam się o barierkę.

– Ale dlaczego? – wyszeptałam, jednak on już nie mógł mnie usłyszeć.

Zaczęłam drżeć. Zamknęłam szybko drzwi balkonowe i objęłam się ramionami. Nie potrafiłam opanować drgawek.

Podeszłam do łóżka. Cały czas nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. To musiał być jakiś sen, prawdziwy koszmar! Max nie mógł zrobić czegoś takiego! Nie mój Max!!!

Usiadłam na łóżku i wzięłam swoją komórkę. Wystukałam szybko numer Ivette. Czułam, że muszę z kimś o tym porozmawiać, albo zacznę krzyczeć.

Gdy wreszcie, pomimo tak późnej pory, odebrała, powiedziałam szybko:

– Max ze mną zerwał.

A w następnej chwili zaczęłam płakać…

Nie płakałam, gdy powiedział, że ze mną zrywa. Nie płakałam, gdy nie chciał wyjaśnić, dlaczego. Płakałam teraz, kiedy wreszcie dotarło do mnie, że już nic nie będzie tak jak przedtem. Już nie miałam Maksa. Nie miałam już z kim o wszystkim rozmawiać. Nie miałam już mojej bratniej duszy, miłości mojego życia…

Nie wiem, jak długo płakałam. Iv usiłowała mnie przez telefon pocieszyć, ale nie zdziałała dużo. Gdy już skończyłyśmy rozmawiać, zwinęłam się w kłębek na łóżku i zaczęłam jeszcze gwałtowniej szlochać w poduszkę. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Dlaczego? Czułam, jakby w moim sercu powstała olbrzymia rana, mająca już nigdy się nie zagoić, a jeśli nawet, to zostawiając po sobie dużą bliznę.

W którymś momencie usnęłam, nie wiem dokładnie, kiedy. Byłam zbyt wyczerpana psychicznie, żeby zarejestrować tę chwilę.

Gdy zadzwonił budzik, w ogóle nie zareagowałam. Było mi wszystko jedno. Pozwoliłam mu dzwonić do woli, wsłuchując się w jednostajną, uporczywą dla ucha melodię.

W końcu, po jakichś dwudziestu minutach, do mojego pokoju przyszła mama, żeby sprawdzić, dlaczego nie schodzę. Zdziwiona wyłączyła budzik i usiadła na pościeli obok mnie.

– Margo, co się stało? Jesteś chora? – spytała, patrząc na mnie z troską. – Jak się czujesz?

– Nie za dobrze – mruknęłam zgodnie z prawdą.

Wiem, jak musiałam wyglądać. Po parogodzinnym płaczu nikt nie przypomina gwiazdy filmowej. Mama przestraszyła się nie na żarty. Szybko przyniosła mi termometr i kazała zmierzyć temperaturę, ale nie miałam gorączki. Zaniepokojona zawołała tatę i razem uzgodnili, że muszę zostać w domu.

No i dobrze.

Spędziłam w spokoju parę godzin, leżąc w łóżku. Nawet nie zeszłam na dół na śniadanie. Pewnie nadal trwałabym w mojej życiowej apatii, gdyby nie dzwonek do drzwi. Od jakichś dziesięciu minut ktoś z uporem maniaka dzwonił. A ponieważ nie reagowałam, to zaczął pięścią walić w drzwi. W końcu nie wytrzymałam.

Nie dają nawet człowiekowi pocierpieć w spokoju, jak rany!!!

Zwlokłam się z łóżka i poszłam otworzyć. Na progu czekała Ivette. Po jej minie widać było, że zaczynała odchodzić od zmysłów, zastanawiając się, dlaczego tak długo nie otwieram.

Potem mi wyjaśniła, że kiedy nie pojawiłam się w szkole, zmusiła sekretarkę, żeby jej powiedziała, dlaczego mnie nie ma. A ja myślałam, że takie informacje są poufne. Ale widocznie Iv ma dar przekonywania.

– Czego chcesz? – spytałam.

