Powoli zagłębiłam się pomiędzy drzewa. Wszystko wyglądało jak w moim śnie, który odżył w wyobraźni. Tak na wszelki wypadek trochę przyspieszyłam. Nigdzie nikogo nie widziałam. Prawdopodobnie w ogóle nikogo nie znajdę. Ale uparcie szłam coraz dalej.
Ostrożnie stawiałam stopy i uważnie nasłuchiwałam, usiłując wychwycić z mroku jakiś dźwięk, choćby najcichszy. Szłam już w ten sposób jakąś godzinę. Chciałabym zauważyć, że to jest bardzo męczące. Zwłaszcza, jak się uważa, żeby zbyt często nie przewracać się na twarz. No, bo niby wzięłam latarkę, ale stwierdziłam, że bezpieczniej będzie jej jednak nie używać.
Nagle, daleko przed sobą, zauważyłam jakiś błysk. Starając się nie narobić hałasu, zaczęłam iść w tamtą stronę. Jakieś dziesięć metrów przede mną, na małej polanie rozpalone było ognisko. Moje serce zabiło gwałtowniej.
Znalazłam ich…
Dookoła ogniska siedzieli metalowcy, bardzo dziwnie ubrani. Hm, dziwnie? To chyba naprawdę jakaś sekta. Każdy miał na sobie dość szeroką eee… sukienkę. Tak, sukienka to chyba najlepsze słowo opisujące ich strój. Chociaż może to wyglądało raczej na czarne worki z otworami na głowę i ręce.
Bezszelestnie podkradłam się do najbliższej kępy krzaków i zaczęłam ich obserwować, próbując wypatrzeć Maksa. Nagle wśród osób zgromadzonych przy ognisku zaczął się ruch. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, o co chodzi, gdy nagle na polanę wbiegł srebrzystoszary wilk. Przestraszona, cofnęłam się. Myślałam, że metalowcy zaczną uciekać, albo chociaż krzyczeć, ale oni po prostu siedzieli dalej jakby nigdy nic.
Wilk podszedł do jednej z dziewcząt i pozwolił, żeby włożyła mu na pysk ten ich czarny worek. Nic nie rozumiejąc, patrzyłam tylko i nagle, ku mojemu zdumieniu, wilk zamienił się na moich oczach (no, w zasadzie to pod tym workiem) w Maksa! Widziałam to na własne oczy, ale nie mogłam uwierzyć! Powoli znikało futro, przednie łapy przekształciły się w ręce, a tylne w nogi! Po paru sekundach Max stał już w ludzkiej postaci i witał się z przyjaciółmi. Tak jakby to, co przed chwilą zrobił, było czymś normalnym!
Byłam przerażona, mimowolnie cofnęłam się i nadepnęłam na gałązkę, która z głośnym trzaskiem pękła pod moim ciężarem.
Zaraz, skąd ja to znam? O matko! Mój sen się sprawdza!!!
Postacie przy ognisku szybko odwróciły się w moją stronę, zaniepokojone tajemniczym dźwiękiem. Niektórzy zamienili się w wilki i wyswobodzili z szat krępujących ich ruchy. Powoli zaczęli zbliżać się do mnie. Stwierdziłam, że zrobię to, co w moim śnie – ucieknę.
Po cichu wycofałam się, i cały czas ich obserwując, zaczęłam się oddalać.
– Tam ktoś jest! – usłyszałam krzyk jakiegoś chłopaka.
W tym momencie stwierdziłam, że nie ma się już po co kryć. Puściłam się biegiem, nie zwracając uwagi na to, czy hałasuję, czy nie.
– Margo? – usłyszałam za sobą pełen niedowierzania krzyk Maksa, a raczej głośne pytanie, które w ciszy nocy zabrzmiało donośnym echem.
Jednak byłam zbyt przerażona, żeby stanąć, tylko przyspieszyłam. Tak jak w moim koszmarze, biegłam przez otaczającą mnie ciemność. Latarkę zgubiłam gdzieś po drodze. Zresztą i tak jej nie używałam.
Korzenie i gałęzie strasznie utrudniały mi bieg. Musiałam uważać, żeby nie dostać w twarz jakimś niewidocznym w ciemności konarem albo nie wyłamać nogi ze stawu, zahaczając o korzeń. To było bardzo trudne…
W pewnym momencie poczułam szarpnięcie w kostce, świat przed moimi oczami zawirował, a ja runęłam w dół. W czasie spadania wyciągnęłam przed siebie ramiona, żeby chociaż trochę zmniejszyć siłę uderzenia. Jednak nie na wiele się to zdało. Rąbnęłam o ziemię całym ciężarem ciała i stoczyłam się z jakiegoś wzniesienia.