Nie miałam serca silić się na uprzejmości.

– Przyszłam z tobą porozmawiać – powiedziała i wepchnęła się do mieszkania.

– O czym? – spytałam, zamykając drzwi i patrząc tępo w przestrzeń.

– O Boże, Margo – jęknęła, rozpłakała się i przytuliła mnie. Szczerze przyznam – było mi to potrzebne. Znowu zaczęłam płakać. Stwierdziłam, że muszę wszystko z siebie wyrzucić, więc jeszcze raz dokładnie opowiedziałam jej rozmowę z Maksem. Wysłuchała mnie w milczeniu.

– Jak sądzisz? – spytałam. – On ma kogoś innego?

– Nie wiem, ale chyba nie.

– Więc dlaczego?

– Nie wiem – powiedziała cicho. – Jadłaś coś dzisiaj? – spytała, zmieniając temat.

– Nie.

– Nic? – nie mogła się nadziwić. – W takim razie pomogę ci zrobić śniadanio-obiad.

Dopiero wtedy poczułam, jaka byłam głodna. Kanapki na moim talerzu nie zagrzały miejsca nawet przez parę minut. Gdy zjadłyśmy, znowu spytałam:

– Dlaczego on to zrobił? To przeze mnie?

– Margo, ty z uporem maniaka chcesz się wpędzić w depresję. Nie mów już o tym – powiedziała Ivette. – A jutro pójdziesz do szkoły!

– Nie chcę – mruknęłam.

– Nie możesz jej unikać tylko dlatego, że Max też czasem się tam pojawia. Jutro wpół do ósmej przyjeżdżam po ciebie i razem jedziemy. Zrozumiałaś? A jeśli nie będziesz gotowa, to siłą wyciągnę cię z domu – zagroziła.

Wcale nie uśmiecha mi się wyjście do szkoły. Chcę zostać w domu i poużalać się nad sobą. Czy pragnę tak wiele?

Gdy Ivette wyszła, wzięłam jedną z psychologicznych książek taty (człowiek robi czasem dziwne rzeczy) i zaczęłam czytać: „… Traumatyczne przeżycia o wiele lepiej jest przezwyciężyć gniewem niż żalem…”. Kto to napisał?! Phi, ten ktoś w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co czuje ktoś, kogo dotknęły „traumatyczne przeżycia”. Jak można być w takim momencie złym? Ja mam ochotę płakać!

Zostawiłam książkę i poszłam do swojego pokoju. Nie ma to jak własny pokój. Jest tam łóżko, odtwarzacz CD i święty spokój. Włączyłam The Calling. Jednak wytrzymałam tylko jakieś pięć minut. To straszne, ale mój ukochany zespół zaczął mnie denerwować! W ich piosenkach jest za dużo nadziei na lepsze jutro. Poza tym ballady o miłości jakoś do mnie w tym momencie nie trafiają.

To okropne! Przez Maksa nie mogę słuchać The Calling! Chce mi się krzyczeć!!! O, czyżbym znalazła w sobie złość? Tak, do diabła! Nikt, ale to nikt nie obrzydzi mi The Calling! Nie pozwolę na to!!! Już ja mu pokażę! Jak on śmiał niczego mi nie wyjaśnić?!

Zaraz, co ja robię? Znowu chce mi się płakać…

Następnego dnia, tak jak obiecała, Ivette przyjechała punktualnie. Miałam ochotę znowu zostać w łóżku, ale rodzice i tak już się o mnie martwili. Ubrałam się całkiem na czarno. Tak, czarny idealnie odzwierciedlał mój nastrój.

Gdy Iv mnie zobaczyła, od razu spytała:

– Czemu ubrałaś się cała na czarno?

– Jestem w żałobie – mruknęłam. – A poza tym pasuję teraz do twojego samochodu – dodałam zgryźliwie.

– Ty naprawdę lubisz się dręczyć – odpowiedziała, nie zwracając uwagi na mój zły humor.