A niech to! Zdarłam sobie do krwi skórę na łokciach. Już teraz czułam ciepłe strumyczki cieknące mi po opuszczonych dłoniach. No tak, nie pomyślałam, żeby mimo ciepłej nocy włożyć bluzkę z długim rękawem i teraz przez to cierpiałam. Kurczę, piekło jak nie wiem! Dżinsy też podarłam na kolanach. Ale nie tym się przejmowałam. Moim problemem było w tym momencie stado wilków za plecami.
Uciekać! I to jak najszybciej!!!
W ciemności, tuż za mną, rozlegały się odgłosy pogoni, ale nie brzmiały jak uderzenia psich łap, raczej jak ludzkie kroki. Jednak wolałam się nie oglądać i nie sprawdzać, w jakiej postaci mnie gonią.
Po prostu uciekałam.
W oddali przed sobą zobaczyłam niewysokie wzgórze. Ruszyłam w jego stronę. Kiedy później się nad tym zastanawiałam, nie miałam pojęcia, dlaczego pobiegłam akurat tam. Na zdrowy rozum powinnam uciekać w przeciwną stronę, bo wiedziałam już, co mnie czeka. Jednak nieuchronnie zmierzałam ku swemu przeznaczeniu. Ależ to dramatycznie brzmi!
Zaczęłam wspinać się na wzniesienie. Kiedy zdyszana dotarłam wreszcie na szczyt, zatrzymałam się nagle jak sparaliżowana. Przede mną stał czarny wilk. Podniósł pysk i zawył do księżyca. Następnie spojrzał na mnie i zaczął warczeć, obnażając ostro zakończone kły. Powoli ruszył naprzód.
Matko! Przecież on zaraz się na mnie rzuci!!! Nie zdążę uciec!
Zaczęłam się cofać, jednak nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w czarne ślepia, usiłując się domyślić, czy kryje się za nimi ktoś, kogo znam.
Nagle poczułam, że ktoś łapie mnie za ramię! Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Maksa.
– Margo, nie uciekaj – powiedział, patrząc na mnie smutno, a następnie warknął w stronę wilka. – Aki, przymknij się!
A wilk, czyli Aki, przestał warczeć.
– Dlaczego mnie śledziłaś? – spytał Max. Zauważyłam, że był ubrany w czarną szatę. Widocznie gonił mnie pod postacią człowieka.
– Jeszcze się pytasz? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. – Chcę ci pomóc. Myślałam, że jesteś w jakiejś sekcie, więc poszłam za tobą, a ty… – przerwałam, nie wiedząc, jak to wyrazić.
– Margo, nawet nie wiesz, w co się wpakowałaś – powiedział. – Musimy…
Lecz przerwał mu odgłos strzału, który rozległ się nad naszymi głowami. W drzewie, obok którego staliśmy, zobaczyłam głęboką dziurę po kuli. Max pociągnął mnie na ziemię.
– Ktoś do nas strzela! – wydusiłam.
– Tak, musimy uciekać! – mruknął Max. – Przemienię się w wilka. Masz pobiec za mną, rozumiesz? Zaprowadzę cię do domu, ale musimy bardzo szybko uciekać.
Na moich oczach jego twarz wydłużyła się i zaczęła pokrywać srebrnym futrem, a chłopak opadł na kolana. Gdy był już wilkiem, pomogłam mu wyswobodzić się z czarnej szaty.
Max pociągnął mnie zębami za rękaw bluzki, nakazując, bym opadła na kolana. Po cichu zaczęłam za nim schodzić ze wzgórza. Było to bardzo trudne, bo poobijane wcześniej dłonie i kolana strasznie mnie bolały.
Niedaleko nas przemykał Aki pod postacią czarnego wilka. Starał się podkraść w naszą stronę, ale chyba płoszyły go rozbrzmiewające w ciemności kroki.
Gdy tylko znaleźliśmy się na dole, zaczęliśmy biec ile tchu. Starałam się rozwinąć największą szybkość, na jaką było mnie stać. Myślałam, że już uciekliśmy tajemniczemu myśliwemu, ale nagle usłyszałam kroki tuż za sobą i w chwilę potem nad moją głową przetoczył się huk wystrzału. Na szczęście kula nikogo nie trafiła.
Wciąż biegliśmy. Musiałam być strasznie daleko od domu. Co chwila gdzieś za nami rozlegał się strzał, przypominając, że cały czas jesteśmy śledzeni.
W końcu między drzewami pojawił się zarys mojego domu. Furtkę zostawiłam otwartą, więc Max i Aki, który jakiś cudem dołączył do nas po drodze, szybko wbiegli do ogrodu. Ja zrobiłam to samo i zamknęłam za sobą zardzewiałe wrota. Choroba! Dlaczego nie ma w nich zamka???
Nagle zza drzew wyszedł Jaguar. No tak, któż inny miałby nas gonić?